AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Lekcja dystansu

Ur. 1984 r. Historyk teatru, redaktor, wykładowca; asystent na Wydziale Wiedzy o Teatrze Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza; pracownik Teatru Studio im. Stanisława Ignacego Witkiewicza; inicjator projektów badawczych i wydawniczych związanych z twórczością Jerzego Grzegorzewskiego; publikuje m.in. w „Dialogu”, „Teatrze”, „Kulturze Współczesnej”, „Aspiracjach” i „Dwutygodnik.com”.
A A A
 

Dwa lata po śmierci Jerzego Koeniga, z chwilą wejścia w życie ustawy o zakazie palenia tytoniu w miejscach publicznych, w Akademii Teatralnej zlikwidowano nieformalną palarnię. A tym samym ‒ jedyne miejsce faktycznej integracji między wydziałami, gdzie, popijając podłą kawę z automatu, w kłębach dymu aktorzy, reżyserzy i krytycy, studenci i profesorowie ‒ toczyliśmy zażarte dyskusje o sztuce i życiu.

Od czasu do czasu przychodził zapalić tam również Koenig. Nie angażował się w rozmowy, choć zawsze przysłuchiwał się im z uwagą. Zwolennicy tytoniowej prohibicji mogą się na to zżymać, ale rację miał Brecht, twierdząc że przeżywać teatr można tylko z papierosem w dłoni. Koenig uważał podobnie. Nieprzypadkowo cykl jego ostatnich felietonów nosił tytuł Palarnia. Dym był zasłoną, za którą, jak za ironicznym spojrzeniem zza grubych szkieł, można było się ukryć.

Kiedy w roku 2003 zaczynaliśmy studiować wiedzę o teatrze, Koenig wykładał już jako profesor emeritus. Na naszych pierwszych zajęciach oświadczył, że założenie wydziału było jego największym błędem i że jest mu bardzo przykro, że teraz musimy się tu marnować. Ironizował, owszem. Ale wtedy, na pierwszym roku, nie mogliśmy tego zrozumieć. I po prostu nie chcieliśmy tego słuchać. Potrzebowaliśmy czasu, żeby pojąć, że złośliwością Koenig maskował życzliwość, że ‒  nawet jeśli się z nami nie zgadzał ‒ naprawdę ciekawiło go to, co mamy do powiedzenia. Zrozumienie przyszło na ostatnim roku studiów, kiedy ‒ dlaczego tak późno? ‒ przygotowując się do egzaminu z teatru współczesnego, czytaliśmy jego tak zwaną zieloną książeczkę, czyli Rekolekcje teatralne.

Zaczynam od tego wspomnienia, ponieważ istotne wydaje mi się zaznaczenie pewnej szczególnej perspektywy, towarzyszącej mojej lekturze tekstów Koeniga. Tak jak kiedyś Rekolekcje..., tak samo Kto ma mieć pomysły? czytam z poczuciem odrabiania zaległej pracy domowej.

Kto ma mieć pomysły? to książka, wobec której trudno pozostać obiektywnym. Dla wielu czytelników jej lektura stanie się niewątpliwie okazją do wspomnień.
Tom Kto ma mieć pomysły? Szkice i felietony teatralne z lat 1978‒2008 powstał dzięki staraniom Pawła Płoskiego, który był jednym z inicjatorów powstałego krótko po śmierci Koeniga projektu zebrania i opracowania jego rozproszonego dotychczas dorobku. Inicjatywa cenna sama w sobie okazała się tym cenniejsza, że wydany właśnie nakładem Instytutu Książki wybór tekstów ma zainaugurować serię Krytycy miesięcznika „Teatr”. Ambicją redakcji jest przypomnienie ważnych autorów, komentujących polskie życie teatralne ostatnich dekad, a jednocześnie wypełnienie luki, jaka wśród książek o teatrze istnieje od połowy lat dziewięćdziesiątych. Zadanie nie jest łatwe. Patrząc na wysoki poziom edytorski Kto ma mieć pomysły?, można jednak sądzić, że się nie zawiedziemy. Na razie dalsze plany wydawnicze pozostają tajemnicą.

Wybór pierwszego autora ‒ a zarazem niejako patrona ‒ serii nie wymaga uzasadnienia. Koenig towarzyszył polskiemu życiu teatralnemu przez ostatnie pół wieku. Był, jak pisze o nim w posłowiu Janusz Majcherek, „człowiekiem-instytucją, szarą, czy raczej wielobarwną eminencją, wyrocznią, autorytetem, arbitrem i dyplomatą”. Znał wszystkich, wszędzie bywał. Do samego końca dbał o to, aby być na bieżąco. Pisywał felietony, recenzje, artykuły okolicznościowe i wspomnienia, wygłaszał referaty, tłumaczył, komentował, wydawał. Za życia opublikował tylko jedną książkę autorską, wspomniane już Rekolekcje teatralne (KAW, 1979). Jego dorobek obejmuje przeszło pół tysiąca tytułów, a kompletna bibliografia wciąż jeszcze nie została zamknięta. Materiału jest dość, by stworzyć z nich kilka oddzielnych tomów. Być może kiedyś powstaną.

Płoski z oczywistych względów zaproponował wybór, wbrew zastrzeżeniom ‒ precyzyjny i bardzo rygorystyczny. Rezygnując zupełnie z recenzji i artykułów historycznych, skoncentrował się na tekstach o charakterze publicystycznym, pisanych zarówno do prasy branżowej, jak i tygodników czy gazet. Może się to wydawać poważnym ograniczeniem, podjęta przez redaktora decyzja jest jednak słuszna. Wybór, choć skromny, jest wystarczająco różnorodny, aby zaprezentować szerokie spektrum zainteresowań Koeniga, jego poglądy, kompetencje i, last but not least, podszyty ironią literacki styl. Ten styl ‒ „powabny” ‒ w połączeniu z celnością point sprawiają, że Kto ma mieć pomysły? nie jest pozycją wyłącznie dla specjalistów.

Koenig powtarza z uporem: „Chcemy tego czy nie, musimy nauczyć się robić teatr zwykły w czasach nijakich”.Koenig nie pisze zresztą wyłącznie o teatrze. Spośród wielu poruszanych przez niego tematów na pierwszy plan wysuwa się nijaczenie rzeczywistości. Najszerzej dyskutowany w książce przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych to trudny czas dla polskiego teatru ‒ i kultury w ogóle, która próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości: politycznej, społecznej, ekonomicznej. Nie bez kłopotów. Koenig jest bardzo przenikliwym ‒ i piekielnie inteligentnym ‒ obserwatorem tych przemian. Niektóre jego spostrzeżenia, choć pochodzą sprzed kilku czy kilkunastu lat, okazują się zaskakująco aktualnym komentarzem do otaczającej nas codzienności. Zaniżanie dziennikarskich standardów, brak kształcenia świadomych odbiorców, nieskuteczny system zarządzania instytucjami kultury ‒ to przecież tematy stale obecne w dzisiejszej debacie publicznej.

Koenig nie proponuje gotowych rozwiązań, nie sugeruje odpowiedzi. Dzieli się swoimi obserwacjami. A mimo że z roku na rok uderza w coraz bardziej gorzki ton ‒ jego spojrzenie nie traci ostrości.

Zwracam na to uwagę, ponieważ Kto ma mieć pomysły? to książka, wobec której trudno pozostać obiektywnym. Dla wielu czytelników jej lektura stanie się niewątpliwie okazją do wspomnień. Nie tylko zresztą dla uczniów, a potem młodszych kolegów Koeniga, lecz także dla wszystkich, którzy zapamiętali go jako zapowiadającego spektakle w telewizji pana od teatru. Nic dziwnego, zważywszy, że znaczna część zgromadzonych tekstów to opowieści o nieobecnych. Wystarczy zajrzeć do spisu treści. Csató, Swinarski, Hübner, Dejmek, Raszewski, Puzyna, Łomnicki, Wanat, Grzegorzewski, Axer... Ten zestaw nazwisk, swoisty apel poległych, faktycznie prowokuje do mówienia o końcu pewnej epoki. Ale ‒ czy tak nie jest zbyt łatwo?

Jeżeli mamy dziś czytać felietony Koeniga jako dokument czasów minionych, wolę rozumieć przez to czasy, kiedy rozmowom wciąż jeszcze towarzyszył papieros, który pomagał w zachowaniu dystansu ‒ nieobecnego dziś, gdy w debacie publicznej emocje coraz częściej biorą górę nad rozsądkiem, każąc jednym wygrywać podzwonne, a innym ogłaszać rewolucję. Za pytaniem: „Kto ma mieć pomysły?” kryje się nakaz podejrzliwości przede wszystkim wobec pomysłów własnych. Teatr, kultura ‒ znajdują się w okresie przejściowym, który nie zaczął się wczoraj i który będzie trwać jeszcze długo. I w niczym nie pomoże wprowadzanie podziałów na to, kto płakał, a kto nie płakał po Jarockim. Bo na złość i jednym, i drugim Koenig powtarza z uporem: „Chcemy tego czy nie, musimy nauczyć się robić teatr zwykły w czasach nijakich”.

17-02-2014

Jerzy Koenig, Kto ma mieć pomysły? Szkice i felietony teatralne z lat 1978‒2008, wybór i opracowanie Paweł Płoski, posłowie Janusz Majcherek, Instytut Książki ‒ miesięcznik „Teatr”, Kraków‒Warszawa 2014.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: