AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Gorzkie gody

Harce kupidynowe, czyli niecne morsztyny, reż. Ida Bocian, Teatr Gdynia Główna
Absolwentka Uniwersytetu Gdańskiego, doktor nauk humanistycznych. Referentka krajowych i międzynarodowych konferencji naukowych poświęconych literaturze i kulturze. Publikowała m.in. w internetowym „Dzienniku Teatralnym” oraz w miesięczniku „Teatr”. Współpracowała z Centrum Sztuki Współczesnej „Łaźnia” i Nadbałtyckim Centrum Kultury w Gdańsku. Mieszka w Gdyni.
A A A
fot. Marzena Chojnowska  

Najnowszy spektakl Idy Bocian „na podstawie poezji barokowej” czerpie ze wspomnianej na afiszu liryki dużo bardziej przewrotnie, niż może się to po pierwszych scenach Harców kupidynowych wydawać.

Reżyserka, podążając śladami poetyckiej wyobraźni „niecnych morsztynów”, skonstruowała swoje przedstawienie na ulubionych przez barokowych mistrzów zasadach konceptyzmu, tych, które zmuszały czytelnika do przejścia procesu twórczego niejako od końca, by w finale odsłonić ideę motywującą powstanie dzieła. Struktura przedstawienia Harce kupidynowe, czyli niecne morsztyny odtwarza właściwie w dużej mierze charakter barokowych „cudeniek”. Jest słodkim cukiereczkiem, owiniętym w mieniące się glamem, szeleszczące miło złotko – ujawniającym w finale swoją (znajomo) gorzką esencję.

Barokowym mistrzem Idy Bocian jest w spektaklu ten mniej popularny Morsztyn – Hieronim, wczesnobarokowy pornograf, autor obscenicznych fraszek, twórca wierszem radzący syfilitykom i ojciec psychodelicznej historii księżniczki Banialuki. Postać niejasna, fascynująca, w swojej twórczości uparcie skupiona na somatycznym wymiarze zakutego w kulturowe żaboty ciała. Interpretację jego poezji, rubasznie z pozoru podejmującej temat intymności ludzkiego ciała, reżyserka wpisała w przestrzeń przywodzącą na myśl klubowy dark room. Wpuszczani jesteśmy do niego szóstkami w rytm głośnej elektronicznej muzyki granej na żywo. Scenę stanowi tu wąski pasek teatralnych desek, otoczony krzesłami i kanapami przeplecionymi elementami scenografii – stołem, tandetnymi reprodukcjami „Kupidynów”, sofą „z epoki”. Wszystko zatopione w niemrawym czerwonawym świetle. Zanim zajmiemy nasze miejsca, na naszych otwartych dłoniach usypana zostaje kupka kryształków. A otrzymujemy je od Niego (Mikołaj Prynkiewicz) – Kupidyna, Amora, Poety, a zarazem wcielenia wszystkich (rozpaczliwie niespełnionych) bohaterów Światowej rozkoszy czy Summariusa. W trzyczęściowym garniturze, spod którego wystaje czarny pas do pończoch i szpicruta, w błyszczących butach na obcasie i z włosami obsypanymi brokatem, Prynkiewicz ma przestrzeń w spektaklu Bocian na wyłączność. On jest tu mistrzem ceremonii, on dyktuje warunki. Wszytko to, co go otacza, dostępne jest i nam, lecz mikrofon ustawiony w centrum należy wyłącznie do niego. On też niemal natychmiast ustanawia swój związek z otaczającą go widownią – oparty na przemocowo-kokieteryjnej bliskości, którą na pewno ułatwia tu klaustrofobicznie ciasna, ciemna przestrzeń.

Pierwsze sceny spektaklu Bocian wprowadzają nas w rozmigotany, finezyjny stylistycznie świat barokowych harców bardzo płynnie, niepokojąco przyjemnie. Napompowany kontrastami język Morsztyna prowadzi nas ścieżkami frywolnych opowiastek o zdradzanych/zdradzających żonach/mężach, pannach/kawalerach, wdowach/wdowcach, szczodrze obdarowując nas bezpruderyjnymi i barwnymi szczegółami ich cielesnych przygód. Mija chwila, nim przebijamy się przez archaiczny język wczesnobarokowej poezji i z lekkim niedowierzaniem wchodzimy w jej „niepoprawną” na każdym froncie treść, demokratycznie drwiącą z fizyczności, wieku, zasobów finansowych, pozycji w społeczeństwie. U Morsztyna piekącego klapsa otrzymuje każdy bez względu na płeć, wiek, status społeczny. Poeta, a za nim mistrz ceremonii w Teatrze Gdynia Główna, bezpardonowo ujawnia wszystkie guilty pleasures skrzętnie poukrywane między wierszami kulturowych i społecznych konwencji. Z nieukrywaną przyjemnością odsłania treści fantazmatycznych scenariuszy, wyszydza pokraczne próby ich realizacji. Bezlitośnie obrazuje reguły międzyludzkich gier, których sedno to zawsze związek ustanawiany przez chciwe doznań ciało, pożądliwe i pożądane, ale również brzydzące się i budzące odrazę.

W monodramie Idy Bocian wczesnobarokowa fraza Morsztyna uruchamia szereg scenicznych działań, do których Prynkiewicz od pierwszej do ostatniej sceny włącza widzów. Sam – przechodząc nieustannie z roli do roli – narzuca te role również innym, łącząc ich w przypadkowe pary, trójkąty. I tu od razu należy zaznaczyć, że obsadzenie Mikołaja Prynkiewicza w roli wymagającej bardzo specyficznej energii było pomysłem znakomitym. Obdarzony wyjątkową charyzmą aktor z niezwykłą łatwością wchodzi w role bohaterów Morsztyna, równie łatwo przychodzi mu „dyrygowanie” widownią. Prynkiewicz znakomicie czuje się w roli wymagającej aktorskiego przerysowania, balansującej nieustannie na granicy scenicznego kiczu. Wcielenia Prynkiewicza są pretensjonalnie kokieteryjne, ostentacyjnie wulgarne, nie ukrywają pragnienia cudzej uwagi, chęci ciągłego bycia w centrum, bycia oglądanym. Także podglądanym, bo mimo fizycznej bliskości przestrzeń ustanowiona w spektaklu Bocian ma atmosferę swoistego peep show, w ramach którego podpatrujemy najbardziej intymne doświadczenia bohaterów wywiedzionych z liryki Morsztyna. Sposób, w jaki Mikołaj Prynkiewicz prowadzi nas przez każde kolejne barokowe „cudeńko”, wzmacnia, czasem też karykaturalnie przetwarza opisywane w literackim oryginale doświadczenia. Ujawnia ich dwuznaczny, opresyjny charakter, obnaża towarzyszące im poczucie wstydu, odrzucenia, rozczarowania. W inicjowanych przez Prynkiewicza działaniach, prowadzonych z godnymi podziwu umiejętnościami improwizatorskimi, rubaszne historyjki Morsztyna, początkowo jedynie zabawnie frywolne, transformują coraz mocniej w stronę brutalnych opowieści o ludzkiej samotności, rekompensowanej metodycznym wykorzystywaniem ciała swojego i cudzych.

Z każdą kolejną historią reżyserka coraz bardziej wyraźnie rysuje współczesny rewers siedemnastowiecznych opowiastek. Swoistymi interwałami w spektaklu Idy Bocian są fragmenty, w których Prynkiewicz wyśpiewuje teksty Morsztyna do współczesnych melodii. Ruch sceniczny i muzyka przenoszą nas wówczas w swojskie rejony dzisiejszych przaśnych wesel, letnich dyskotek, klubów, w których godowe rytuały odprawiane są w najbardziej jednoznacznych formułach, pozbawione niemal zupełnie marginesu niedomówień. Poezja Morsztyna, wyśpiewywana przez Prynkowskiego do melodii tandetnego disco i pop, okazuje się doskonałym narzędziem do opowiedzenia o najbardziej współczesnej obyczajowości.

Od samego początku spektaklu Bocian mamy poczucie, że istotnym tematem jest tu przemoc. Z każdą kolejną sceną, kiedy opadają falbany „niewinnej” rubaszności, ów temat dochodzi do głosu coraz mocniej, by wybrzmieć w pełni w finale przedstawienia. A w nim łabędziemu śpiewowi męskiej (ale czy tylko?) energii seksualnej, spowiadaniu się z permanentnej niemocy, odrzucenia i zapomnienia, towarzyszą wyświetlane na ekranie erotyczne i pornograficzne obrazy, grafiki, ryciny sprzed wieków. Stopniowo zaczynają je zastępować współczesne fotografie i screeny z wymiany tekstowych wiadomości. Domowe porno i wulgarnie agresywne komunikaty. Przemocowe próby zwrócenia cudzej uwagi, wzbudzenia zainteresowania, zaistnienia poprzez uruchomienie w drugim lęku, niepokoju. W mocnym finale swojego spektaklu Ida Bocian bezpardonowo, właściwie za pomocą kilku prostych gestów, rozrysowuje krajobraz współczesnych międzyludzkich relacji – z ich bezbrzeżną samotnością, która z braku świadomych narzędzi wyrażana jest poprzez akty bezmyślnej przemocy. My, widzowie przedstawienia, pozostawieni jesteśmy w tym finale z konstatacją brutalnie dojmującą. Jednocześnie mamy pod powiekami obrazy, które towarzyszyły nam w spektaklu podczas wędrówki do tego finału. Ekwiwalentem tych obrazów mogą być kryształki, które Prynkiewicz usypywał nam na dłoniach, gdy zasiadaliśmy na widowni. Przyjemnie strzelające pod językiem tym, którzy mieli odwagę ich spróbować. A na koniec rozpuszczone w ściśniętej dłoni, oblepiające ją nieprzyjemnie.

Harce kupidynowe, czyli niecne morsztyny zapowiadane były jako „najbardziej pikantny” spektakl usytuowanego w podziemiach gdyńskiego dworca Teatru Gdynia Główna. I tak jest w istocie, choć określenie „pikantny” wydaje mi się tu wyjątkowo mylące, wręcz niefortunne. Zwłaszcza w kontekście brutalnie szczerego finału przedstawienia, który pokazuje społeczne i kulturowe uwikłanie ciała w sposób, który gdyńskim scenom jest raczej obcy.

17-12-2018

galeria zdjęć Harce kupidynowe, czyli niecne morsztyny, reż. Ida Bocian, Teatr Gdynia Główna <i>Harce kupidynowe, czyli niecne morsztyny</i>, reż. Ida Bocian, Teatr Gdynia Główna <i>Harce kupidynowe, czyli niecne morsztyny</i>, reż. Ida Bocian, Teatr Gdynia Główna <i>Harce kupidynowe, czyli niecne morsztyny</i>, reż. Ida Bocian, Teatr Gdynia Główna ZOBACZ WIĘCEJ
 

Teatr Gdynia Główna
Harce kupidynowe, czyli niecne morsztyny  
scenariusz i reżyseria: Ida Bocian
obsada: Mikołaj Prynkiewicz
światła i dźwięk: Marzena Chojnowska
premiera: 30.11.2018

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę: