AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Mięsem potrafił rzucić

Teatr swój widzę kuliście. 60 lat Wrocławskiego Teatru Pantomimy, Wrocławski Teatr Pantomimy, Wrocław 2016
Doktorant Wydziału Nauk Społecznych na Uniwersytecie Wrocławskim. Absolwent Filozofii oraz Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Wrocławskim. Współpracuje z czasopismem naukowym "Znaczenia".
A A A
 

Wbrew pozorom, przekartkowawszy wydany na błyszczącym papierze solidny i ciężki tom, pomyślałem, że to będzie lektura na wieczór lub dwa.

No bo dziesiątki zdjęć, duża czcionka, ogromne, na pół strony tytuły poszczególnych rozdziałów. Do tego kończyło się dzieło dość długą Kroniką z drobiazgowymi informacjami dotyczącymi obsad poszczególnych przedstawień i dat premier, czyli częścią, którą, jeżeli się nie zamierza przeprowadzać szczegółowych analiz porównawczych, zazwyczaj się przegląda jednym okiem. Poza tym zawsze byłem bardzo podejrzliwy wobec wszelakich świątecznych, okazjonalnych i jubileuszowo-rocznicowych wydań. Zazwyczaj zbyt dużo w nich grzecznościowego lukru-cukru pudru. Takie książki, pełne pięknych intencji, pozdrowień i wyrazów szacunku dość często nie grzeszą, że tak powiem, treściwością i odkrywczością. Z natury rzeczy stronią od tematów kontrowersyjnych, niewygodnych, wątpliwych, mogących komukolwiek sprawić przykrość. Szczególnie to widać wtedy, gdy dzieło ma charakter, określmy to skrótowo, ukłonu w stronę wielkiego twórcy. To, że Teatr swój widzę kuliście odnieść należy do tego typu dzieł, nie ulega wątpliwości. Henryka Tomaszewskiego wprost i bez żadnych skrupułów Mistrzem przez duże M nazywają wszyscy autorzy książki. Dla niektórych z nich Tomaszewski był też Nauczycielem przez duże N.

Na całe szczęście Wrocławski Teatr Pantomimy oprócz festiwalu na własne 60. urodziny, odwdzięczył się wiernej publiczności pozycją niebanalną, podchodzącą do tematu i głównego bohatera z wielu różnych, niekiedy dość nieoczekiwanych stron. Ze wspomnianym cukrem też jest różnie. Aktor Jerzy Reterski dla przykładu wspomina, że Tomaszewski „potrafił zedrzeć z człowieka kawałek kostiumu, wdeptać rekwizyt w podłogę, rzucać krzesłami”. Janusz Doniec, który realizował światło do wszystkich przedstawień Tomaszewskiego, dodaje w wywiadzie dla Magdy Podsiadły, że Mistrz i „mięsem potrafił rzucić, gdy się wkurzył, powiedzieć do słuchu, że, bywało, aż bolało”. Tak że wznosić połyskujących nieskazitelną bielą pomników nikt nie zamierzał.

Historyjki i anegdotki wymieszane są tu z porządnymi analizami naukowymi. Wspomnienia z suchą faktografią, barwne opisy z krytycznymi uwagami. Czytałem, wertowałem i podkreślałem. Czysta przyjemność. Chociażby ze względu na znajdującą się w książce kolekcję zdjęć. Przede wszystkim Grażyny Wyszomirskiej i Stefana Arczyńskiego. Są doprawdy wspaniałe i wszechobecne, przez co lektura przypomina wolny spacerek po wystawie fotograficznej. Aktorzy, zwłaszcza na czarno-białych zdjęciach z lat 60. i 70., wysportowani, piękni, ucieleśniający młodość, siłę i energię – wyglądają na prawdziwych nadludzi, takich tytanów, którzy urządzili sobie improwizowaną teatralną zabawę ku pociesze, ale też i przestrodze zwykłych śmiertelników. Nie mniejszy podziw i zachwyt wzbudza efektowność scenografii i kostiumów.

Wielką zaletą dzieła stał się jego polifoniczny charakter. Sześciu autorów, każdy ze swoim podejściem, swoimi celami, stosunkiem, bagażem. Wreszcie to opowieść o samym mieście oraz wyjątkowym okresie jego dziejów. W tle tego obrazu, w kilku barwnych dygresjach, pojawi się też historia kraju, a nawet całej Wschodniej Europy. Na przykład II wojna światowa, o której Tomaszewski nie lubił wspominać, czy stan wojenny, po którym do Polski nie wróciło wielu z jego aktorów.

Mirosław Kocur w rozpoczynającym książkę rozdziale O pochodzeniu pantomimy proponuje cofnąć się do czasów rzymskich pantomimów, „którzy byli najlepiej wykształconymi i najpopularniejszymi artystami antyku, sławniejszymi od dzisiejszych gwiazd filmowych”. Cofnąć się tylko na chwilę, bowiem prawdziwych początków pantomimy należy szukać na ścianach najstarszych jaskiń, które służyły za dom dla naszych bardzo dalekich przodków. Dalekim czasowo, lecz pod wieloma innymi względami bardzo bliskim, bowiem już 40 000 lat temu tworzącym pierwsze przedstawienia taneczne. Niesamowite i urocze są te podróże przez całe tysiąclecia. Pełne mniej lub lepiej znanych, lecz zawsze charyzmatycznych i oryginalnych postaci, błyskotliwych analiz i intrygujących historii, ukazujących różne, niezbyt oczywiste oblicza teatru. Z jednej strony czyta się to jak świetnie opracowane hasło encyklopedyczne, z drugiej zaś jako pełen swoistego humoru i gierek językowych felieton czy esej.

Dwa dłuższe rozdziały napisane przez Jolantę Kowalską (Alfabet ciała oraz Gesamtkunstwerk) przybliżają drogę twórczą samego Tomaszewskiego, skupiając uwagę na nieustannym poszukiwaniu i udoskonaleniu przez Mistrza nowego, specyficznego, unikatowego języka – języka ruchu. Od uruchomienia teatru w 1956 roku i pierwszych mimiczno-ruchomych etiud, scenograficznej prostoty i minimalizmu po pełnospektaklowe produkcje z wielowątkową narracją i kostiumowo-dekoracyjnym przepychem. Od przekonania, że „poprzez środki ruchowo-pantomimiczne […] można dotrzeć do pewnej sfery rzeczywistości ludzkiej, która wymyka się i baletowi, i teatrowi słowa” do stwierdzenia, że od tej chwili „pantomima odrzuciła maskę cyrkowego klauna i stała się sztuką filozofów rozprawiającą o fundamentalnych problemach egzystencji”. Przy tym Tomaszewski prawie zawsze wyprzedza swoje czasy. Niekiedy, jak w przypadku Menażerii cesarzowej Filissy, zadziwiając śmiałością obyczajową. Innym razem zabierając się za tematy, które, jak cały dyskurs posthumanistyczny, dopiero po latach mają zrobić wielką karierę w teatrze i poza teatrem.

Tomaszewski „nie pozostawił po sobie żadnej spisanej i usystematyzowanej filozofii swojego teatru, tak jak to zrobili Grotowski czy Kantor”. Tytułowa wizja teatru kulistego z człowiekiem w jego centrum, przynajmniej na poziomie teoretycznym, pozostała tylko wizją. Jak wspomina Jerzy Kozłowski, podczas własnych imienin po słodkich likierach, które uwielbiał, na pytanie o swoje zapatrywania na przyszłość założonego przez niego teatru, Mistrz miał odpowiedzieć: „Jak ja umrę, to nic po mnie nie zostanie!”. Dlatego najprawdopodobniej w tak dziwny, nieco nieuchwytny sposób obecny w tej książce jest Henryk Tomaszewski. Zapamiętany, opowiedziany, przeanalizowany i umieszczony w kontekstach społeczno-artystycznych, rzadko kiedy osobiście zabiera głos.

Zgodnie z deklaracją miała to być książka „przede wszystkim o Mistrzu”. Dlatego szczególną granicą chronologiczną stał się rok 1999, kiedy Tomaszewski wyreżyserował ostatnie swoje przedstawienie – Tragiczne gry. Lecz pozostaje owo „przede wszystkim”. Jak pisze Agnieszka Charkot: „Decyzja ta nie zamyka możliwości odczytania tego, co wydarzyło się w teatrze po śmierci jego twórcy, a co więcej – daje Czytelnikom i Widzom naszych przedstawień solidne podstawy do tego, aby świadomie przyjrzeć się temu, co dzieje się dzisiaj”. No właśnie. Znowu nieuchronnie wracamy do kwestii spadku, tylko że tym razem wyraźnie w kontekście spadkobierców. „Dzieło Mistrza zostało dopełnione, ale pozostał zespół”. W tym lapidarnym stwierdzeniu, które jak gdyby ukrywa w sobie rozumowanie już przeprowadzone i jeszcze jedno, które należy samodzielnie przeprowadzić, kryje się szczególnie ważna warstwa tej książki. Ma ona posmak dławionego buntu, skomplikowanej mieszanki szczerego szacunku i jednoczesnego znużenia „byciem w cieniu”. Zespół nie chce „być w cieniu”! Chce być w ruchu! Do czego ma święte prawo. Jak powie Janusz Degler, a słowa te zacytuje Magda Podsiadły: by dzieła geniuszy mogły „być kontynuowane, trzeba się przeciw nim zbuntować, znaleźć własną drogę”. Etap został zamknięty. Teraz ruch i tylko ruch. Przecież tym pokarmem żywi się pantomima.

28-11-2016

Teatr swój widzę kuliście. 60 lat Wrocławskiego Teatru Pantomimy, Wrocławski Teatr Pantomimy, Wrocław 2016

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: