AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Festiwal pomysłów

Doktor nauk o komunikacji i poznaniu, adiunkt w Zakładzie Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autorka i współautorka książek i artykułów wydanych w Polsce i za granicą. Współprowadząca grupy „Performances in Public Spaces” w ramach International Federation for Theatre Research.
A A A
Fot. Bartek Warzecha  

Początek grudnia zaowocował wysypem premier dla dzieci. Wiadomo: święty Mikołaj (lub Gwiazdor, w zależności od regionu) muszą donieść prezenty, firmom pod koniec roku zostają czasem pieniądze na funduszu socjalnym i grzechem byłoby ich nie wydać, skoro trzeba. Nic więc dziwnego, że teatry wykorzystują takie okazje i uczestniczą w budowaniu „świątecznej atmosfery”. Patrząc na repertuary, co rusz można znaleźć „spektakle z Mikołajem” (pozdrawiam dzieci pracowników Komendy Miejskiej Policji w Gorzowie oraz Wrocławskiego Teatru Lalek – nie kpię, naprawdę uważam, że takie „peerelowskie” jeszcze sposoby celebrowania Gwiazdki dla dzieci mogą być niezapomnianym przeżyciem). Każdy pretekst jest dobry, żeby przyciągnąć dzieci (i ich rodziców) do teatru. Pytanie tylko, czy to, co w tym teatrze otrzymają, skłoni ich do powrotu doń już bez takiej szczególnej okazji?

Kaliski teatr, przygotowując swoją najnowszą premierę, Diabełka Pawełka, postawił na – jak sam zaanonsował na swojej stronie – twórców, którzy „mierzą się z teatrem dla młodszych widzów po raz pierwszy – do tej pory zrealizowali wiele przyjętych z entuzjazmem »dorosłych projektów«”. Dość to karkołomna decyzja, bo teatr dla dzieci to jednak nieco odmienna dziedzina twórczości i samo beginner’s luck nie wystarczy, by zrobić dobry spektakl. Teatr dla dzieci nie tylko trzeba robić tak samo, jak dla dorosłych, ale lepiej, lecz także trzeba go też robić trochę staranniej. Że zacytuję klasyka teatru dla dzieci (czyli Malinę Prześlugę): „Dzieci muszą zrozumieć; jak nie zrozumieją, to znaczy, że […] jest do dupy”.

Kaliskiego spektaklu aż tak ostro bym nie oceniła, jednak znać było na scenie brak wprawy w robieniu przedstawień dla takiej kategorii widzów. Myślę, iż to dlatego Diabełek Pawełek w reżyserii Mikołaja Mikołajczyka jest spektaklem bardzo nierównym – pełnym ciekawych pomysłów, które jednak nie składają się w jakieś spójne, komunikatywne dzieło; jest spektaklem chwilami wciągającym, a chwilami nudnym.

Zacznę od jego mocnych stron. Pierwszą była niewątpliwie warstwa wizualna. Zarówno prosta scenografia, która służyła głównie jako ekran, jak i same projekcje oraz fantastyczne geometryczne wzory wyczarowane fluorescencyjną nitką tworzyły nierzeczywistą (choć chwilami pojawiały się obrazy autentycznych budynków), baśniową przestrzeń, będącą zarówno nigdzie, jak i tu, w teatrze. Mam ewentualnie trochę wątpliwości dotyczących kostiumów diabłów. O ile czarne trykoty wydają się jak najbardziej oczywistym diablim strojem, o tyle gigantyczne, jakby napompowane czerwone majtki przywodziły mi na myśl rysunkowe wyobrażenia Murzynków na ilustracjach z początku ubiegłego wieku. Poza tym diabły miały dość zabawne rogi zrobione z kolorowych kręgli i takież skakankowe ogony zakończone piłeczkami, co upodabniało je raczej do pociesznych figurek niż groźnych demonów. Za to te same czarne trykoty znakomicie sprawdziły się, kiedy aktorzy grający diabły pod koniec spektaklu przyjęli role aniołów. Pozostali w tych samych strojach, tylko majtasy zamienili na białe, ażurowe czapeczki z dość długimi uszo-skrzydłami, co z kolei nadawało im wygląd nieco demonicznych postaci, jak z obrazów Boscha. Estetycznie nie było to jednak spójne, co w zasadzie można by debiutantom wybaczyć. Problem pojawiał się tam, gdzie np. kostiumy stawały się elementami znaczącymi bądź miały dookreślać postać – dlaczego postać Świnki (Marcin Trzęsowski), o którą inne postacie pytają jako o „różową świnkę”, nosiła na sobie coś w rodzaju jadowicie zielonego, gąbczastego pancerza (pewne dziecko upierało się, że była to postać „niedojrzałej śliwki”)? Oczywiście dzieci mogą przyjąć każdą umowność, trzeba je w nią tylko umiejętnie wprowadzić, a tego zabrakło. Podobnie jak ciekawym grepsem-pomysłem był kostium właściciela kawiarni – jego długa, sztywna spódnica mogła się zamienić w filiżankę. Ale z drugiej strony co na scenie robił derwisz? Niby wiemy, że właściciel był Turkiem, ale przecież derwisz nie oznacza koniecznie Turka. Jest to jeden z wielu niby ciekawych pomysłów, które jednak są ni priczom w całości spektaklu.

Podobnie rzecz się miała z Lalką Skubidu (Izabela Bień), która w niczym nie przypominała psa z kreskówki, a raczej wychudzonego ludzika z Michelina, i której co jakiś czas towarzyszył jej „awatar”. Jego rola sprowadzała się wyłącznie do zademonstrowania możliwości komputerowego przekładania ruchu rzeczywistej aktorki na rysunek na płachcie. I tak to było przez cały spektakl – co jakiś czas pojawiał się pomysł, który nie łączył się z innymi elementami i który czasem może byłby i niezły, gdyby nie pełnił wyłącznie roli ciekawostki i atrakcji.

Niestety, elementem spajającym cały spektakl nie była także dramaturgia autorstwa Marcina Cecki. Cecko opracował opowiadania Pierre’a Gripariego zebrane w tomie Opowieści z ulicy Broca. Nie wiem, czy zbyt wiele wątków z książki Gripariego było dla Cecki ciekawych, czy może chodzi o coś innego, ale rozmaite zdarzenia pojawiały się krótko i anegdotycznie. Tytułowa postać, inaczej niż to deklarowali dramaturg i reżyser, nie ukazywała wytrwałej drogi w realizowaniu swoich pragnień i ideałów, a pełniła rolę wypełniacza i sklejacza poszczególnych epizodów. Młody człowiek przede mną irytował się: „To gdzie on teraz jest, jak go wysłali na roboty do kopalni? Dlaczego on jest w kawiarni?”. Przyznam, że mimo iż mnie ten problem też nurtował, nie miałam pomysłu, jakiej odpowiedzi mogłabym udzielić. Tak było z wieloma zwrotami akcji, które nie wynikały z wydarzeń je poprzedzających. (Dla wyjaśnienia: dzieci głośno gadały w teatrze, stąd wiem, co konkretnie mówiły, a pośrednio dzięki temu – co myślały).

Diabełek Pawełek miał być historią o diable (Jan Jurkowski), który postanowił być dobry (więc był zły w piekle) i dlatego – no właśnie: zostaje wygnany? ucieka? (tego się nie dowiemy) ze swojego środowiska i znajduje się (jakim sposobem? – tego nie dowiemy się też) na ziemi. Ludzie na jego widok krzyczą: „Jezusmariaioboże!”, więc postanawia dowiedzieć się, co to takiego jest. Po obowiązkowym błądzeniu (zaznaczonym jedną schematyczną sceną), kiedy dowiaduje się, że chęć pomocy nie zawsze musi oznaczać, że robi się coś dobrego, Diabełek udaje się do nieba, gdzie dzięki dobrze zdanym egzaminom zostaje aniołem. Mimo iż w ślad za Griparim na scenie prezentowany jest bardzo francuski, racjonalistyczno-bezpośredni stosunek do Boga, spieszę donieść wszystkim potencjalnie chętnym do bycia urażonymi, że w efekcie sfera sakralna (kojarzona z chrześcijańską siłą najwyższą) jest tu przedstawiona w bardzo prawomyślny sposób. Co prawda Bóg (Lech Wierzbowski) najpierw wydaje się niedosłyszącym i lekko zdziecinniałym staruszkiem, który nie odzywając się, ma dyktować Diabełkowi tekst do napisania, ale potem przychodzi wyjaśnienie tego zachowania. Nie słysząc żadnych instrukcji z zewnątrz, Pawełek postanawia wypowiedzieć się z głębi serca i wtedy okazuje się, że jako poszukujący i posiadający wątpliwości jest istotą czystego serca. Jako ktoś taki zostaje przez Boga usłyszany i dołącza do grona aniołków. Nie wiem, czy o taki efekt chodziło realizatorom, ale ostatnią sceną zrobili więcej dla wzmocnienia pozytywnego wizerunku Boga niż niejedno kazanie kościelne dla dzieci.

Pewnym problemem była natomiast kulejąca logika „odwróconego porządku” diabelskiego świata. Skoro niespełnianie tego, czego inni oczekują, w diabelskim świecie było dobre, to dlaczego postępujący tak diabełek postępował dobrze, czyli źle? Bo skoro postępował źle, to za co go ukarano? Skoro w piekielnym świecie wszystko miało być odwrotnością świata ludzi, to dlaczego z powodu niespełniającego oczekiwań szkoły Diabełka Pawełka nauczyciel (Wierzbowski) wzywał do siebie Mamę (Agnieszka Dzięcielska) i Tatę (Wojciech Masacz), zupełnie tak, jak dzieje się to w ziemskiej szkole? Ten brak logiki świata „odwróconego porządku” można by też przyjąć jako część dobrodziejstwa inwentarza, gdyby nie to, że diabeł-nauczyciel próbuje te pokrętne relacje między dobrem a złem w piekielnym świecie wyłożyć widzom na początku spektaklu we wywrzaskiwanej tyradzie.

Tu zbliżam się do moich zasadniczych wątpliwości związanych z Diabełkiem Pawełkiem, a mianowicie tych związanych z relacją z młodym widzem, jaką proponuje zespół sceny. Diabelską szkołę poznajemy w pierwszej scenie, kiedy zespół uczniów wykonuje wprowadzający taniec, którego głównymi elementami są wydłubywanie sobie z nosa baboli i strzelanie nimi we własne oko. To pewnie miało pokazać dzieciom, że oto mamy do czynienia z fajną ekipą i dziać się tu będą rzeczy śmieszne. Jednak puszczanie oka do widza na takim poziomie jest jak dla mnie dość prymitywnym gestem, tym bardziej że niekoniecznie musi zadowalać wszystkie dzieci. Znów cytat z dziecka siedzącego przede mną (innego): „Chyba się porzygam”. Czy rzeczywiście autorom kaliskiego spektaklu chodzi o pobudzenie tego rodzaju łobuzerskiej niepokorności w dzieciach?

Innym takim wyzwalająco-rozbawiającym gestem było zagadywanie dzieci i oczekiwanie od nich odpowiedzi, co przynależy do dość oczywistych chwytów teatru dla dzieci. Trzeba jednak przy tym pamiętać, że dzieci to nie radio, nie wystarczy „jeden ruch ręki – i nic nie słychać”, że zacytuję Tuwima. Dzieci raz zapytane mogą chcieć także w innych, niekoniecznie przewidzianych przez artystów momentach też wziąć udział i trzeba wtedy umieć się wobec tego odnaleźć. Tę lekcję odrobił tak zwany teatr współuczestnictwa pół wieku temu, przerobiły ją też teatry grające na co dzień dla dzieci; może warto by może o niej pamiętać? Mój osobisty jedenastolatek, też poirytowany, powiedział do mnie: „Po co nas pytają, skoro potem i tak robią po swojemu?”. Dzieci nie da się wyłączyć jednym ruchem ręki, nawet takim wykonywanym na scenie – trzeba się liczyć z tym, że nie tylko grzecznie odpowiedzą, ale będą dłużej gadały – tym bardziej że chwilę wcześniej pokazywano im, jak atrakcyjna i pożądana jest w tym miejscu, w jakim się znalazły, niesubordynacja. Aktorzy chcą już dalej grać swoje, bo czas leci, a to zaledwie jeden z np. trzech spektakli, jakie mają do zagrania tego dnia, a tu dzieci ich zagłuszają. Czyżby nie rozumiały, że to tylko spektakl, który ma swój wyznaczony czas? Ano nie rozumieją, bo ktoś im chwilę wcześniej dał prawo do przeszkadzania i mówił, że to dobrze… Aż chciałoby się powiedzieć, że to taki szkolny błąd debiutantów.

Nie rozumiem także jednego: dlaczego aktorzy, których wszak widziałam także w innych produkcjach dla dzieci, tu grali w taki naiwnie dziecięcy i afektowany sposób? Może to właśnie wina zmęczenia, skoro jednego dnia trzeba zagrać tyle spektakli? Wiem, że w chałturach dla szkół to absolutna norma, ale po porządnym teatrze można by oczekiwać jednak czegoś innego… Choć i na tym tle wyróżniła się jedna scena, która przykuła uwagę i moją, i – jak mogłam zaobserwować – zgromadzonych dzieci (widziałam, że przestały się tak gwałtownie wiercić). Była to opowieść Wróżki-Fauna, trochę groteskowa, trochę żałosna, o tym, jak wraz z nadejściem chrześcijaństwa skończył się jej świat i teraz musi płynąć z wodą ze swego świętego źródełka do kranów. Grający ją Jacek Jackowicz po prostu stał w kącie sceny i opowiadał. Może dzięki temu, że był to jeden z niewielu wyciszonych, spójnych narracyjnie i równocześnie bardzo prostych fragmentów spektaklu, tak korzystnie wyróżniał się na ich tle.

W rozmowie z dramaturgiem i reżyserem, jaką można znaleźć w kaliskich mediach, mówili oni, że na scenie stworzyli świat, w jakim sami chcieliby się znaleźć. Nie wzięli chyba pod uwagę, że spektakle tworzy się w pierwszym rzędzie dla widzów, a dopiero w dalszej kolejności dla siebie. Pozostając przy metaforach rodem z dziecięcego świata, efekt, jaki osiągnęli swoją pracą, przypominał zabawę dzieci trzymanych zbyt długo w zamknięciu, które wpadły na chwilę na plac zabaw ze świadomością, że w każdej chwili ktoś może je z niego wywalić. Dlatego biegają chaotycznie od jednej rzeczy do drugiej, chcąc w jak najkrótszym czasie spróbować wszystkiego, co plac oferuje, nie dając sobie czasu na zastanowienie, co tak naprawdę sprawiłoby im przyjemność. W Diabełku Pawełku też mamy gonitwę pomysłów (samych w sobie czasem naprawdę ciekawych), co przede wszystkim rodzi poczucie chaosu. W Polsce jest naprawdę sporo ludzi, którzy wiedzą, jak robić dobry teatr dla dzieci. Może warto było do grona realizatorów zaprosić choćby jednego z nich, na przykład jako konsultanta? Pozwoliłoby to uniknąć pewnych podstawowych błędów.

Na koniec chciałabym się podzielić jeszcze jedną refleksją, która ma naturę ogólniejszą. W kaliskim spektaklu na liście autorów (obok reżysera, dramaturga, scenografa itd.) widnieje także Maciej Zakrzewski, przypisany do pozycji „muzyka”. Ten sam problem miałam przy okazji Fantazego w tymże teatrze, ale wtedy postanowiłam odpuścić. Teraz jednak podnoszę tę kwestię, bo wydaje mi się ważna. Zdaję sobie sprawę, że dwudziestowieczna awangarda, szczególnie ta z pola sztuk wizualnych, bardzo zamieszała w kwestii autorstwa dzieł artystycznych. Gest Duchampa, działania Warhola i tak dalej… Lecz powtarzanie takiego gestu w kaliskim teatrze w początkach XXI wieku nie jest już żadnym przekroczeniem ani koncepcyjnym kwestionowaniem tego, co sztuką jest. Dlaczego o tym piszę? Ponieważ muzyka w spektaklu Diabełek Pawełek to znane utwory muzyczne, na czele z Popołudniem fauna Claude’a Debussy’ego (którego nazwisko zresztą pada ze sceny). Przypuszczam, że Zakrzewski jedynie (aż?!) wybrał te utwory jako tło muzyczne do działań na scenie. Czy nie warto by gdzieś jednak w programie i na stronie przywołać nazwiska faktycznych autorów muzyki, słów piosenek i wykonawców, których słyszymy? Skoro artyści tak wytrwale walczą o świętość swoich praw autorskich w ramach „legalnej kultury” (co za koszmarny słowotwór), to może przy nazwisku Zakrzewskiego warto by umieścić, czyje utwory wykorzystał? Rozwijając dalej tę praktykę, jaką zaobserwowałam ostatnio w Kaliszu, ale nie tylko, można by oczekiwać, że wkrótce zamiast nazwiska scenografa pojawią się nazwiska pracowników technicznych, bo to przecież oni faktycznie postawili na scenie to, co oglądamy – wzięli ready-mades z magazynu i ustawili na scenie. Czy ich praca aż tak bardzo różni się od autorstwa muzyki?

31-12-2014

galeria zdjęć Diabełek Pawełek, reż. Mikołaj Mikołajczyk, Teatr im. W. Bogusławskiego w Kaliszu Diabełek Pawełek, reż. Mikołaj Mikołajczyk, Teatr im. W. Bogusławskiego w Kaliszu Diabełek Pawełek, reż. Mikołaj Mikołajczyk, Teatr im. W. Bogusławskiego w Kaliszu Diabełek Pawełek, reż. Mikołaj Mikołajczyk, Teatr im. W. Bogusławskiego w Kaliszu ZOBACZ WIĘCEJ
 

Teatr im. Bogusławskiego w Kaliszu
Diabełek Pawełek
na podstawie Opowieści z ulicy Broca Pierre’a Gripariego
przekład: Barbara Grzegorzewska
reżyseria, choreografia: Mikołaj Mikołajczyk
adaptacja, współpraca dramaturgiczna: Marcin Cecko
scenografia, mapping 3D, interaktywne wizualizacje, animacje: Artur Lis
kostiumy: Marta Sala
muzyka: Maciej Zakrzewski
obsada: Izabela Beń, Agnieszka Dzięcielska, Krystyna Horodyńska, Izabela Wierzbicka, Michał Grzybowski, Jacek Jackowicz, Jan Jurkowski, Wojciech Masacz, Łukasz Rochna, Dariusz Sosiński, Marcin Trzęsowski, Lech Wierzbowski
premiera: 06.12.2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę: