AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Ludożerstwo czy dieta ludzka?

Pan Ein i inne historie, Wiktor Szenderowicz, przekład Jerzy Czech, ADiT.
Doktorant Wydziału Nauk Społecznych na Uniwersytecie Wrocławskim. Absolwent Filozofii oraz Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Wrocławskim. Współpracuje z czasopismem naukowym "Znaczenia".
A A A
 

„Kiedy władza pochyliła się z troską nad obywatelem, ten zadrżał ze strachu”. To jeden z całej serii błyskotliwych aforyzmów Wiktora Szenderowicza, która pięknie uzupełnia wydaną przez ADiT antologię jego dramatów Pan Ein i inne historie. W nich twórczość rosyjskiego satyryka, publicysty i dramatopisarza, który poczuwa się do bycia uczniem Stanisława Jerzego Leca, zagęszczona zostaje, nawiązując do najlepszych wzorców Mistrza, do wielce zastanawiających, przewrotnych i działających niczym buddyjski koan paradoksów. Gorzkich i zabawnych zarazem. Bezlitośnie wytykających ludzkie słabostki i przywary, lecz podszytych nieukrywanym współczuciem i jakimś arcyludzkim braterstwem we wspólnej doli. Surowo przestrzegających, lecz wskazujących małe okienko wolności w szczelnej, wydawałoby się, celi nieuchronnego.

Niektóre z nich mogą też służyć za świetne, bo zwięzłe i trafne, streszczenie jego sztuk. Wyżej przytoczona, na przykład, stanowi esencję tragikomicznej atmosfery tytułowego Pana Eina i problemów ochrony przeciwpożarowej. To swoisty spin-off napisanych niedługo po II wojnie światowej Biedermanna i podpalaczy. Hołd złożony Maksowi Frischowi i całej tradycji teatru absurdu. Pouczająca historia o tym, jak krok po kroku, gimnastykując się w naginaniu logiki, sięgając po najniższej próby chwyty retoryczne, przykrywając się wielkimi hasłami i powołując się na wyjątkowość czasów, przedstawiciele władzy (nawet tej demokratycznie wybranej!) są w stanie odebrać dosłownie wszystko i dosłownie każdemu. Wywrócić czyjś świat na nice – jak czynią to nowy mer wraz z poplecznikami, sprzedając bajkę o tym, jak to inne miasta wcale się nie cieszą z faktu, że nasze własne wreszcie „wstaje z kolan”, a dookoła szaleją anarchiści-podpalacze. Upatrzywszy sobie dom rodzinny Einów, postanawiają go zająć. Tak po prostu. Najpierw w celach ćwiczebnych, żeby podnieść gotowość przeciwpożarową, następnie w rezydencjalnych, czyniąc z prywatnej posiadłości sztab dowodzenia Towarzystwa Ochrony przed Pożarem. Brzmi znajomo? Jak zapewnia autor, „akcja toczy się gdzieś w Europie”, więc nie brakuje jej przypowieściowego niemalże uniwersalizmu. Z pewnością mało kogo pozostawi obojętnym. Przykre kroniki triumfu populizmu, hipokryzji i bezczelności budzą naraz moralny, emocjonalny i intelektualny opór. Autor starannie go napędza, obnażając mechanizmy kolejnych niewyszukanych, lecz skutecznych strategii na omamianie obywateli. Zwłaszcza tych, mających czelność „obniżać wskaźnik optymizmu”. 

Przy całej różnorodności form i konwencji, po które sięga Rosjanin – a przypomnijmy, że samo słowo „satyryk” pochodzi od łacińskiego lanx satura, czyli misy wypełnionej wszelkiego rodzaju owocami – temat władzy wydaje się być u niego nadrzędnym i porządkującym. Jerzy Czech, tłumacz wszystkich siedmiu zamieszczonych w tomie dzieł, w zamykającym książkę wywiadzie A mogli rozstrzelać mówi o „człowieku wobec losu, wobec historii”. Całkiem słusznie. Uściślijmy jednak, że Szenderowicza interesuje przede wszystkim ten margines wolności oraz to, w jaki sposób wypadałoby z niego skorzystać. Nie opowiada o ofiarach reżimu, tylko o cienkiej granicy między kolaboracją a kompromisem, między wykorzystaniem okazji a wykorzystaniem innych, własnym interesem a własnym sumieniem. Dlatego wysłannik z zaświatów z Ludzi i aniołów, chociaż jemu samemu skrzydła „opadły w procesie ewolucji”, z przyjemnością wypomina niejakiemu Paszkinowi: „Kto kopał dołki pod kolegami z pracy? Kto założył prywatny sklepik z funduszy państwowych? […] Kto na wszelkie sposoby pochwalał i popierał politykę partii i rządu?”. Ten ostatni służy za postać zbiorową, symbol kondycji pokolenia ukształtowanego w czasach powolnego rozkładu imperium radzieckiego. Pokolenia, wielu przedstawicieli którego w obliczu ostateczności zmuszonych będzie przekonywać, że życie prowadzili nie „łajdackie”, tylko „rozmaite”. Jednak kogo zwiodą podobną racjonalizacją i semantyczną ekwilibrystyką? Chyba jedynie samych siebie. W świetle tejże buchalterii niebiańskiej Paszkin skazany zostaje na wieczne oglądanie własnego życia. Bez możliwości poprawienia w nim czegokolwiek. Gorzka ironia polega na tym, że podobna perspektywa niemalże wcale go nie przestrasza. Szczególnie jeśli pozwolą mu bez przyśpieszenia obejrzeć te wykopki z czasów młodości, gdzie „była jedna dziewczyna”.

Lecz jeżeli w historii przez małe „h” nie da się raczej nic zmienić, to w tej przez „H” duże wszystko jest do ustalenia i negocjacji. „Nasza przeszłość ma przed sobą dużą przyszłość” – żeby jeszcze raz sięgnąć po sentencję autora. O tym dokładnie jest Koncept, opowieść o kilku dniach z życia senatora rzymskiego Cezjusza, obmyślającego projekt podręcznika historii mającego ostatecznie uświęcić ład, którego jest niekwestionowanym beneficjentem. Przy tym Szenderowicz wcale nie próbuje demonizować kasty możnowładców. Pozostaje przekonany, że „dla dramaturga najciekawsze jest pytanie, skąd biorą się wampiry, bo przecież każdy z nich najpierw był człowiekiem”. Dobrym tego przykładem jest Piotruś, „klaunada dla teatru dramatycznego”, opowiadająca o sobowtórze wiadomego prezydenta wiadomego kraju, którego los niespodziewanie wynosi na szczyty władzy państwowej. Na szczycie, jak to na szczycie, jest zimno i samotnie. Szczególnie wtedy, gdy już w pełni opanowałeś naukę tych, co za rękę prowadzili ciebie do tronu w naiwności swej wierząc, że też będą mogli na nim zasiąść. Aż chce się wyć: „Żeby chociaż jeden dał mi po ryju! Co za ludzie…”.

Oddanemu sprawie wysłannikowi ONZ, Albertowi, z Imiennika Schweitzera chce się wyć coś zupełnie innego. I to już zaledwie po kilku dniach po jego przybyciu do dalekiej krainy Ludu Końca Świata. Próbując przekonać tubylców, że ludożerstwo to jednak ludożerstwo, a nie żadna „dieta ludzka”, niechybnie odkrywa, jak głęboko się mylił w kwestii wprowadzenia zmian w tysiącletniej tradycji. Tymczasem jedyne, co ich rzeczywiście interesuje, oprócz zjadania członków mieszkającego za rzeką plemienia Karaczurów, to regularne dostawy humanitarne. Niedługo młody maksymalista sam będzie musiał ratować się przed trafieniem do uroczystego menu. I gdyby nie miłość do córki wodza Femy i Duchy Rzeki, jak na wezwanie odwiedzające w snach jej babcię Agunię, skończyłby marnie. Ale niech nikogo nie zwiedzie lekkość formy i świadomie przerysowane afrykańskie dekoracje. W tej wyprawie antropologicznej wcale nie chodzi o żadną egzotykę, tylko o cały szereg dość przykrych diagnoz. Jedną z nich autor wkłada w usta pozbawionego wszelkich złudzeń Wodza Ludu: „Nie chcemy żyć inaczej! Jeszcze pan nie zrozumiał? Nigdy nie będziemy żyli inaczej… Gdyby tutaj przyjechał Chrystus, to byśmy go zjedli, jak przyjedzie Mahomet, też go zjemy”.

Jak widać Szenderowicz wcale nie ukrywa własnych poglądów i szczerego zaangażowania po jednej ze storn. Nie próbuje też za wszelką cenę unikać moralizowania, chociaż nigdy też nie zabiera się do prawienia kazań. Preferuje poruszanie się w doskonale oswojonym paśmie między delikatną ironią a zjadliwym sarkazmem. Ma ucho do mowy potocznej i zdolność do wplatania doń licznych intrygujących aluzji literackich. Tym sposobem wyraźnie opowiada się za teatrem do myślenia i oglądania. Bez większych udziwnień i postmodernistycznych sztuczek. Nawet gdy każe własnym bohaterom pić bruderszaft z upadłymi aniołami czy, jak w wypadku Wieczornej eskapady Towarzystwa Niewidomych, uwierzyć w spisek kretów-mutantów. Dodatkowo bogaty warsztat publicysty i troska o odbiorcę sprawia, że sztuki równie świetnie sprawdzają się w czytaniu, jak i na scenie. Zwłaszcza że Jerzy Czech wykonał doprawdy wspaniałą pracę translatorską, zaproponowawszy nam pozycję, która będzie jedynie zyskiwała na aktualności.

29-07-2020

Wiktor Szenderowicz, Pan Ein i inne historie, przekład Jerzy Czech, ADiT, Warszawa 2019, 320 s.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: