AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

…i duchy

Coś pięknego, reż. Joanna Czajkowska, Jacek Krawczyk, Sopocki Teatr Tańca
Absolwentka Uniwersytetu Gdańskiego, doktor nauk humanistycznych. Referentka krajowych i międzynarodowych konferencji naukowych poświęconych literaturze i kulturze. Publikowała m.in. w internetowym „Dzienniku Teatralnym” oraz w miesięczniku „Teatr”. Współpracowała z Centrum Sztuki Współczesnej „Łaźnia” i Nadbałtyckim Centrum Kultury w Gdańsku. Mieszka w Gdyni.
A A A
Fot. Alicja Byzdra  

Fellini i taniec? Moja pamięć natychmiast odtwarza finałową scenę z Casanovy. Podstarzały kochanek wszechczasów, woskowa karykatura boga miłości tańczy z kobietą-marionetką przy dźwiękach pozytywki. W tle lodowy krajobraz weneckiego Canale Grande, biegnące duchy kochanek, baśniowa karoca papieża.

Zawsze fascynowała mnie w tej scenie twarz Donalda Sutherlanda. Jego Casanova jest w  onirycznym finale dzieła Felliniego dziwnie uspokojony, pogodny wręcz. Jakby ten wystudiowany taniec ze sztuczną kobietą był pierwszym w jego historii autentycznym i szczerym doświadczeniem. Jakby wszystkie złe duchy, lęki i niespełnienia odeszły wraz z barwnym korowodem uciekających kochanek, a zostało jedynie kojące spotkanie z samym sobą, własną twarzą, zmaterializowaną w bezpiecznej, przewidywalnej postaci pięknej lalki.

Coś pięknego, najnowsze przedstawienie Sopockiego Teatru Tańca to w zapowiedzi jego twórców „subiektywna interpretacja twórczości Federico Felliniego”. Nie ukrywam, wybierając się na spektakl Joanny Czajkowskiej i Jacka Krawczyka oczekiwałam jakiegoś powidoku niesamowitej, tak ważnej (w moim przekonaniu) dla twórczości Felliniego sceny z Casanovy. Sceny tak dojmująco autoerotycznej, autoironicznej, autodemaskującej. Zbierającej wszystkie lęki i fantazje mistrza z Rimini. Nie zawiodłam się. Hipnotyzujący, piękno-straszny obraz, przetworzony przez pryzmat doświadczeń twórców spektaklu, ich lęków i fantazji, zreinterpretowany w ich języku zamknął przedstawienie, zataczając symboliczne koło – znaczeniowo-estetyczny krąg, konsekwentnie tu budowany.

I odesłał jednocześnie do początku spektaklu. W nim zbita ściśle grupa kobiet, ubranych w monochromatyczne stroje i w ciemnych okularach, porusza się synchronicznie i przemawia – wypowiadane i wykrzykiwane włoskie frazy, sprzężone ściśle z przesadną, charakterystyczną dla włoskiej kultury mową ciała zlewają się w jeden głos, jeden ruch. Kobiecą skargę, przerysowany lament. Grupa na przemian milczy i wybucha, a my dzielimy jej zwartą strukturę na poszczególne postaci – kobiet niskich, wysokich, szczuplejszych i grubszych. Różnorodnych. Bez wyjątku eleganckich, szykownych. Uruchomiony tu czarno-biały kształt rzeczywistości, przesiąknięty aurą filmową, nawiązujący do neorealistycznych „klimatów” epoki  kontynuuje Jacek Krawczyk jako sam Mistrz, Federico/Marcello  ale i Guido, Pippo, Zampano oraz wszyscy inni męscy bohaterowie Felliniego), który „bada” sceniczną przestrzeń, przemierzając ją płynnym, zwinnym ruchem. W głębi sceny sceny wyświetlane są ikoniczne dla twórczości Felliniego fotografie, które finalizuje zdjęcie ucharakteryzowanej na Gelsominę Giulietty Masiny.

Wizualne piękno pierwszych, przesadnie wystylizowanych scen przedstawienia ma przewrotny charakter. Czajkowska i Krawczyk budują nimi bardzo konkretny sceniczny kształt – świat poukładany i przewidywalny, adekwatny niejako naszym powszechnym wyobrażeniom i wspomnieniom wywiedzionym z filmów Felliniego, piękny, elegancki i czarno-biały. Kolejne sceny zawierają się w tym porządku. Piękne kobiety paradują przed Mistrzem, adorują go. Każda z nich operuje zestawem powtarzających się gestów i ruchów, które układają się wspólnie w taneczny, kokietujący ciąg. Wspomaga go scenografia – białe, garderobiane parawany, którymi sprawnie operują aktorki. Wszystko „pięknie” współbrzmi i elegancko wygląda, ale tylko do momentu, gdy z tłumu kobiet wybija się ta najbardziej niepozorna i w niegroźny, figlarny sposób niepokorna. Giulietta/Gelsomina Joanny Czajkowskiej odstaje od reszty kobiet. Jej ruchy nie zgadzają się z ruchami pozostałych, jej taniec burzy porządek organizujący grupę. Jest dziecięco nieporadny, chwilami cyrkowy, momentami karykaturalnie kopiujący taniec pozostałych kobiet. Panujący niepodzielnie nad grupą Mistrz skupia całą uwagę na niej, rozpoczyna cierpliwą tresurę. Giulietta/Gelsomina próbuje się jej poddać, ale jednocześnie jej ruchy wymykają się poleceniom mężczyzny. Czerwony nos klowna, wyciągnięty znienacka prestidigitatorskim gestem złośliwego trickstera, kontrastuje z czarno-białym kształtem powołanego na scenie świata. Czerwona plamka jest niczym rysa na szykownej konstrukcji, prześmiewczym gestem godząca w jego elegancję. I rozpoczynająca jego rozpad.

Spektakl Coś pięknego zbudowany jest z przetworzonych wspomnień, refleksów, impresji. Czajkowska i Krawczyk rzadko sięgają po dosłowne cytaty z Felliniego. Raczej próbują – z dużym powodzeniem – wykorzystać jego upodobanie do nieustannego projektowania marzeń i fantazmatów, dryfowania w stronę tego, co nieświadome, poutykane w szczelinach realnego świata. W przedstawieniu doszukamy się echa najsłynniejszych obrazów reżysera, ale przede wszystkim odnajdziemy w nim zespolenie tych pierwiastków, które kultura i obyczajowość stawiają w wiecznej kontrze, a które tak chętnie jednoczył w swoich filmach Fellini. Choreografia w przedstawieniu umiejętnie wykorzystuje te ambiwalencje -  sięga po karnawałową żywiołowość, ale i kontemplacyjny bezruch. Taneczne kompozycje Czajkowskiej i Krawczyka, wywiedzione z tańca współczesnego, to zarówno leniwe, pełne zastygłych póz fragmenty, oddające bezruch wysmakowanych kadrów Felliniego, ale i dzikie, precyzyjne – jak w surrealistycznej, zbiorowej „pogoni” za lalką-niemowlęciem. To parafrazy charakterystycznych dla Felliniego korowodów, cyrkowych marszów, absurdalnych pościgów. Jest w nich też miejsce dla cząstek niemal „klasycznych”, choć przenoszonych na scenę w nieoczywistych ramach i kształtach – jak nieoczekiwany, poetycki taniec tresowanej Giulietty/Gelsominy, jeden z najpiękniejszych fragmentów spektaklu.

Fundamentem najnowszego przedstawienia Sopockiego Teatru Tańca jest muzyka Nina Roty i Giovanniego Fusco, budująca poszczególne sceny na równi z materią tańca. Ona towarzyszy powołaniu scenicznego świata, ona komentuje jego rozpad. A ten, choć rozpoczęty ledwie zauważalnym, filuternym gestem, w miarę upływu czasu zaczyna przybierać coraz bardziej groźne i coraz bardziej monstrualne formy. Grupa kobiet najpierw powoli, łagodnie, a później coraz gwałtowniej zaczyna uciekać spod panowania Mistrza. Zwarta masa kobiecych ciał – w spektaklu prócz Joanny Czajkowskiej występuje aż osiem tancerek, Joanna Nadrowska, Barbara Pędzich, Kalina Porazińska, Grażyna Słaboń, Dorota Zielińska, Danuta Klementowska, Monika Thurau i Magdalena Chojnacka – z pierwszych scen spektaklu rozpada się, aby po jakimś czasie znów się połączyć i skierować swoje siły w zmasowanym akcie agresji. W ostatnich scenach spektaklu kobiety stają się odrębnymi, indywidualnymi bytami – łączącymi się w zaciekawione sobą pary, przyglądające się sobie i innym.  Ich pogoń za opadającym z siłl mężczyzną, tak symboliczna dla twórczości Felliniego, kończy się upadkiem męskiego ciała – zdeprecjonowaniem jego siły i witalności, wyszydzeniem jego potencjału.

Nie sposób nie potraktować przedstawienia Joanny Czajkowskiej i Jacka Krawczyka jako wypowiedzi autotematycznej. Symbolicznej, surrealistycznej relacji, zapisu ze zmagań z samą materią tańca i wszystkimi jej „duchami”. W tym kontekście najbardziej znaczącą będzie scena inspirowana Próbą orkiestry Felliniego. Tancerki, już w uwspółcześnionych, niejako zuniformizowanych strojach, dosłownie i w warstwie symbolicznej walczą z materią sztuki. Scenę pokrywają walające się kartki z „nutami” (które zamiast prowadzić zespół jedną linią, rozbijają go, wytrącają ze wspólnych ram), pulpity do ich podtrzymywania przewracają się, co rusz bezskutecznie próbują być okiełznane i uporządkowane. Scena przypomina przestrzeń sennego koszmaru, kobiece ciała upadają, obijają się o siebie, zastygają w gestach niemocy. Ciekawie z takiej perspektywy będzie wyglądał sam finał spektaklu – lalka prowadzona przez Jacka Krawczyka, marionetkowy sobowtór boskiej BB, ale i figura rozpoczynających spektakl lamentujących kobiet. Mnie przypomniała o ostatniej scenie Casanovy, symbolicznym spotkaniu twórcy z samym sobą, ze swoją kreacyjną mocą, budującą, a zarazem destrukcyjną.

Z perspektywy widza tytułowe „coś pięknego” można potraktować jako rodzaj okrzyku, pozaintelektualną (czy może nawet antyintelektualną) definicję rzeczywistości, która nie poddaje się jednoznacznym ujęciom, a którą powołali do istnienia artyści Sopockiego Teatru Tańca. Blask czerni, zgięcie dłoni, grymas twarzy, falowanie materiału eleganckiej sukienki, pojedynczy dźwięk. Coś, co trudno zwerbalizować, uchwycić w opisie. Coś, co stanowi ironiczną, piękno-groźną, komediowo-smutną egzemplifikację marzeń, fantazji, fantazmatów. Coś pięknego. 

9-05-2016

 

Sopocki Teatr Tańca
Coś pięknego
reżyseria, choreografia, scenografia, kostiumy: Joanna Czajkowska, Jacek Krawczyk
obsada: Joanna Czajkowska, Jacek Krawczyk,  Joanna Nadrowska, Barbara Pędzich, Kalina Porazińska, Grażyna Słaboń, Dorota Zielińska, Danuta Klementowska, Monika Thurau, Magdalena Chojnacka
premiera: 22.04.2016

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: