AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Małe przez duże „M”

Doktorant Wydziału Nauk Społecznych na Uniwersytecie Wrocławskim. Absolwent Filozofii oraz Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Wrocławskim. Współpracuje z czasopismem naukowym "Znaczenia".
A A A
Po sznurku, reż. Joanna Gerigk,
Wrocławski Teatr Lalek, fot. Karol Krukowski  

Festiwal małych Prapremier jest jedyną w Polsce imprezą teatralną, która, zgodnie z tytułem, prezentuje wyłącznie prapremierowe przedstawienia teatrów lalkowych. Skierowana jest „do publiczności dziecięco-młodzieżowej”. Proszę jednak nie myśleć, że dorośli w Wałbrzychu mogli umrzeć z nudów. Zapewniam, takiego ryzyka po prostu nie było. Wręcz przeciwnie, zauważyłem, że duzi widzowie nazbierali nie mniej wrażeń niż widzowie mali.

Nieco mylące w nazwie festiwalu jest owo słówko małych, małą literą napisane. Bo co to ma dokładnie znaczyć? Małych ze względu na co i w porównaniu z kim albo czym? Na pewno nie o spektakle mało ważne czy mało interesujące tu chodzi. Małobudżetowe? Być może, chociaż żaden ze spektakli finansowym ascetyzmem mnie nie uraził. Czy tu znowu chodzi o widza? Być może, lecz wolałbym, żeby to słowo pozostało dla mnie małą pamiątką z Wałbrzycha i drażniącą tajemnicą.

Ażeby nie było za dużo „poezji”, od razu wyłożę kilka, jak to się mówi, suchych faktów w parze z najprostszą arytmetyką. Otóż II edycja Festiwalu małych Prapremier to: jedenaście spektakli z dziewięciu polskich miast, wśród nich dziewięć przedstawień konkursowych, dodajemy do tego dwa pokazy studenckie, dwa performatywne czytania nowej dramaturgii dla dzieci i młodzieży, cztery rodzaje warsztatów dla tejże publiczności oraz jedną dyskusję plenerową, tym razem dla dorosłych. Czyli, szybko policzywszy na palcach, mamy równiusieńko dwadzieścia różnorodnych atrakcji w ciągu sześciu dni, co daje nam średnio… ale tego już na palcach nie potrafię, więc zostawmy.

Do tychże suchych faktów dodam jeszcze trochę niezbyt ścisłej statystyki. Skrupulatnie zebrałem ją metodą nazywaną w kręgach naukowych „gołym okiem”. Moje improwizowane badania wskazały na jeden prosty, lecz bardzo wymowny fakt – na każdym ze spektakli były nadkomplety, dostawianie krzesełek, siedzenie na podłodze i tym podobne zabawy wynikające z nadmiaru zainteresowanych. Ponad siedemdziesiąt procent tego frekwencyjnego bogactwa stanowiła odpowiednia dla poszczególnego przedstawienia grupa wiekowa. Trzecią część zawsze stanowili dorośli, którzy nie mogli przegapić okazji, by przynajmniej przez godzinę poczuć się dziećmi. Tyle danych.

Spektakle były oceniane przez dwa zespoły jury. Jedno profesjonalne, w składzie: dr Zenon Butkiewicz, dr hab. Halina Waszkiel, Karolina Maciejaszek. Drugie – dziecięce, półżartem nazywane też „obiektywnym”. Cały jego skład był uroczyście, wraz z oklaskami, odczytywany na początku każdego przedstawienia. Młodzi jurorzy, uczniowie Publicznej Szkoły Podstawowej nr 28 im. Jana Pawła II w Wałbrzychu oraz Publicznego Gimnazjum Dwujęzycznego nr 12 z tego samego miasta, nauczyli się elegancko wstawać i kłaniać.

Doboru spektakli organizatorom można tylko pogratulować. Dziewięć przewidzianych nagród rozeszło się bez żadnych problemów, pozostawiając nawet lekki niedosyt. Zwłaszcza że większą ich część zgarnęły dwa przedstawienia z sąsiedniego Wrocławia. Pierwsze z nich to SAM, czyli przygotowanie do życia w rodzinie w reżyserii Jakuba Krofty. Przygody wstydliwego trzynastolatka, który rozmawia z chomikiem i w szkole ma ksywkę In vitro, miały swoją prapremierę 8 marca 2014 roku. Być może dlatego odniosłem wrażenie, że po licznych spektaklach w tym wrocławskim hiciorze doszło do jakiegoś nieznacznego przesunięcia akcentów, zmęczenia materiału, w wyniku którego tak bohaterowie, jak i sama historia, zaczęli zbyt niebezpiecznie balansować na pograniczu karykatury i nieusprawiedliwionej przesady. Być może Samuel Twardowski nie jest już, jak śpiewa się w jednej z piosenek, „absolutnie boski”, niemniej jednak wciąż śmieszy, porywa i wzrusza. Nie bez znaczenia jest przy tym, że przedstawienie celuje w młodzież od dwunastego do mniej więcej piętnastego roku życia, czyli w nastolatków przygotowanych do szturmu na dorosłość. W Polsce, niestety, rzadko kto zadziera z taką publicznością. Nie dziwię się więc, że SAM… został uznany za najlepsze przedstawienie według jury dziecięcego, które wbrew swojej nazwie akurat mieściło się we wspomnianym przedziale wiekowym. Jury główne, któremu najprawdopodobniej udzielił się zachwyt młodzieży, wręczyło spektaklowi Grand Prix. Osobną nagrodę dostał Grzegorz Mazoń za najlepszą muzykę.

Drugim tryumfatorem festiwalu zostało przedstawienie Joanny Gerigk Po sznurku. Znowu Wrocławski Teatr Lalek. Wzruszająca do łez (tak, widziałem błyszczące oczy tak dorosłych, jak i dzieci) historia o samotności, empatii oraz sile wyzwolonej i nieskrępowanej wyobraźni. Niekończące się próby samotnego pisarza, aby ułożyć chociażby kilka pierwszych zdań kolejnej książki, przerywa wtargnięcie Piotra (Tomasz Maśląkowski). W potoku jego niekończących się, absurdalnych opowiastek słowa zaczynają tracić swój sens, a przedmioty tożsamość. Zdrowy rozsądek wraz z logiką ustępują miejsca nieprzewidywalnym narracyjnym eksperymentom. Ten swoisty seans terapii przyniósł Tomaszowi Maśląkowskiemu nagrodę za najlepszą męską rolę. Natomiast Joanna Gerigk została wyróżniona za adaptację tekstów Piotra Gęglawego oraz najlepszą reżyserię.

Jednak moim osobistym faworytem, a raczej faworytką, pozostała pewna gęś-poetka w głębokim egzystencjalnym kryzysie. A niech to gęś kopnie jest prawdziwą czarną komedią kulinarną, leśnym road movie w estetyce Fantastycznego pana lisa Wesa Andersona. Niestety, w odróżnieniu od filmu nie usłyszymy tu głosów George’a Clooneya czy Meryl Streep, niemniej jednak czeka nas przygoda niezwykle zabawna, pomysłowa, wciągająca. Pełna igraszek językowych i oczek puszczonych w stronę dorosłej widowni. Dzieło Marty Guśniowskiej, reżyserki i autorki tekstu, jest jednym z tych przytulnych spektakli, w którym pieczołowicie zadbano o każdy najdrobniejszy szczegół.

Niestety, czegoś takiego nie mogę powiedzieć o Jeśli nie powiesz, kto będzie wiedział? w reżyserii Ewy Piotrowskiej. Na odwrót, czuję się w obowiązku poświęcić tej polsko-meksykańskiej koprodukcji kilka gniewnych zdań. Dokładnie – gniewnych! Nie chodzi tu o poszczególne inscenizacyjne potknięcia i błędy, tylko o samo podejście do materiału. Oglądając historię Ireny i Jurka, którzy wraz z początkiem II wojny światowej zaczynają swoją długą i niebezpieczną tułaczkę po świecie, czułem, że na moich oczach dokonuje się mała zbrodnia wpajania ohydnych stereotypów. Rosjanin w spektaklu to despota, sadysta, antysemita, pijak z długą brodą i głosem Dziadka Mroza. Zresztą tego głosu prawie nie usłyszymy, bo Rosjanie, jak wiadomo, słabo mówią nawet po rosyjsku, a najczęściej krzyczą z krótkimi przerwami na pożeranie kartofli. Pozostaje tylko pytanie – gdzie bałałajka i niedźwiedź? Nie wspomniawszy o tym, że żołnierz radziecki w 1939 roku uzbrojony jest… dokładnie – w AK-47! A Syberia to konkretny punkt na mapie. Pytań jest mnóstwo, jednak najważniejsze z nich – czy rzeczywiście chcemy utrwalać w młodzieńczych głowach kolejne narodowe stereotypy? Nie bronię tu konkretnie Rosjan, ponieważ w drugiej połowie przedstawienia okazało się, że każdy Hindus ma w ogródku słonia, a głównym czy być może jedynym zajęciem Polaków jest tańczenie krakowiaka. Gorycz, niesmak, oburzenie. Proszę uwierzyć, że nie tylko u mnie. Festiwal jak gdyby się potknął na tym przedstawieniu i musiał ostrożnie powracać do zbudowanej wcześniej atmosfery.

II edycja Festiwalu odbyła się w roku jubileuszu 70-lecia Teatru Lalki i Aktora w Wałbrzychu. Siedem dekad ciągłej teatralnej tradycji – dla niewielkiego miasta to prawdziwe wydarzenie. W swoim czasie była to jedna z pierwszych nowo utworzonych instytucji kultury na Ziemiach Zachodnich. W ciągu tych lat dużo się działo i powiedzmy wprost – łatwo nie było. Całkiem słusznie Zbigniew Prażmowski, obecny dyrektor teatru, w krótkiej przemowie podziękował wszystkim swoim poprzednikom. Za to, że się nie poddali. Mogę to tylko powtórzyć i przenieść w czas przyszły – nie wolno się poddawać! Jeżeli ktoś ma co do tego wątpliwości, niech tylko raz zobaczy, jak dzieci same wstają, aby bić brawo.

12-10-2015

II Festiwal małych Prapremier, Wałbrzych, 13-18.09.2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany Metr
    Metr 2015-10-12   12:08:32
    Cytuj

    Dobrze piszesz! Wnikliwie,zwrot językowy...!Gratuluję!