AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Gwałt niech się gwałtem odciska

Animator kultury, dziennikarz, scenarzysta, dramaturg i reżyser. Był wieloletnim recenzentem, m.in. „Gazety Wrocławskiej”, publicystą kwartalnika „Scena” oraz komentatorem teatralnym telewizyjnego programu Rewolwer kulturalny. Jest jednym z ojców założyci
A A A
Odgłosy pożaru, Lagartijas Tiradas al Sol,
fot. Marcin Oliva Soto  

Szast-prast i minął. Jak chwila. Nie tytułowy gwałt, a festiwal. Gwałt nad nami wisi jak chmura burzowa. Co nam zostawił w głowach i w pamięci już siódmy Międzynarodowy Festiwal Teatralny Dialog – Wrocław? No właśnie, sam jestem ciekawy, co o nim napiszę zaraz.

Skończył się w miniony piątek wieczorową porą z optymistycznym przesłaniem, że starości, jako końcowego etapu życia, nie należy przekreślać, bo może mieć ona… przyszłość. Pewnie paradoksalnie tak jest. Nie do końca podzielam tę optymistyczną konstatację pomysłodawczyni, animatorki festiwalu oraz reżyserki finałowego Hopla, żyjemy! – Krystyny Meissner, ale publiczność podzielała i zgotowała jej długą owację na stojąco. A wiadomo, kto w teatrze ma rację. W większości zresztą była to publiczność z najróżniejszych krajów świata, bo krajowi oglądacze już dawno się tymi opowieściami o staruchach na scenie nasycili.

Hasło „prowokacja

Takie było oficjalne zakończenie festiwalu, na którym teatry odrabiały artystyczne lekcje, mające nam uświadomić różne formy gwałtu, którym ulegamy teraz właściwie na co dzień, przez co powoli na te ludzkie tragedie jakoś miękko, niezauważalnie obojętniejemy. Wszyscy. Co do sztuki. To znaczy, co do jednego. Hasło „Gwałt porządkuje świat” od początku, jeszcze się festiwal nie zaczął, miało wielu przeciwników uważających, że nikt nie ma prawa do takiej tezy, bo ocena gwałtu, obojętnie w jakim wymiarze, nabiera w tym związku frazeologicznym dwuznaczności. Sugeruje, że akt gwałtu może zbudować coś pożytecznego w naszej cywilizacji. Zostawię tę tezę filozofom, etykom i historykom. Będę się przyglądał artystom, skrzykniętym do Wrocławia pod tym właśnie hasłem.

Miałem agresywnie nękające mnie złudzenie, że idealnie wpisał się w owe oczekiwania związane z hasłem Johan Simons i podczas swojego spektaklu Oczyszczeni/Łaknąć/4.48 Psychosis stał w kulisie Teatru Polskiego. Stał i cały czas przez zaciśnięte zęby cedził w stronę raz jednego, raz innego widza: katuj się, katuj…

Takie spektakle postdramatyczne wydawały mi się naprawdę niezwykłe grubo ponad trzydzieści lat temu. Teraz patrzę na te nękające polski i europejski teatr stylistyczne przypomnienia w chłodnym milczeniu. Robił to skutecznie, bo spora grupa osób, żeby nie zacząć się rozglądać za pętlą i hakiem, opuściła widownię. Ja szczęśliwie – jeśli to właściwe słowo w stosunku do spektaklu nad miarę nasyconego świadomością gwałtu – po prostu zaszczepiłem się dwanaście lat temu bardzo poetyckim spektaklem Oczyszczonych Krzysztofa Warlikowskiego. Przyznam się, że owa surowa, wręcz ascetyczna forma scenicznego dzieła Holendra pracującego w Monachium także mnie, jak wielu widzów, mocno znużyła i… jeszcze mocniej rozczarowała. Takie spektakle postdramatyczne wydawały mi się naprawdę niezwykłe grubo ponad trzydzieści lat temu. Teraz patrzę na te nękające polski i europejski teatr stylistyczne przypomnienia w chłodnym milczeniu. Naprawdę mocno biłem brawo tylko Thomasowi Schmauserowi w trzeciej części tryptyku Sary Kane. Za aktorski kunszt przy całej skromności środków. Z całą pewnością takie oklaski i uznanie należało się jeszcze paru aktorom niemieckiego zespołu, jak choćby Annecie Paulmann za narysowanego trochę groteskowo doktora-szaleńca – Tinkera. Jednak Mariusz Bonaszewski w tej samej roli u Warlikowskiego jest bardziej porażający, bo zbudował tę postać psychologicznie, pokazując całą gamę ludzkiej, beznamiętnej „zabawy” w okrucieństwo. Wnika w nas do szpiku kości. Jakby zachęcał nas do takiej samej próby.

Pierwszymi biletami, które znikły z kasy na festiwalowe spektakle, były bilety na to właśnie ciągle wywołujące emocje przedstawienie Warlikowskiego. Można rozsypać cały pakiet porównań, ale ten „mecz” wygrał Polak. Brzmi to koszmarnie szowinistycznie. Co zrobić, taka jest natura festiwali, że prowokują nie tylko do porównań, ale i do układania najróżniejszych rankingów.

Na szczycie takiej naszej towarzyskiej i kuluarowej zabawy-układki jeszcze przed półmetkiem tegorocznego Dialogu trzy pierwsze miejsca zajmowały polskie teatry. I nie dały się zepchnąć aż do finału. Liderem tych naszych „kwalifikacji” był teatr Pieśń Kozła Grzegorza Brala i jego Pieśni Leara na kanwie dramatu Szekspira. Tylko wtrącę, że w ten sposób Simons przegrał ze swoim Królem Learem drugi pojedynek z Polakami. Na drugim, tylko o milimetry w sensie artystycznym niższym medalowym stopniu za spektaklem Brala stanął fantastyczny i bardzo nietypowy musical wyreżyserowany przez Agatę Dudę-Gracz we wrocławskim teatrze Capitol – Ja, Piotr Riviere, skorom już zaszlachtował siekierom moją matkę, swojego ojca, swoje siostry, brata swojego i wszystkich sąsiadów… Już po tym tytule można było się poczuć w samym sercu festiwalu bijącego na trwogę! Trzecie miejsce przypadło wspomnianemu na wstępie „staruszkowi”, który premierę miał w roku 2001, ale jak potwierdziła długa owacja publiczności, nic nie stracił ze swojej artystycznej świeżości. Był to reżyserski popis Krzysztofa Warlikowskiego w Oczyszczonych, który poetycką wizją gwałtu i brutalności przykrył trzema piętrami teatralnej wrażliwości „konkurenta”. Konkurentem dla Warlikowskiego i Brala był legendarny Johan Simons, ale tylko w naszych rankingowych zabawach, bo tak naprawdę ci wspaniali artyści penetrują współczesny świat różnymi teatralnymi stylistykami.

Dodam dla porządku, że owo „podium” zbudowała grupa nałogowców, którzy oglądali wszystkie dotychczasowe spektakle Dialogu od jego poczęcia w roku 2001, a nie tylko ten ostatni, co nie wypadł był najlepiej. Dla mnie skończył się ten festiwal w niespełnionym oczekiwaniu na wielki spektakl. Te polskie widziałem przecież wcześniej. Podczas dotychczasowych edycji zawsze było tak, że choć jeden przyjezdny artysta hen ze świata rzucał na kolana. Swoją drogą, dlaczego człowiek lubi być rzucany na kolana? Przecież to czysta forma gwałtu! No i to podskórne przekonanie, że obcy muszą być lepsi niż swoi. W sztuce jest to kompletnie fałszywe. Może powinniśmy się cieszyć z siły naszych artystów? I nie brać prysznicu ze strumienia goryczy z powodu niespełnienia?

Jak ty komu, tak on tobie

Publiczność do tego stopnia czuła się chwilami bezkarnie gwałcona za własne pieniądze, że demonstracyjnie opuszczała różne na tym festiwalu chybione próby. Ta polska, pewnie zainspirowana wersetem młodzieńczego wiersza Wieszcza Mickiewicza, chciała się odegrać. Wszak napisał brutalnie: „Gwałt niech się gwałtem odciska”. Czasami robiła to aż nadto mściwie, bo nie dość, że wychodziła, to naprawdę niepotrzebnie trzaskała drzwiami, tam gdzie dało się trzasnąć. Najmocniej chyba ten gwałt za gwałt łapał za gardło w finałach dwóch spektakli. Na własne oczy widziałem Wielkie Oczy i zaskoczonego aktora z Bydgoszczy, Michała Jarmickiego, który z niejednego pieca chleb podgryzał, gdy przed samym jego nosem – góra metr albo półtora – maszerował długi ogonek widzów, pokazując mu plecy, gdy on kłaniał się jeszcze tym resztkom siedzącym w rzędach i klaszczącym z uprzejmości.

Tak było po Burzy w reżyserii Mai Kleczewskiej. Już chciałem dodać, że Szekspira, ale by się na mnie obraził. A ja go szanuję. Wylali hektolitry wody z góry, nawiali tonę piasku z boków i nanudzili o niczym w środku. I poszło wszystko w gwizdek. Dziś Maja należy do teatralnego Olimpu. Może zrobić, co chce, gdzie chce i jeszcze każdy jej przyzwoicie zapłaci, a żaden dyrektor teatru nie podskoczy. Bo tak naprawdę znikają z teatrów prawdziwi dyrektorzy artystyczni. Teatry w wielu przypadkach prowadzą przeciętniacy. Albo i gorzej.

Dla mnie skończył się ten festiwal w niespełnionym oczekiwaniu na wielki spektakl. W Burzy dla aktorów twórcza przygoda miała polegać na tym, żeby między cytatami z autorskiej wersji Williama S. sobie trochę „poimprowizowali”, co się w takich sytuacjach myli wszystkim ze słowem „poimprezowali”, które jest powszechniej zrozumiałe. Powiedzmy, że pani reżyser oraz autorom scenariusza, no i tak zwanemu dramaturgowi, który żyje z poprawiania autora i konstruowania idei, nie podoba się, co ów autor napisał. Ale czy można pozwolić aktorowi, by w ramach owej wolności bredził bez sensu i nie na temat, a na dodatek rozwadniał i tak mokre całe przedsięwzięcie? To są takie fanaberie, które trudno sobie wytłumaczyć. Ja rozumiem nawet, że współczesny polski aktor nie potrafi się wznieść na Himalaje swojego talentu i ekspresji, jeśli nie wrzaśnie sobie ze sceny: „kurwa”. Tak jak w tramwaju albo teatralnym bufecie. No, albo jeszcze do żony. Ale jest jak ta woda i ten piasek. Nijaki.

Jeszcze gorzej potraktowani zostali przez gwałcącą widownię twórcy poronionego z publicystycznej nadgorliwości krakowskiego spektaklu Macabra Dolorosa w reżyserii Pawła Szarka opowiadającego o dzieciobójczyniach. Żeby policzyć na palcach tych, którzy zostali do końca owego przedsięwzięcia, wystarczyły dwie ręce i noga. Dotkliwą festiwalową porażką był też spektakl Wojtka Klemma Życie to sen, w którym trochę nam „powciskał” lewackich ulotek i próbował zrobić porządek w królestwie sensów u artysty Calderona. Co tu kryć, starego. A wystarczyło go wnikliwiej poczytać, nie przez niemiecki sznyt i manierę. Ale czym skorupka za młodu nasiąknie…

Co za miedzą albo równoleżnikiem

Z tych moich szowinistycznych wynurzeń mogłoby wynikać, że zagraniczne zespoły mogły do Wrocławia w ogóle nie przyjeżdżać w tym roku, bo i po co? To ważne pytanie. Przykładając ostre, artystyczne kryteria, mogę napisać, że nie wiem, po co przyjechał paradokumentalny Isoko Theatre z Rwandy ze spektaklem Pomnik, bo to kompletnie amatorskie przedstawienie, europejsko polakierowane. Od razu się we mnie zagotowało. To spektakl z samego środka Afryki, który zgwałcił ich sztukę przetłumaczoną na język kinyarwanda. Aktorzy zostali wytresowani, by opowiedzieć nam o wielkim dramacie w taki sposób, byśmy przynajmniej poznali setki faktów. Żadnych emocji, żadnych uczuć. Nie wiem, czy sam z siebie Rwandyjczyk tak by chciał to opowiedzieć. Pewnie nie. Ale przepaść mentalna i kulturowa została zasypana przez reżyserkę, autorkę scenografii oraz europejskich kostiumów – Jennifer H. Capraru. Nie poradziła sobie w tym paradokumencie ani z faktami, ani z dramaturgią. Jeśli chce się widza poruszyć, nie można go wcześniej usypiać. Aktorzy coś tam symulowali, coś tam bębnili, coś śpiewali i jako widz wyszedłem z przekonaniem, że nie powinienem tego oglądać. Owe przerażające fakty znamy z medialnych doniesień. Teatr miał szansę je wzmocnić oryginalnym głosem i sztuką, a nie europejską tapetą. Aktorsko i teatralnie  trochę lepiej to wyglądało w meksykańskich Odgłosach pożaru. Znów jednak zabrakło dystansu do brutalnych faktów i dramaturgicznego talentu. Do tych rozczarowań dodałbym jeszcze, z podobnych powodów, autorski monodram Angeliki Liddell Nie jestem ładna.

Jakby na szczycie szlachetnych intencji twórców trzech wspomnianych wyżej, mało twórczych aktów stanął nawet nie spektakl, ale teatralny performance Exhibit B, który nie grzebał w świeżej i tragicznej ranie, ale w arcyprosty sposób w muzealnej czy wystawowej konwencji pokazał nam kolonialną trwałość stereotypów w myśleniu białego człowiek o innym człowieku, tyle że czarnym. Pomysł Bretta Baileya jest najprostszy w swojej makabryczności. Pokazuje ludzi jak muzealne eksponaty, tyle że nie odlane z mieszanek najnowocześniejszych mas plastycznych albo spreparowane wosku jak w muzeum Madame Tussaud, tylko żywe. Ich jedynym zadaniem aktorskim jest wzbudzenie w białych oglądaczach poczucia zażenowania. Bo jak w muzeum możemy sobie poczytać, jakich to morderstw dokonaliśmy jako biali kolonialiści i jak to nadal robimy. Nikt w mojej rodzinie nie był kolonialistą, ale uległem presji i poczułem się winny jako biały. Choć właściwie, gdyby trzymać się kolorów, to twarz mam czerwoną. Owe żywe muzealne eksponaty bacznie się przyglądają, jak się zachowujemy, co robimy, jak czytamy objaśnienia dotyczące każdego eksponatu, czyli ich samych także. Starają się z nami złapać kontakt wzrokowy i wtedy nawet im nie drgnie powieka. A my ulegamy. Nie dźwigam odpowiedzialności za cały świat i czułem się trochę gwałcony, że muszę. Pewnie mi to zostanie w głowie.

Publiczność do tego stopnia czuła się chwilami bezkarnie gwałcona za własne pieniądze, że demonstracyjnie opuszczała różne na tym festiwalu chybione próby. Oglądałem estoński spektakl, inspirowany mocno tragedią Greka Sofoklesa Antygona, napisany i wyreżyserowany przez trzydziestoparoletniego Irańczyka, urodzonego w Teheranie, Homayuna Ghanizadeha na polskim festiwalu o gwałcie. Trafił ten spektakl do nas, bo był politycznie gwałcony przez cenzurę w rodzinnym kraju autora i reżysera, a nie dlatego, że ów artysta odkrył coś oryginalnego w konflikcie Kreona z Antygoną. Spektakl ma bardzo zgrabną, nieco groteskową formę, ale dramat rozgrywa się na płaszczyźnie kończącego się zapasu świeżych jajek na królewskim dworze. Jakoś podobnie letnio było w węgierskim Salonie Ulissesa. Koniem trojańskim dla naszej życzliwości okazało się węgierskie czerwone wino serwowane skwapliwie przez cały spektakl. W tym performatywnym zdarzeniu, przygotowanym przez budapesztański zespół Artus Company pod wodzą Gabora Goda, coraz bardziej przekonywałem się, że wolałbym oglądać już zawsze teatr w takim anturażu, a nie w sztywnych rzędach na teatralnej widowni. W tym salonie, w zmieniających się jak w kalejdoskopie scenkach aktorzy pokazywali nam przewrotnie nasze schematyczne zachowania z codzienności nacechowane agresją.

Kiedy obraz tegorocznego festiwalu całkowicie się wyjaśnił i wiedzieliśmy już, że nic nas nie zaczaruje na dwa lata, zostało nam spotkanie z Kabaretem warszawskim Krzysztofa Warlikowskiego. W obsadzie plejada wspaniałych aktorów, którzy przez parę godzin udowodnili, dlaczego są wspaniali. Zostało tylko pytanie, jak daleko można w tej wspaniałości… odfrunąć. To „odfrunięcie” było tematem drugiej część tego wieczoru i spotkania z zespołem Nowego Teatru, a festiwalowy wieczór szybko zamienił się w noc. Toteż zacząłem obserwować, że aktorzy bawią się coraz lepiej, a mnie te wybuchy ekshibicjonizmu, próżności i megalomanii zajmują coraz mniej. Był to ironiczny portret „warszawki”, ale czy odkrywczy, porywający i demaskatorski? Jest w tym prawie pięciogodzinnym spektaklu wiele wspaniałych momentów i aktorskich popisów, dla których warto było potaplać się chwilami w płyciznach i uproszczeniach.

Cóż mogę jeszcze dodać… Nie ma co sumować, więc powtórzę za profesorem mniemanologii stosowanej Janem Tadeuszem Stanisławskim: i to by było na tyle…

25-10-2013

 

VII Dialog-Wrocław – Międzynarodowy Festiwal Teatralny, 11-18.10.2013

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany Luka
    Luka 2013-11-03   10:23:33
    Cytuj

    Bardzo trafne i prawdziwe omówienie! Widz teatru