AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Imperium kontratakuje

Projekt: Ojciec, reż. Mateusz Przyłęcki, Ośrodek Teatralny Kana w Szczecinie
Doktor nauk o komunikacji i poznaniu, adiunkt w Zakładzie Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autorka i współautorka książek i artykułów wydanych w Polsce i za granicą. Współprowadząca grupy „Performances in Public Spaces” w ramach International Federation for Theatre Research.
A A A
 

Nieczęsto zdarzają się w jednym teatrze premiery, z których druga jest odpowiedzią na spektakl powstały kilka sezonów wcześniej. Tak właśnie rzecz ma się z najnowszym przedstawieniem szczecińskiej Kany – Projekt: Ojciec to odpowiedź na Projekt: Matka. Oba spektakle zostały wyreżyserowane przez Mateusza Przyłęckiego, dwóch z trzech występujących w Projekcie: Ojciec aktorów jest prywatnie parterami aktorek z tego drugiego przedstawienia.

Scenariusze obu powstały na podstawie publicznych blogów, na których rodzice odmiennych płci opisywali swoje doświadczenia macierzyńskie/tacierzyńskie. Oba zbudowane są z pojedynczych scen, które dość luźno łączą się ze sobą, poza tym że dotyczą tego samego zagadnienia: bycia ojcem/matką, i których chronologia wyznaczona jest ciążą i dorastaniem dzieci. W obu narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, podawana wprost do widza, co daje wrażenie dzielenia się przez aktorów osobistymi doświadczeniami. Spektakl zagrany przez kobiety koncentrował się na krótszym okresie życia matki i dziecka; ten ojcowski wybiega niemal do nastoletniości potomstwa, jak w przezabawnej scenie tłumaczenia z języka „ojcowskiego” na polski rozmowy między tatą a córką (kto wie, co ma na myśli tata, mówiąc do latorośli: „Naprawdę ładnie wyglądasz”?). O ile matki wystylizowane były na twarde bojowniczki, to ojcowie prezentują typ „tatusiów z sąsiedztwa” w spodniach od dresu i rozciągniętych bawełnianych koszulkach. Podobieństw między oboma spektaklami dałoby się znaleźć więcej, ale jest jeden zasadniczy wymiar, dzięki któremu te dwa przedstawienia różnią się diametralnie: to o matkach zbudowane było na maksymalnym wkurzeniu i desperacji, a ojcowskie to cykl zabawnych anegdot spointowanych liryczno-refleksyjnym nawiązaniem więzi z własnym ojcem.

Tego rodzaju spektakle jak oba Projekty… z racji podejmowanej problematyki prezentują coś, co można nazwać strategią publiczną – prywatne, osobiste doświadczenia opisane przez blogerów z racji ich upublicznienia i tego, że dotykają spraw ponadjednostkowych, inicjują dyskusję na aktualny temat czy też chcą być głosem w już toczonej debacie publicznej. Dlatego też nie można traktować ich przede wszystkim jako dzieł artystycznych. Tak też ich chyba nie traktują sami twórcy, skoro wokół Projektu: Matka wyrosła cała seria warsztatów dla kobiet. Wydaje się więc, że moje podejście do obu przedstawień Przyłęckiego jest uprawnione – udział w nich odebrałam jako zachętę do dyskusji. Jak pisze sam reżyser, po pierwszym spektaklu „w trakcie rozmów z publicznością okazało się, że istnieje zapotrzebowanie na opowiedzenie o doświadczeniu bycia rodzicem z perspektywy młodych ojców. Chcemy, żeby Projekt: Ojciec był odpowiedzią na to zapotrzebowanie. Pragniemy, żeby spektakl oraz towarzyszące mu warsztaty i spotkania pomogły oswoić przyszłych ojców z doświadczeniem ojcostwa oraz stały się wsparciem dla mężczyzn, którzy są już ojcami i na co dzień doświadczają różnych trudności z tym związanych. Chcemy uświadomić i uwrażliwić społeczeństwo na istotne tematy związane z ojcostwem oraz upowszechniać pozytywne wzorce świadomego, zaangażowanego ojcostwa”. W zamyśle spektakl ma więc być zaczynem o wiele szerszego projektu – tworzenia pozytywnych wzorców ojcostwa. Toteż potraktuję Projekt: Ojciec jako projekt społeczny wykorzystujący do realizacji swoich celów środki artystyczne i na tej płaszczyźnie spróbuję z nim trochę podyskutować. Pierwszym, co rzuciło mi się w oczy, kiedy przyszłam na Projekt: Matka, było to, że na widowni siedziały same kobiety, tak jakby mężczyźni-ojcowie nie byli zainteresowani wysłuchaniem kobiecych doświadczeń rodzicielstwa. Natomiast na widowni Projektu: Ojciec panie i tak stanowiły ponad połowę widzów. Ciekawe jest także to, że potrzeba, o której pisał reżyser, zrodziła się niejako wtórnie, dopiero w odpowiedzi na to, co chciały wykrzyczeć kobiety-aktorki. To one zainicjowały dialog, w którym jako równoważny, dotyczący rodzicielstwa pojawia się teraz głos mężczyzn – tych, którzy i tak mają o wiele większy wpływ na kształtowanie sfery publicznej (choćby przez stanowienie prawa) niż kobiety. Proszę mnie dobrze zrozumieć, nie próbuję, Boże broń, odbierać ojcom prawa do dzielenia się swoimi doświadczeniami i przeżyciami. Mam jednak takie poczucie, być może bardzo niesprawiedliwe, że ten męski dyskurs jest formą przechwycenia doświadczenia rodzicielstwa, ponieważ w kulturze to, co męskie, traktowane jest jako uniwersalne, a to, co kobiece, jako szczególne, a przez to marginalne. Ponieważ klimat przedstawienia pokazuje rodzicielstwo-ojcostwo jako serię zabawnych wyzwań, z którymi tata zawsze jakoś daje sobie radę, desperacja matek z pierwszego przedstawienia jawi się jako margines czy wynaturzenie w doświadczeniu rodzicielstwa.

W pierwszej scenie spektaklu pojawia się słowo, które ma w najpełniejszy sposób tłumaczyć zachowania kobiet – hormony. Wyłącznie one, jak zdaje się wynikać z pierwszego mini monologu, kierują zachowaniami kobiet, a to ustawia matki w roli istot nieracjonalnych, rządzonych chwiejną biologią. Tata relacjonuje swoją rozmowę z doświadczonym kolegą, który na wieść o ciąży małżonki mówi mu, że odtąd w dyskusjach z nią już nigdy nie będzie miał racji. Ta opowieść oczywiście wywołuje wybuch śmiechu, ale czy rzeczywiście poważny temat, jakim są przemiany roli ojca i jej postrzegania, najlepiej dają się opowiedzieć za pomocą stereotypów? Męskimi zachowaniami nie rządzą hormony? Czy może po prostu ich wpływ na postępowanie panów został inaczej, mniej pejoratywnie nazwany – racjonalnością? Ta opozycja: kobiece hormony i nieumiejętność poradzenia sobie z trudami macierzyństwa kontra męska racjonalność („skąd wziąć pieniądze na taki wózek, jak ona chce?”), która pozwala sobie radzić w rozmaitych potencjalnie stresujących sytuacjach, umieszczona w kontekście świadomie wyartykułowanej wypowiedzi, że Projekt: Ojciec jest odpowiedzią na Projekt: Matka, budzi we mnie protest i wkurzenie. To tak jakby twórcy – mężczyźni chcieli powiedzieć kobietom: „Skąd te nerwy? Popatrzcie, jak to wszystko można potraktować bezstresowo”. Jeśli pojawia się stres i nerwy, to za sprawą „przeszkadzaczy” – np. teściowej, też potraktowanej w spektaklu stereotypowo. Otóż w jednej ze scen dotyczących niemowlęctwa mamy tatusia, który wraca z pracy gotów do przejęcia opieki nad dzieckiem, podczas gdy mama wychodzi z domu. Teściowa, która już zbierała się do wyjścia, decyduje się zostać chwilę, bo niemowlę właśnie zaczęło wyć, a starsze dziecko wisi na tacie, bo chce się bawić. Tatuś nie daje sobie pomóc, tylko relacjonuje swoje narastające wkurzenie, łącznie z opisem brutalnych aktów, jakich chciałby dopuścić się na teściowej. Wymowa sceny jest oczywista: miałbym wszystko pod kontrolą, gdyby mi to babsko nie przeszkadzało (a przeszkadza, usiłując zająć się drugim dzieckiem lub też potrzymać przewijanego za rączkę). W swojej opowieści tata nie dopuszcza do siebie myśli, że narastające wycie dziecka spowodowane jest nie obecnością babci, lecz reakcją jego, ojca na tę obecność. To jego zdenerwowanie udzieliło się dzieciom.

Twórcy, jak deklarowali, chcieli swoim spektaklem przywołać do społecznej świadomości znaczenie roli ojca i myślę, że im się to w pewnym sensie udało, choć z mojego – kobiecego – punktu widzenia czasem środki obrane do tego celu wyglądają karykaturalnie. W jednej ze scen ojciec skarży się, że cała uwaga otoczenia poświęcana jest jego ciężarnej partnerce, a on czuje się wtedy taki osamotniony. Ta zazdrość o uwagę wygląda bardzo dziecinnie – tak trudno znieść, że przez te parę miesięcy kto inny jest w centrum zainteresowania? Ktoś, na kim w tym okresie jednak głównie spoczywa troska o dziecko, ktoś, kto doświadcza własnym ciałem tego, że dziecko powstaje, kto cierpi w związku z tym na zaparcia (obśmiane w spektaklu), musi często chodzić sikać i czyje ciało znienacka zaczyna żyć własnym życiem. Drodzy tatusiowie, nie zazdrośćcie tego zainteresowania, to i tak wyłącznie troska o pojemnik na dziecko – zniknie bezpowrotnie, jak tylko nowa istota go opuści. W spektaklu pojawia się scena wyrażająca próbę wczucia się w sytuację ciężarnej matki – kiedy ojciec w sklepie wsadza pod koszulkę sześciokilogramowego arbuza. Opisuje jak widzi, iż bawełna się ciągnie i rozciąga. Scena kończy się przypomnieniem, że gdyby to było prawdziwe dziecko, tak ciągnęłyby się mięśnie, ścięgna i skóra.

Głównym elementem scenografii w przedstawieniu jest duża czerwona kanapa, to z niej w pierwszych scenach przemawiają do nas ojcowie. To na niej siedzą we trzech z lekko ogłupiałymi minami, po urodzeniu tuląc do nagich torsów lalki-niemowlęta. To na niej zwisają w dziwacznych pozach, pokazujących, jak skomplikowanym zadaniem jest uśpienie dziecka. Przed nią rozgrywa się najzabawniejsza scena spektaklu, kiedy trzej aktorzy do melodii Daddy Cool Boney M., tańcząc niczym chippendalesi zawijali się w chusty. Robili to rzeczywiście „śpiewająco”, niezwykle sprawnie i fachowo. Bo tatusiowie są cool (bo są)! Tylko czy ta sama scena w wykonaniu matek budziłaby taki aplauz? I tak jak w tamtym spektaklu przeszkadzało mi to, że mówił on wyłącznie o troskach i trudach macierzyństwa, tak w tym „ojcowskim” drażniło mnie zabawne i anegdotycznie potraktowanie doświadczenia rodzicielstwa. Zaowocowało to bardzo sympatycznym i wesołym przedstawieniem, lecz nie jestem przekonana, czy może ono „upowszechniać pozytywne wzorce świadomego, zaangażowanego ojcostwa”. Tak jak historia opowiedziana od strony kobiecej była odzieraniem z lukru, tak ta ojcowska była raczej lukrowaniem rodzicielstwa.

W moim odbiorze obu przedstawień znaczącą rolę odgrywają dwie rozmowy, które zresztą odbyły się w Piwnicy Kany. Ta ważna dla Projektu: Ojciec miała miejsce już dość dawno temu między osobistym ojcem mojego dziecka a moim kolegą (reżyserem teatralnym zresztą). Panowie, których dzieci są w podobnym wieku, wymieniali doświadczenia na temat spacerów ze „zwózkowanymi nielatami”. Doświadczenia obu były bardzo podobne: ojciec z małym dzieckiem ma „branie” wśród kobiet jak nikt inny. Ta anegdota pokazuje, jak bardzo odmienna jest sytuacja młodych matek i młodych ojców, ci ostatni zwykle mogą liczyć na życzliwe zainteresowanie i zachwyt, że w ogóle zajmują się dzieckiem: że przytulają, że przewijają, że umieją ubrać i noszą w chuście. W przypadku matki te same zachowania to oczywista i „naturalna” aktywność, która zasługuje co najwyżej na nazwanie ich „wózkowymi”. Stąd chyba dwa tak różne klimaty obu przedstawień. W tym „ojcowskim” dominuje nuta zdziwienia z odkrywania nowego świata małego człowieka (jak w uroczo zabawnej scenie „poporodowej” z przytulaniem niemowląt), ironia i chwilami drwina, które być może, mają przykryć wzruszenie. Generalnie jednak, o dziwo, spektakl należy do gatunku prostych i przyjemnych, w zabawny sposób pokazujących doświadczenie bycia ojcem. Taki wymiar mają nawet te sceny, które rozegrane dłońmi, w pacynkach, mają pokazać tatusiów jako dyskryminowanych i nietraktowanych poważnie przez społeczeństwo (reprezentowane przez kobiety). Pierwsza z nich to historia ojca w tramwaju, który jest nieustannie pouczany przez starsze współpasażerki – że nie chce usiąść, że za chłodno ubrał dziecko itp. Nie chciałabym podważać unikalności męskiego doświadczenia na tym polu, ale pamiętam, że jako nie najmłodsza już matka wielokrotnie spotykałam się z paniami tego typu, a dziecko w chuście działało na nie jak płachta na byka. Podobnie z karykaturalną sceną wizyty u lekarki, która chciała rozmawiać tylko z matką (zdarzył nam się kontakt z takim lekarzem, który w ogóle nie chciał słuchać żadnego z rodziców). Ostatnia scena lalkowa dotyczyła nierówności w traktowaniu przez sądy matek i ojców. Choć jest to rzeczywiście poważny problem społeczny, tu też karykaturalny sposób przedstawienia wyroku wywoływał nie tyle smutek i współczucie, ile wyglądał na satyrę sądową. Nie wykluczam, że taka zabawna forma miała nie pozwolić samym mężczyznom na zbytnie wzruszenie się, ale tego właśnie brakowało mi w tym spektaklu – lęku, strachu, trudności czy złości na siebie samego za to, jakim się jest rodzicem. Jeśli pojawiają się trudności, to jest to znów śmieszna historyjka o powrocie do domu z dzieckiem bez spodni, bo siku poleciało poza pieluszką, spointowane tym, że tata wracał w mokrej koszulce, której się nie odważył zdjąć, bo nie ma odpowiedniego wyglądu. Refleksja nad złością na dziecko pojawiała się tylko w scenie z kłopotami z ubraniem dwulatki. Wtedy jednak okazuje się, jak przydatna jest mama w odwodzie…

Finał spektaklu rozpięty jest między dwoma scenami badającymi relację ojców nie tyle z własnym dzieckiem, co z własnym ojcem. Pierwsza z nich to parodia pojedynku Luke’a Skywalkera z jego ojcem Darthem Vaderem z szóstej części Gwiezdnych wojen, przerywana co chwila refleksjami Luke’a-spektaklowego ojca. Czyżby żeby zostać wspaniałym tatą, trzeba zabić w sobie własnego ojca – takiego ukształtowanego jeszcze wedle dawnego paradygmatu?

Na finał zamiast groteski twórcy zostawiają autentycznie wzruszającą opowieść o ojcowskim poświęceniu – o rezygnacji z własnych ambicji dla zapewnienia rodzinie lepszego bytu.

Projekt: Ojciec to ważny spektakl, a moja chęć dyskusji z nim wynika właśnie z tego, że doceniam jego wagę. Teatralnie jest prostszy niż Projekt: Matka, ale równocześnie dramaturgicznie bardziej klarowny (może z tego powodu, że materiału tekstowego do wyboru było mniej, bo mniej jest blogów ojcowskich) – to ojciec i jego euforyczna niemal relacja z dzieckiem są tu osią przedstawienia, graną w żywym planie. Nie ma w tym spektaklu tak estetycznie wysmakowanych scen, jak w kobiecym spektaklu. Rolę w budowaniu klimatu przedstawienia, podobną do tej, jaką tam pełniły bezsłowne obrazy, tu pełni muzyka grana na żywo przez aktorów, dlatego pewnie zamiast opowieści o bezsilności po scenie sądowej mamy głośne i energiczne walenie w perkusję. Wątki społeczne, bardziej zasygnalizowane niż przedstawione, bardzo wyraźnie wyodrębnione są w strukturze spektaklu, dzięki temu że grane są w lalkach. Panowie w swoim półprywatnym aktorstwie świetnie sprawdzają się w roli opowiadaczy „własnych” historii, wzmacniając podprowadzone kostiumami budowanie postaci „zwykłego ojca”. Właśnie to tworzenie obrazu „zwyczajności” wydaje mi się wartością tego przedstawienia – ojciec ze spektaklu to everyman, nie żaden awangardowy rewolucjonista czy prorok „nowego tacierzyństwa”. Dzięki temu może przemówić do innych zwykłych facetów (jeśli tylko temat zainteresuje ich na tyle, żeby przyszli na spektakl). Bo tata to rzeczywiście ważna postać w życiu każdego człowieka, podobnie zresztą jak mama. A lukrowanie tacierzyństwa może być pożytecznym działaniem – nic tak nie zachęca panów do wzięcia w czymś udziału, jak wizja zabawnej przygody.

24-10-2016

 

Ośrodek Teatralny Kana w Szczecinie
Projekt: Ojciec
scenariusz: Mateusz Przyłęcki – na podstawie tekstów Tomasza Kwaśniewskiego (Dziennik ciężarowca, Dziennik taty, Wydawnictwo W.A.B.), Huberta Pełki (tatakarola.blogspot.com), Macieja Mazurka (zuchpisze.pl), Tomasza Bułhaka (tatawbudowie.pl, Tata w budowie, Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz), Pawła Klimczaka (wawrzyniec.blox.pl), tęczowy.blog.onet.pl, Iana Bruce’a (Jak być wspaniałym tatą, tłumaczenie Tomasz Illg, Wydawnictwo Vesper)
reżyseria: Mateusz Przyłęcki
muzyka: Michał Sarapata, zespół
obsada: Tomasz Grygier, Krzysztof Sanecki, Piotr Starzyński
premiera: 30.09. 2016

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę: