AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

L'amour, ça fait pleurer

Doktor nauk o komunikacji i poznaniu, adiunkt w Zakładzie Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autorka i współautorka książek i artykułów wydanych w Polsce i za granicą. Współprowadząca grupy „Performances in Public Spaces” w ramach International Federation for Theatre Research.
A A A
Fot. Dawid Stube  

Francuzi uznawani są za największych ekspertów w kwestii miłości. Choć l'amour raczej kojarzona jest z przyjemną stroną życia, to spektakl teatru w Gnieźnie, tak jak w zacytowanej w tytule piosence Milord Edith Piaf, pokazuje, iż miłość „sprawia, że płaczesz”.

Zjednoczenie dwóch Korei francuskiego dramaturga Joëla Pommerata w reżyserii Łukasza Gajdzisa zapoznaje widzów z kilkudziesięcioma scenami, których jedynym tematem jest miłość we wszystkich możliwych wariantach: między kobietą a mężczyzną, miłość, o której nie ma pewności, czy jest; miłość rodzicielska, jednopłciowa, miłość przyjacielska, miłość niespełniona, miłość zdradzona, miłość do bliźnich, miłość jako deska ratunkowa, miłość masochistyczna, miłość utracona, porzucona, miłość mimo wszystko. Każda z tych scen jest odrębną mikroopowieścią, zamkniętą całością, w żaden sposób niepowiązaną z innymi. Nie da się w następujących po sobie scenach doszukać dalszych losów bohaterów, którzy już się pojawili na scenie; nie ma żadnych związków narracyjnych między poszczególnymi całostkami. Każda z nich, bez względu na to, czy trwa kilka minut, czy trochę dłużej, może istnieć samodzielnie, jest zamkniętą narracyjnie historią, starannie zbudowaną, w której prezentuje się nam błysk losu ludzi będących w stanie miłości, przedstawiony w sposób klarowny, czysty, a jednocześnie bardzo wyczerpujący. W jedną opowieść łączy je tylko ukazywanie miłości, która – mimo całego bogactwa wariantów – tak naprawdę, koniec końców, dla związanych nią osób jest wyłącznie źródłem cierpienia. Pommerat stworzył bardzo zróżnicowaną mozaikę opowieści o miłości, unikając łatwych kalk i klisz oraz oczywistości, choć wiele z prezentowanych sytuacji można by określić jako „z życia wzięte”.

Gajdzis w swoim spektaklu postawił na siłę i urok opowieści Pommmerata oraz na aktorów, ograniczając zabiegi inscenizacyjne do niezbędnego minimum. Był to bardzo skuteczny artystycznie wybór, ponieważ w efekcie powstało przedstawienie, które dobrze się ogląda, które nie nuży (wraz z moimi towarzyszami byliśmy zdumieni, jak szybko upłynęły nam prawie dwie godziny), które pozwala trochę się pośmiać, a także zadumać nad tym, jak skomplikowane bywają relacje międzyludzkie. Pozwala także podziwiać, jak wraz z kolejnymi premierami gnieźnieńscy aktorzy nabierają skrzydeł. Sukces tego spektaklu to przede wszystkim ich zasługa.

Rytm przedstawienia wyznacza naprzemienne wysuwanie się z białego, asymetrycznie ustawionego na scenie fragmentu ogromnego sześcianu, dwóch jakby szafek-przegródek, które prezentują poszczególne miejsca akcji. To bardzo funkcjonalne rozwiązanie pozwala w szybki sposób zmienić dość proste zresztą dekoracje do poszczególnych scen. Scenografia jest dyplomowym dziełem absolwentki Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, Katarzyny Tomczyk. O ile funkcjonalność tego rozwiązania jest bardzo chwalebna, o tyle przewidywalność pojawienia się kolejnego miejsca akcji wprowadza element monotonii. Przestrzeń poza „przegródkami” (czyli duża część sceny) wykorzystywana jest zdecydowanie rzadziej i raczej w roli ucieleśnionego „nigdzie” niż sprecyzowanego miejsca akcji. Nie jest to jakiś duży mankament spektaklu, lecz mam wrażenie, że samą przestrzeń sceny można by uczynić elementem wytrącającym z rutyny, jaką wprowadza następowanie po sobie krótkich historyjek.

Każda z nich pokazuje ludzi, którzy cierpią; cierpią tak jakoś filozoficznie, głęboko egzystencjalnie, niebanalnie, w milczeniu, w rezygnacji, tylko czasem okazując gwałtowne emocje. Nie ma ani sposobu, ani sensu, by opisać wszystkie dwadzieścia jeden scenek (tym bardziej że z paru z nich można by spokojnie w spektaklu zrezygnować). Warto jednak przywołać kilka, które są aktorskimi i narracyjnymi perełkami. Spektakl otwiera scena grającej w Gnieźnie gościnnie Agnieszki Korzeniowskiej, odgrywającej równocześnie postać małżonki z długim stażem, która zdecydowała się na rozwód, bo czuje, że miłości między nią a mężem już nie ma (a może jej wcale nie było), oraz adwokatki, która ma ową żonę reprezentować. Jako obie kobiety Korzeniowska jest na pozór dość podobna, spokojna, stonowana, niemal się nie rusza, jedynie siedzi i mówi. A jednak drobne niuanse, jak pewien chłód w głosie adwokatki czy wahanie w głosie rozwodzącej się, bardzo wyraźnie różnicują każdą z nich. Korzeniowska dała tu popis prawdziwej aktorskiej wirtuozerii, która polega na subtelnych, lecz również bardzo skutecznych środkach wyrazu. W kilku następnych scenach jest też bardzo dobra, lecz w żadnej z nich nie ma już takich możliwości do zaprezentowania własnego warsztatu.

Generalnie aktorzy są bardzo mocną stroną tego spektaklu i oglądając go, a także przypominając sobie ich kolegów z różnych oddalonych od centrum teatrów, pomyślałam, że współczesność wykonała dość mocną woltę w tym, co można nazwać „aktorstwem prowincjonalnym”. Tak zwana „prowincja” ma wielu mistrzów zawodu, którzy nie ustępują tym z rozmaitych, takich czy innych wielkomiejskich scen. Problemem jest częściej to, że pewne ograniczenia poznawcze nie pozwalają rozmaitym selekcjonerom dostrzec, że „prowincja” teatralna bardzo się zmieniła i niekoniecznie pokrywa się z tą geograficzną. Swoje sceny ma w tym spektaklu Maciej Hązła, który od kilku sezonów jest jednym z najbardziej wyrazistych aktorów gnieźnieńskiego zespołu. W scenie, w której gra niedoszłego pana młodego, Hązła jest stonowanie komediowy, lekko dramatyczny, dzięki czemu jego postać staje się pełniejsza i wielowymiarowa. Historyjka o ślubie, który nie doszedł do skutku, ponieważ okazało się, że pretensje do miłości pana młodego rości sobie siostra panny młodej, co uruchamia lawinę wyznań pozostałych sióstr, że one też w przeszłości (bardzo dalekiej!) całowały się z panem młodym, jest najzabawniejsza z całego spektaklu. Mimo niewątpliwej siły komicznej, jaka w niej drzemie, poszczególne postacie budowane są tak, by komediowość nie przytłumiła całkiem poważnego przecież dramatu dwojga ludzi, którym nie udaje się sformalizować swojego związku. Dlatego jednoznacznie komediowe, by nie rzec farsowe, są w niej Iwona Sapa (jako siostra z urojeniami) i Korzeniowska (jako pijana siostra). Pozostali, w tym obok Hązły zwłaszcza Krystyna Czubkówna (jako panna młoda), grają w psychologiczno-realistycznym stylu. Nie tworzy to jednak wrażenia braku spójności, lecz raczej ukazuje wielowymiarowość rozmaitych międzyludzkich sytuacji, dlatego dramat może być równocześnie komiczny i odwrotnie.

Taką tragicznie śmieszną historią jest scena, od której spektakl wziął swój tytuł. Na scenie spotyka się dwójka ludzi: lekko zdumiona i niepewna siebie kobieta (Korzeniowska) oraz trochę poirytowany, trochę zmęczony mężczyzna (Wojciech Kalinowski). Okazuje się, że są małżeństwem od wielu lat, ale ona nic z tego nie pamięta. On codziennie ją odwiedza i codziennie odpowiada na te same pytania dotyczące ich wspólnej przeszłości. Ona chce wiedzieć, jak to było, kiedy się spotkali. Dla niego to było jak „zjednoczenie dwóch Korei”, kiedy wrogie sobie światy nagle stają się jednością. Jej dopytywanie się o intymne szczegóły ich życia śmieszy, ale równocześnie jest głęboko tragiczne. Ten tragizm jest wywrócony jak się wydaje zbyt prostą pointą: mężczyzna jakby z rezygnacją zgadza się iść do łóżka ze swoją żoną. Ona jest bardziej podekscytowana perspektywą poznania czegoś nowego, czego jak pamięta (czy raczej nie pamięta) nie doświadczała, w nim natomiast rezygnacja wynika z braku nadziei na powrót autentycznej bliskości. Ten brak brnięcia w tragizm znów czyni tę sytuację bardzo ludzką i znów dzieje się tak w równym stopniu za sprawą inteligentnego tekstu Pommerata, jak i aktorów. Oni oboje są w tej scenie uważni, oszczędni, tak by kilkakrotne powtarzanie tego samego nie stało się monotonne, ale właśnie dramatyczno-śmieszne.

Te dwie sceny bardzo dobrze pokazują nieustanne balansowanie poszczególnych opowieści tego spektaklu między tragizmem a komizmem. Choć są i takie, w których tragizm jest górą, jak ta o nauczycielu (świetny Bogdan Ferenc) oskarżonym o niewłaściwe zachowania wobec ucznia, a który jedynie okazał mu ciepłe uczucia w momencie kryzysu. Czy ta o parze posiadającej wyimaginowane dziecko. Czy ta o dwójce sąsiadów czekających razem, we wspólnym cierpieniu, na swoich małżonków, którzy mają ze sobą romans. Czy ta o mężczyźnie, który porzucił żonę i po latach wraca, bo czegoś zapomniał – powiedzieć, że odchodzi…

Ten spektakl ogląda się z przyjemnością. Każda ze scen jest etiudą aktorską, która, jak widać, pozwala aktorom zaprezentować swoją wszechstronność. Wydaje się on propozycją bardzo dobrze wypośrodkowującą potrzebę tworzenia w Gnieźnie teatru ambitnego z potrzebami tak zwanej szerszej publiczności, którą najlepiej przyciągnąć spektaklami o „prawdziwym życiu”. Bo cóż może być bardziej ekscytującego niż trwający wiele lat romans księdza (Wojciech Siedlecki) z prostytutką, która się w nim zakochała, a którą on porzuca, bo znalazł odpowiednią kobietę? No samo życie, bo przecież L'amour, ça fait
pleurer...

17-04-2015

 

Teatr im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie
Joël Pommerat
Zjednoczenie dwóch Korei
przekład: Mariola Odzimkowska i Łukasz Gajdzis
reżyseria: Łukasz Gajdzis
scenografia: Katarzyna Tomczyk
kostiumy i światła: Ewa Machnio
muzyka: Tomasz Lewandowski, Szymon Łukowski
projekcje wideo: Patryk Bychowski
występują: Katarzyna Adamczyk-Kuźmicz, Katarzyna Czubkówna, Agnieszka Korzeniowska (gościnnie), Anna Pijanowska, Michalina Rodak, Iwona Sapa, Bogdan Ferenc, Maciej Hązła, Wojciech Kalinowski, Wojciech Siedlecki
prapremiera polska: 06.03.2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: