AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Londyńczycy albo moralność pana Marksa

Fot. Piotr Kubic  

Mieszkanie emigranta Karola Marksa (Marcin Sianko) w Londynie, gdzieś koło roku 1850. Dwa pokoje bez kuchni i łazienki. Łóżko za przepierzeniem, właściwie barłóg, w którym półnago sypia filozof, dziennikarz i rewolucjonista, wszędzie sterty książek, jakiś stary sekretarzyk, taboret z miednicą do mycia, nocnik pod stolikiem zawalonym papierami.

Parę krzeseł, zasłona w drzwiach oddzielająca część „gościnną” domu od pomieszczenia dla kobiet, w którym śpią: żona Karola, Jenny, była arystokratka z pięknym rodowym „von” w nazwisku (Dominika Bednarczyk), służąca Helena (Karolina Kamińska) i czwórka dzieci. Jenny von Westphalen jest w wiecznej ciąży, dzieci hałasują, chorują i umierają, młodej służącej nikt nie płaci. W takich warunkach miał powstać Kapitał. W spektaklu i sztuce Macieja Wojtyszki nie widzimy Marksa piszącego, jesteśmy wyłącznie świadkami tego, co go od pisania odciągało. Marks nie zarabiał inaczej niż piórem, klepał biedę, przesiadywał po londyńskich bibliotekach, bywał na wiecach, awanturował się po pubach, bawił z dziećmi, romansował ze służącą, wykorzystywał żonę do przepisywania artykułów. No i przede wszystkim przyjmował gości w domu. W norze na Dean Street odwiedzają Marksa jego sponsor i współtowarzysz Fryderyk Engels (Grzegorz Mielczarek) oraz uczeń i wyznawca Wilhelm Liebknecht (Karol Piątkowski). Ale zamiast gadać o rewolucji towarzysze pomagają mu rozwiązywać przyziemne problemy bytowe – no i ratują go od obyczajowej kompromitacji. Wojtyszko wydaje się z pozoru zastanawiać nad tym, czy rzeczywiście warunki życia Marksa odpowiadają za radykalizm jego społecznej diagnozy? Przecież w drugim akcie zobaczymy jeszcze biedniejszy pokoik – już bez książek, bez łóżka, klitkę na poddaszu, z podłogą zastawioną samymi krzesłami, za stół posłuży przyniesiona przez Marksa i Liebknechta wydarta skądś deska przykryta czerwoną szmatą. A jednak nie, nie o byt chodzi, a o charakter, o predyspozycje moralne. O ludzką słabość wreszcie. Wojtyszko ucieka w inną interpretację: nie ukrywa, że portret Marksa jako „człowieka pełnego sprzeczności” zawdzięcza w głównej mierze Francisowi Wheenowi, autorowi biografii filozofa z Trewiru. Interesuje go człowiek, nie środowisko. Sztukę otwiera cytat z Karola Marksa: „Nie idee, lecz ciało jest kluczem do ludzkich tajemnic”. Wojtyszko podejrzewa, że Marks wiedział, co mówi, i dokonuje tak zwanego „wrogiego przejęcia”. W jego dramacie słowo-klucz  „ciało” należy rozumieć jako prywatność, obyczajowość, seksualność filozofa i prawodawcy komunizmu. Życie codzienne niekoniecznie jest tu rozumiane jako „byt określający świadomość”, tylko raczej „jako pozór dający początek kłamstwu”. 

Marks i Engels z Narodzin Fryderyka Demuth to dopiero trzydziestolatkowie, ich założycielskie brody są jeszcze w pierwszym stadium. To brody jeszcze hipsterskie, nawet nie hippisowskie. Dużo czasu upłynie, zanim staną się pomnikowo-monumentalne, pojawią się na robotniczych sztandarach. Sianko prezentuje brodę własną, Mielczarek sięga po zarost sztuczny, przylepiany. Kapitalna okładka programu przedstawienia pokazuje profile obu aktorów jako kolorowy i niepełny wariant obrazu-fotomontażu pod tytułem „klasycy marksizmu-leninizmu”. Na tym zdjęciu brak tego trzeciego. Celowo. Tylko że Wojtyszce nie o brak Lenina, fałszywego spadkobiercy, chodzi, a o syna Marksa, syna odrzuconego, niejako stworzonego we „wspólnictwie” przez głównych ideologów robotniczej sprawy. Zrodzony z romansu ze służącą, poświęcony na ołtarzu rewolucji i jej postulowanej czystości moralnej, został oddany przymusowo do adopcji: do ojcostwa na prośbę przyjaciela przyznał się Engels i finansował go przez całe życie. Tajemnicę wyznał dopiero na łożu śmierci córce Karola – w odpowiedzi na czynione mu wyrzuty o rodzicielską nieczułość napisał na tabliczce nazwisko prawdziwego ojca Fryderyka Demuth. To nie jest tak, że Wojtyszkę pociągają tajemnice alkowy wielkich postaci z przeszłości. Sprawdza raczej przyleganie do siebie idei i codzienności, gładkich, utylitarnych fraz i praktycznej ich realizacji. W domu teologa ruchu wyzwolenia robotników mieszkała autentyczna niewolnica – ekonomiczna i seksualna. Przymuszono ją do seksu, namawiano do aborcji, nie pozwolono jej na wychowanie dziecka. Helena Demuth zgadzała się na to wszystko bez szemrania. I nigdy się nie dowiemy, czy robiła to z potrzeby służenia rewolucji, czy braku świadomości, jakie są jej ludzkie prawa. Pięknie te ambiwalencję gra w krakowskim spektaklu Karolina Kamińska. Wojtyszko sięga po schemat fabularny znany z Zapolskiej i jej Moralności pani Dulskiej: ciąża Heleny jest jak ciąża Hanki, dwumiesięczny romans Marksa z panną Demuth przypomina domowe lampartowanie Zbyszka, Engels ratuje wszystkich przed niesławą niczym Juliasiewiczowa. Tylko kim jest niemiecko-londyńska Dulska? Jenny, która wszystko widzi, wszystkiego się domyśla, ale wiedzieć nie chce? Czy może raczej zbiorową Dulską są robotnicy i intelektualiści, którzy chcą widzieć w Marksie swojego przywódcę i przymykają oczy na niedostatki i wady jego charakteru? „Brudy trzeba prać we własnym domu” – mawiała Dulska. Marks i Engels zakładają inaczej: skandal z nieślubnym dzieckiem nie może wyjść na światło dzienne, bo nasi wrogowie wykorzystają to przeciwko nam. Służymy słusznej sprawie, to będzie długi marsz, chcemy odmienić los milionów, a skoro chodzi o miliony, los jednego dziecka i uczucia jednej kobiety nie mają żadnego znaczenia.

Marks ze sztuki i spektaklu Macieja Wojtyszki jest filistrem w kamuflażu. A jednocześnie postępowanie jego i Engelsa to błąd założycielski, grzech pierworodny komunizmu. Nie można walczyć o sprawiedliwość społeczną, skrywając fakt, że krzywdzi się innych.

Zgoda, oglądamy w krakowskim przedstawieniu biedę intelektualisty i emigranta, ale Wojtyszko z premedytacją usuwa nam sprzed oczu kontekst robotniczego Londynu z połowy XIX wieku. Śmierdzącego i dymiącego molocha, nieprawdopodobnego skrzyżowania fabryki, chlewu, pijackiej mordowni i miejskiej kostnicy. I o to jedno mam do niego malutką pretensję. Bez wizji biedy jeszcze straszniejszej niż ta inteligencka, postępowa, wolnomyślicielska i bez choćby zasygnalizowania trudnego wręcz dziś do wyobrażenia mechanizmu wyzysku ówczesnego kapitalizmu trudno zrozumieć, czemu diagnozy i plany Marksa w ogóle porywały ludzi – intelektualistów i robotników. W dramacie są tylko rojeniami obyczajowych obłudników. Niepoważnym zajęciem pogubionych chłopaczków z dobrych domów. Oczywiście wiem, że Wojtyszko nie mierzył w społeczno-historyczną panoramę, tylko w kameralne studium charakterów. I zakładał, że wszyscy znamy Ziemię obiecaną. Wyciął autora Kapitału z tła cywilizacyjnego, by tym ostrzej pokazać jego stosunki rodzinne i przyjacielskie. Podejrzewam jednak, że ten Londyn-moloch za plecami Marksa i Engelsa mógłby co nieco złagodzić nasz moralny osąd. A może tylko rozumielibyśmy więcej z motywacji bohaterów, bo całkowicie obronić ich się nie da.

Marks Marcina Sianki to pasożyt, geniusz, który intuicyjnie domaga się dla siebie większych praw, traktowania go na zasadzie wyjątkowości. Brzydzi się zwykłą pracą, nie wstydzi przyjmować jałmużny od Engelsa, z przyjacielem łączy go fascynacja na zasadzie „idol i jego fan”. Fan kocha idola bezgranicznie, ale i idol wielbi fana za to, że jest, że zawsze będzie. Engels Grzegorza Mielczarka ustawia się w tej parze niczym św. Paweł przy św. Piotrze. Obok ikony i świadka zawsze potrzebny jest sprawny organizator i popularyzator idei. No i ktoś, kto płaci rachunki. Poza tym słabości Marksa rozgrzeszają konformizm i cynizm Engelsa: skoro jego mentor ma nieślubne dziecko, Engels może utrzymywać dwa domy, być kapitalistą, który łoży na rewolucję. Przecież bez niego rewolucja nie przeżyje. Marks nie napisze Biblii komunizmu. Jenny Dominiki Bednarczyk to mądra, wyzwolona, oddana sprawie kobieta, a jednak ślepa w domu, bo zakochana, bo w gruncie rzeczy mieszczka i konserwatystka obyczajowa. Ma cały czas zajęte czymś ręce, albo dziećmi, albo papierami Marksa. Jeśli go odrzuci, ukarze, zostawi, zawali się jej całe życie. Jeszcze jedna ofiara idei. W swojej twórczości Wojtyszko zawsze przyglądał się takim kobiecym bohaterkom z czułością.

Sztuki historyczne Macieja Wojtyszki to prawie bez wyjątku „rekonstrukcje”. Przynajmniej tak nazywa je on sam. Próby odtworzenia tego, co naprawdę się wydarzyło za kulisami kluczowych wydarzeń z przeszłości. Wojtyszkę specjalnie interesują spotkania wielkich ludzi na skrzyżowaniu polityki i sztuki, jakby wierzył, że historia idei, historia literatury i w ogóle tak zwana kultura to rezultat owych spotkań „apokaliptycznych”. Zderzają się galaktyki: oto geniusz napotyka geniusza, artysta konfrontuje się z drugim artystą. Jak doszło do takiego spotkania? Jak po nim i czy w ogóle zmienił się świat? O czym ci wielcy wtedy rozmawiali i dlaczego tak mało dziś wiemy o tym spotkaniu? Co stoi za tą zastanawiającą zdawkowością relacji? Wojtyszko zamalowuje białe plamy, przypuszcza, że stało się tak, a nie inaczej, bo każde z tych spotkań przypominało pojedynek. O rozkoszy było studium gry, którą prowadzili ze sobą Diderot i caryca Katarzyna. W Dowodzie na istnienie drugiego Gombrowicz usiłował sprowokować Mrożka, w Krainie kłamczuchów Petrarka i Boccaccio dywagowali o zawikłanych związkach między miłością zwyczajną a wyidealizowaną. Bułhakow opowiadał o tym, jak żona pisarza Helena przechytrzyła stalinowskiego śledczego. Chryje z Polską pokazywały, o czym mogli rozmawiać ze sobą Piłsudski i Wyspiański, rewolucjonista i wieszcz, i do czego jeden potrzebował drugiego (bardzo lubię grymas Komendanta i eksterrorysty, kiedy autor Wesela wręcza mu wiersz o Matce Boskiej piszącej manifest i oświadcza, że chce być żywą bombą!).

Wojtyszko zagaduje historyczne niedomówienia, wypełnia je, wkłada w te wszystkie puste miejsca swoje interpretację, ocenę moralną i artystyczną działalności tych wielkich. Chwyta za słowa, szuka materiału dowodowego w szczegółach biograficznych. I najczęściej to, co zwykle przegapiamy, co jest dla nas marginalnym faktem, dla niego staje się armatnią amunicją. Sztuki „historyczne” Wojtyszki są z tego samego miotu, co cykl Wodniki Larsa Kleeberga, Kolacja na cztery ręce, Noce sióstr Brontë…

Dzisiejszy polski teatr dorobił się czwórki dramatopisarzy regularnie biorących na warsztat Historię, sięgających w przeszłość dalej niż w Peerel. Oprócz Wojtyszki zaliczam do tej grupy jeszcze Jolantę Janiczak, Pawła Demirskiego i Pawła Passiniego. Żadne z nich nie przyzna się do jakiegokolwiek pokrewieństwa z Wojtyszką, a i Wojtyszko uczyni to niechętnie, choć sam zapewne czyta ich uważnie, bo ślad tych lektur i ukrytych polemik z młodymi znajdziemy w jego twórczości. Co różni tę czwórkę? Jeśli Wojtyszko to spec od Historii Możliwej i Prawdopodobnej, rekonstruktor debat autentycznych, aczkolwiek skandalicznie nieudokumentowanych, to Paweł Passini szuka w Historii tego, czego nie wie, nie umie sobie wyobrazić. Opowiadając o Wyspiańskim, Artaudzie, Morrisonie, pokazuje tajemnicę, z jednego niedopowiedzenia wyciąga tysiąc jeszcze trudniejszych pytań, fakt staje się pretekstem do medytacji, skokiem w metafizykę i bezradność wobec ludzkich wyborów, gestów, dzieł. Jolanta Janiczak traktuje Historię jak kostium, który ściąga się w piętnastej sekundzie sztuki, zakłada tylko po to, żeby go demonstracyjnie zdjąć. Historia jest dla niej grą wyobraźni, igraszką asocjacji, polem bitewnym ciała i języka, pretekstem do prezentacji współczesnych uwikłań. W Joannie szalonej, Carycy Katarzynie i Towiańczykach nazwiska, daty i procesy znane z kronik zmieniają się w mgławicę fantasmagorii. Nie musimy znać prawdy historycznej, by pójść za autorką tunelem skojarzeń i stylistycznych wyskoków. I wreszcie Paweł Demirski – zaglądanie w przeszłość jest dla niego pretekstem do szukania roku zerowego, punktu, w którym zaczęła się współczesność, objawił się pierwszy raz dylemat typowy dla naszych czasów. Jakub Szela, Feliks Dzierżyński, a pewnie za chwilę i Zygmunt Krasiński zyskują w jego sztukach zaskakujące racje. Demirski daje im do rąk błyskotliwe i trudno podważalne argumenty, które wywracają do góry nogami nasze dotychczasowe wyobrażenie o tych postaciach, dzięki czemu stają się one uczestnikami toczącej się dziś debaty. Demirski narzuca nonkonformistyczne spojrzenie na Historię, wprowadza tematy do publicznego roztrząsania.

Wojtyszko nie może udawać, że nie zna tych prób innego opowiadania o Historii. Los dzieci Marksa i epilog Narodzin Fryderyka Demuth jest jakimś echem Odpoczywania Passiniego, w którym mówiono przecież o odpowiedzialności geniusza nie tylko za dzieła, co przede wszystkim za życie i spokój najbliższych. Sposób ukazania niemieckiej emigracji w Londynie można uznać za lekki prztyczek w nos dla koleżanki Janiczak i jej nieco uproszczonej wizji Wielkiej Emigracji w Paryżu. Bez odbrązowionego Dzierżyńskiego z Bitwy Warszawskiej 1920 Demirskiego nie byłoby odbrązowionego Karola Marksa Wojtyszki. Nie chcę powiedzieć, że Wojtyszko to taki ojciec literatury, co to teraz polemizuje z własnymi wyrodnymi dziećmi, chcę pokazać, że Wojtyszko czyta. I jego wybór takiej, a nie innej konwencji teatralnej, tradycyjnie konstruowanych bohaterów, przywiązania do fabuły, solidnego realizmu psychologicznego w grze aktorów, to nie przyzwyczajenie, a wybór ideowy. Twórczość Wojtyszki daje fundamentalny punkt odbicia młodym teatralnym „historykom”: skoro istnieje Wojtyszko, czyli kanon, czyli forma klasyczna, można sobie poszaleć w dole strumienia.

Spektakl Wojtyszki jest jak lustro pełne mrugnięć – niemiecka emigracja, spory i swary ideologiczne, obyczajowy ambaras lidera ruchu – wszystko to brzmi znajomo. Sztuka Wojtyszki jest otwarta na współczesne aluzje towarzyskie. Chyba nie tylko mnie podwójna moralność Marksa, używanie żony do przepisywania dzieła i innych domowych czynności kojarzy się ze sprawą wykorzystywania przez szefa Krytyki Politycznej Sławomira Sierakowskiego swojej partnerki Cvety Dimitrovej albo z brutalnym zakończeniem relacji prywatno-zawodowych na linii Ignacy Karpowicz – Kinga Dunin. W obu ujawnionych niedawno przypadkach potwornym dwuznacznościom obyczajowym towarzyszyły rozgrzeszające pienia zawsze wiernych akolitów Rewolucjonisty i Pierwszej Feministki. A teraz to wszystko wsiąka w Narodziny Fryderyka Demuth i każe nam powtarzać za Wojtyszką kluczową wątpliwość „czy uogólniając odważnie swoje najszczersze przekonania, nie mylimy się czasem na poziomie szczegółów”.

10-11-2014

galeria zdjęć Narodziny Fryderyka Demuth, reż. Maciej Wojtyszko, Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie Narodziny Fryderyka Demuth, reż. Maciej Wojtyszko, Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie Narodziny Fryderyka Demuth, reż. Maciej Wojtyszko, Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie Narodziny Fryderyka Demuth, reż. Maciej Wojtyszko, Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie ZOBACZ WIĘCEJ
 

Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Maciej Wojtyszko
Narodziny Fryderyka Demuth
reżyseria: Maciej Wojtyszko
scenografia: Justyna Łagowska
muzyka: Bolesław Rawski
obsada: Marcin Sianko, Karol Piątkowski, Grzegorz Mielczarek, Dominika Bednarczyk, Karolina Kamińska
premiera: 25.10.2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: