AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Kapiszonowy Król

Król, Monika Strzępka, Teatr Polski im. Arnolda Szyfmana w Warszawie
fot. Magda Hueckel  

Przed srebrnym mikrofonem stoi Barbara Kurzaj. Błyszczą cekiny na jej długiej sukni. Słychać śpiewane kobiecym głosem Red Right Hand Nicka Cave’a, lecz to nie koncert na żywo, a jawny playback – aktorka odchodzi, głos nie milknie.

Miłośnicy seriali znają ten utwór ze ścieżki dźwiękowej do Peaky Blinders, a ci z nich, którzy czytają polską prozę współczesną, wiedzą, że klimat serialu o brytyjskim półświatku lat dwudziestych ubiegłego stulecia jak ulał pasuje do Króla Szczepana Twardocha. Oczywiście Warszawa to nie Birmingham, ale filmowa konwencja retro sprawdza się wszędzie. Ten estetyczny klucz obnaża przy okazji rzeczywistą wartość powieści Twardocha.

Dymy i cekiny…
Ring kołysze się zgodnie ze wstrzymywanym ruchem obrotowej sceny, wahadłowo. Gdy ta dopełni obrotu, zobaczymy wysypane czarną ziemią podwórko, stojące na nim auta i ścianę kamienicy z namalowaną nań złotówką oraz oknami, w których co jakiś czas widać bohaterów. Jej środek otwiera się jak wrota i pozwala przejść na drugą stronę. Chwiejny ten obraz Warszawy lat trzydziestych. Między innymi dlatego, że choć bohaterowie Króla chadzali do Teatru Polskiego, gdzie ich oglądamy, to my nie możemy przejść się Nalewkami ani zajść na Kercelak, gdzie toczyło się ich życie. Stolica w Królu Strzępki i Demirskiego jest hollywoodzka, a co za tym idzie – atrakcyjna. Burzliwe międzywojnie często zyskuje w naszych oczach zadziwiający glanc i połysk. To zasługa zmitologizowanej wolności i nowoczesności, które przypisano II Rzeczpospolitej, ale nie tylko. Poloru ówczesnej Polsce dodają także rzeczy ciemne i chropawe, takie jak wyobrażenia tętniącej życiem dzielnicy żydowskiej z przekraczającym jej granice mętnym półświatkiem. Dodajmy do tego jeszcze rewolucyjny ferment obejmujący zarówno komunistów, jak i nacjonalistów, a otrzymamy niezwykle barwną rzeczywistość. W Królu znajdziemy to wszystko, a nawet więcej. Zastęp powieściowych bohaterów ogrywają aktorzy, którzy biorą na barki po kilka ról. Dzieje się dużo i szybko – są oczywiście straty w wątkach, ale fabułę zachowano bez większych zmian. Krew, odcinanie kończyn, huki kapiszonowych wystrzałów, punkowa muzyka i stroboskopowe światła. Wrak auta służący za bufet oraz burdelowy pokój i auto nowe, błyszczące jak medale weteranów wojny bolszewickiej – przynajmniej części z nich, bo inni zapadli w nędzę i gniją za życia (jak grany przez Pawła Tomaszewskiego Jerzy Zieliński). Dołóżmy jeszcze innych bohaterów rysowanych grubą kreską: psychopatę Doktora Radziwiłka (Marcin Bosak) i brutalnego Pantaleona Karpińskiego (Mirosław Zbrojewicz), a otrzymamy świat – jako żywo – gangsterski i sensacyjny, a na dodatek bardzo dynamiczny. W finale pierwszego aktu, przypominającym przewijany film, wszyscy grają wszystko na raz i tylko od widza zależy, który wątek zobaczy, na przykład zawiązanie romansu między głównym bohaterem Jakubem Szapirą (Adam Cywka) a Anną Ziembińską (Maria Dębska).

Strzępka i Demirski, podobnie zresztą jak Twardoch, nie szukają realizmu. Interesuje ich współczesne wyobrażenie dwudziestolecia międzywojennego, jego stylizacja. Nie mogło się więc obejść bez warszawskiego folkloru. Apaszowskie tanga śpiewano o burdelmamie Ryfce (Katarzyna Strączek) i o bandyckim herszcie z sercem po lewej stronie i PPS-owskiej biografii, czyli o Janie „Kumie” Kaplicy (Krzysztof Dracz). Ten, gdy trafił do Berezy Kartuskiej, załatwiał strażników z gracją agenta w służbie Jej Królewskiej Mości – nie szkodzi, że tylko we własnej wyobraźni. Scena, w której Dracz i klawisz tańczą kolejne warianty egzekucji, wiele mówi o tym, jak artyści widzą nie tyle historię, ile naszą jej estetyzację i jej popkulturowe walory, takie jak na przykład humor. W Królu śmiechu jest dużo, być może za dużo. Publiczność schwytana w artystyczne wnyki chichocze z dwunastoletniej prostytutki (Maria Dębska) wykorzystywanej przez starego Kuma Kaplicę, który chwilę później z dumą objaśni światu, że to jego przyrodzenie wydobyło z nędzy Ryfkę, którą był w swej łaskawości zgwałcił. I żują, żują na papkę pulchną ten śmiech, aż wypchane głowy grubo im puchną – można by sparafrazować poetę, który o „strasznych mieszczanach” pisał na kilka lat przed rozpoczęciem akcji Króla.

Oczywiście brutalność w świecie fikcji ma swój powab. Mogą się podobać sceny bokserskich walk, ulicznych bójek, pacyfikacji nacjonalistów na Uniwersytecie Warszawskim czy nawet makabryczne rzezanie w ramach gangstersko-politycznych porachunków. Znamy to wszystko z filmu. Tym bardziej mogą się podobać, że artyści znakomicie ograli konwencję kina akcji – widowiskowe momenty pokazują w parodystycznym slow-motion. Być może podobna myśl przyświecała im w tworzeniu postaci redaktora Kazimierza Bobińskiego – geja nacjonalisty (w tej roli Paweł Tomaszewski). W życzliwej dla twórców interpretacji należałoby uznać, że przerysowanie rodem z kiepskiego kabaretu, którego używa Tomaszewski, służyć miało podkreśleniu slapstickowości. W nieżyczliwej – karmieniu stereotypów siermiężnym dowcipem. Tomaszewski ma zresztą problem, bo nawet gdy gra konającego inwalidę (wspomniany Zieliński), to publiczność także reaguje chichotem.

…a za nimi pusto
W teatrze akcji nie potrzeba metafizyki. Z kaszalota (pływającego w powieści po warszawskim niebie) została gumowa ośmiornica włóczona po scenie przez Barbarę Kurzaj. Trudno o bardziej dobitną recenzję tej sfery literatury Twardocha. Duchowi teatru akcji nie szkodzą za to Twardochowskie komplikacje narracyjne. W przedstawieniu wita nas Andrzej Seweryn, przedstawiający się jako Mojżesz Inbar, który snuje opowieść o losach Jakuba Szapiry z perspektywy Mojżesza Bernsztajna (Alan Al-Murtatha), zapominając, że Szapiro to on sam. Bohater grany przez Seweryna – mimo, że wydaje się chory – nie ma kłopotów z pamięcią, lecz z przeszłością, którą modyfikuje przy niejasnym udziale świadomości (w czym pomaga ustawiona z przodu sceny maszyna do pisania). Nie po drodze mu także z teraźniejszością. Mówi, że znajduje się w Izraelu, ale jest tu, gdzie my – we współczesnej Polsce. Czy mamy do czynienia ze zwariowanym starcem? A może to właśnie w nim tkwi mistyczna zadra? Wywołuje duchy osób znanych w przeszłości, ale ingeruje w ich losy wedle własnej potrzeby. Sceny, w których wchodzi między przywołanych bohaterów i wtrąca się w ich działania, równie dobrze moglibyśmy nazwać seansem spirytystycznym, jak i doświadczeniem wirtualnej rzeczywistości. Ale Szapiro to człowiek, który nie radzi sobie z siłą kreacji. Nie potrafi nad nią zapanować i traci kontakt z rzeczywistością, nie rozpoznaje nawet Ryfki, której starszą postać gra Grażyna Barszczewska. W finale musi słuchać nie tylko jej napomnień i wyrzutów, lecz także wywołanych przezeń widm.

Strzępka i Demirski są wierni pisarzowi i odkrywanie przeszłości przez Szapirę czynią głównym tematem przedstawienia. Naturalnie nie pozostają głusi na to, co w powieści Twardocha może być uznane za złowieszczo dzisiejsze. I to właśnie te wątki mają sprawić, że Król będzie czymś więcej niż rozrywką. Główny antagonista Szapiry, czyli faszysta Andrzej Ziembiński (Krzysztof Kwiatkowski), jest jak młody bóg z Falangą na ramieniu, który podburza publiczność do śpiewania… Warszawianki. Nikt pieśni nie podejmuje, co Ziembiński kwituje pogardliwym: „tchórze!”. Ciekawe zresztą, skąd ta cisza, czy dlatego, że do śpiewania zachęca hajlujący faszysta, czy dlatego, że pieśń jest komunistyczna? To kolejne wnyki Strzępki i Demirskiego. Gdyby ktoś nie łączył międzywojennych nacjonalistów ze współczesnymi narodowcami, to z błędu wyprowadzi go sam Ziembiński, który po morderstwie młodszego brata Szapiry, Moryca (Alan Al-Murtatha), mówi: „I po siedemdziesięciu latach będą tacy jak ja i będzie się to podobać”. Dodajmy do tego jeszcze wywołujące oklaski żarty o konstytucji i deklarację Radziwiłka: „zmiana jest dobra zmiana i zmianę trzeba kochać”, a otrzymamy pełen obraz Warszawy lat trzydziestych, a dokładniej 2018 roku.

Czynienie z Króla lustra, w którym przegląda się dzisiejsza Polska, a może nawet zwierciadła pokazującego jej przyszłość, to nie najlepszy, choć atrakcyjny pomysł. Dzisiejsza Warszawa nie jest tą z lat trzydziestych. Tymczasem powieść Twardocha i spektakl na jej podstawie można potraktować jak koloryzowane zdjęcie z przeszłości zrobione przez biedniejszego fotografa, który nie posiadał własnego atelier i zabierał klientów na podwórka bądź w bramy. Za ich plecami rozwieszał białą płachtę. Na niej możemy dziś projektować, co tylko dusza zapragnie – choćby obraz z kamery umieszczonej w stojącym na scenie aucie. Monochromatyczne kadry rzucone na ścianę kamienicy to nie tylko ukłon w stronę czarno-białego Hollywood, ale przede wszystkim jeszcze jeden atrakcyjny chwyt. I choć – tak jak poprzednie – bardzo efektowny, to nie zmienia to faktu, że Król jest jak „sprytna dziewka” z piosenki Stanisława Grzesiuka. Lica jej „pełne kras”, lecz „serce – zimny głaz”.

11-07-2018

galeria zdjęć Król, Monika Strzępka, Teatr Polski im. Arnolda Szyfmana w Warszawie <i>Król</i>, Monika Strzępka, Teatr Polski im. Arnolda Szyfmana w Warszawie <i>Król</i>, Monika Strzępka, Teatr Polski im. Arnolda Szyfmana w Warszawie <i>Król</i>, Monika Strzępka, Teatr Polski im. Arnolda Szyfmana w Warszawie ZOBACZ WIĘCEJ
 

Teatr Polski im. Arnolda Szyfmana w Warszawie
Szczepan Twardoch
Król
reżyseria: Monika Strzępka
adaptacja: Paweł Demirski
scenografia: Anna Maria Karczmarska
kostiumy: Arek Ślesiński
muzyka: Tomasz Sierajewski
reżyseria światła i projekcje: Robert Mleczko
obsada: Grażyna Barszczewska, Eliza Borowska, Maria Dębska, Barbara Kurzaj, Katarzyna Strączek, Alan Al-Muratha, Adam Biedrzycki, Marcin Bosak, Adam Cywka, Krzysztof Dracz, Krzysztof Kwiatkowski, Jerzy Schejbal, Andrzej Seweryn, Paweł Tomaszewski, Mirosław Zbrojewicz
premiera: 18.05.2018

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: