AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Jednocześnie?

Teatrolog. Pracowała w Wydawnictwie KRĄG, w Instytucie Sztuki PAN, w Teatrze na Woli, w Teatrze Narodowym, w Agencji Filmowej TVP, obecnie w Muzeum Narodowym w Warszawie. Prowadzi zajęcia w Akademii Teatralnej im. Zelwerowicza, publikuje w miesięczniku "Teatr".
A A A
Fot. Krzysztof Bieliński  

Łukasz Simlat, ubrany w dżinsy i szarą kangurkę, ozdobioną (między innymi) napisem-skrótowcem przynależnym sportowcom reprezentującym Japonię, siedzi na brzydkim fotelu i, cokolwiek onieśmielony, czeka na widownię jak na księdza po kolędzie.

Z prawej strony sceny rzutnik, skierowany na rozwinięty, przenośny ekran typu roll-up. Na wprost widowni, na ścianie, niezapalony (jeszcze) neon składający się na napis „feel, touch, love” oraz paprotka. Z przodu po lewej stojak mikrofonu. Nietrudno się domyślić, że w swoim czasie wszystkie te przedmioty wystrzelą jak wiadoma strzelba; tylko paprotka pozostanie znakiem przeciętności.

Zaczyna się niewiele ponadgodzinny monolog. Po prawdzie – monolog o niczym. Bohater Griszkowca jest człowiekiem masowym. Jest Tuwimowskim strasznym mieszczaninem, co to wszystko widzi oddzielnie, wcale nie jednocześnie – wbrew deklaracjom, wbrew tytułowi, wbrew przekonaniu własnemu i autora. Że samolot… że żona… że na ryby… ale się nie chce… koledze też nie… że umarł tak nagle… że fotografie… że chciałem śpiewać jak Elvis… Bezimienny Griszkowca jest pospolitą ględą knajpianą, nudnym-marudnym współpasażerem w pociągu, przed którym nie uchroni nawet miejscówka w wagonie bezprzedziałowym (wiem, co mówię: jeden taki katował niedawno przez trzy godziny, wspomagając się wysokoprocentowym likierem „Orzech laskowy”). Coś tam w nim wzbiera, niby czuje, że w kominie łka, ale w gruncie rzeczy nie ma wbudowanego odbiornika impulsów metafizycznych. Nie ma daru syntezy, nie jest nawet dobrym medium ani trafnie dobranym przykładem poglądowej prezentacji. Wszystkie jego zdziwienia, pytania i wątpliwości są po nic.

Człowiek, w którego wciela się Simlat, jest poczciwy i sympatyczny – czy to wystarczający powód, by stał się bohaterem teatralnego wieczoru? Dlatego że w masie, w większości, tacy właśnie jesteśmy, nijacy? Nie sądzę; różnimy się czymś, choćby progiem (bez)wstydu, gdy idzie o wygłaszanie banałów. Rzecz nie w temacie, lecz w ujęciu. Portretów współczesnego przeciętniactwa powstało bez liku i bez wątpienia o niebo lepszych. Krapp Becketta, zwłaszcza w wykonaniu Łomnickiego, mroził od stóp po czubek głowy, podobnie mrozi Winnie z Radosnych dni. W Jednocześnie nie ma „feel”, nie ma „touch”, nie ma „love”, jest tylko pretensjonalny neon, więc po co zaprzątać uwagę nieciekawym facetem i jego nieciekawymi obserwacjami? Tylko dlatego, że widownia lubi gatunek zwany monodramem, i aktorzy też, bo daje nieczęstą okazję do wyłącznego, osobistego wystąpienia?

Kłopot z Jednocześnie polega także na tym, że wszyscy udziałowcy tego przedsięwzięcia – od Griszkowca poczynając, a na teatrze kończąc – nie potrafili podjąć męskiej decyzji: konkurujemy z Beckettem czy z rozśmieszaczem z bulwarowo-knajpianego one-man show. Nie ma co owijać w bawełnę, Griszkowca od Becketta oddzielają lata świetlne: aspiracje i pokusa wyścigu to za mało. Z drugiej strony teatr instynktownie zmierza w stronę popisu, ale w tym wypadku bardzo daleko mu do brawury choćby Białej bluzki.

Wszystko w tym przedstawieniu jest tak przeciętne, jak jego bohater. Tekst, kostium, scenografia, poprawna gra. Wszyscy nosimy ubrania w ramach uśrednionej, zestandaryzowanej rozmiarówki (excusez le mot) i wszyscy bardzo dobrze wiemy, czym różnią się od tych uszytych na miarę, przez krawca. Ale czasem jesteśmy zadowoleni ze swojego wyglądu, więc może i ten wieczór kogoś wzruszył, a tylko po mnie spłynął jak zbyt szybko topniejący śnieg? (Jednak po kilku dniach złośliwy esemes od znajomego: „Naprawdę nie wiem, co ci się podobało w tym Jednocześnie, że piszesz z tego recenzję…”).

Po spektaklu wsiadam do metra. Tępo wpatruję się w jeden z zawieszonych w wagonie ekranów i czytam kolejne newsy serwisu informacyjnego. Doda pojawiła się na koncercie Nataszy Urbańskiej.

5-02-2014

 

Teatr Studio im. Stanisława Ignacego Witkiewicza w Warszawie
Jewgienij Griszkowiec
Jednocześnie  
przekład: Agnieszka Lubomira Piotrowska
reżyseria: Łukasz Garlicki
scenografia: Anna Czarnota
muzyka: Jacek Jędrasik
projekcje: Marcin Kaliński
obsada: Łukasz Simlat
premiera 24.01.2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę:
komentarze (3)
  • Użytkownik niezalogowany pinkpork
    pinkpork 2014-11-15   23:25:50
    Cytuj

    Widziałem, wyszedłem w środku i prawie z siebie i jednocześnie, że dałem się nabrać, że ktoś ukradł mi mój czas, mój kawałek życia na bzdety, amatorszczyznę, prostackie filozofowanie, prostacką grę i reżyserię rodem z Pcimia Dolnego.

  • Użytkownik niezalogowany C.
    C. 2014-02-06   14:39:34
    Cytuj

    Sztuka bardzo ciekawa. Widziałam. Monolog świetny. Do tego stopnia ze przeczytałam go dzień po spektalku w wersji oryginalnej choć ostatnio z cyrylica miałam do czynienia w 1991 roku. Dobrze zagrane, kontrasty pokazane w sposób robiacy wrażenie... Pani tu sobie pisze recenzje i narzeka, a gdzieś w tym samym czasie giną ludzie, ale oczywiście, łatwiej o tym nie myśleć...

  • Użytkownik niezalogowany Kutek
    Kutek 2014-02-05   23:40:40
    Cytuj

    Może sztuka nieciekawa. Nie widziałem. Ale na pewno nieciekawe są przemyślenia pani Piekutowej. Czytam już czwartą recenzję i nie mogę się pozbyć wrażenia, ze ta Pani nie lubi teatru, lubi natomiast mówić o sobie. A to jest wyjątkowo nieciekawe.