AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Moniuszko i Fredro w gorzkiej krotochwili

Nowy Don Kiszot czyli sto szaleństw, reż. Roberto Skolmowski, Warszawska Opera Kameralna
Muzyk i polonistka, w latach 50. XX w. aktorka Teatru na Tarczyńskiej i Teatru Poezji UW, później wieloletnia nauczycielka muzyki w Szkole Podstawowej nr 15 w Warszawie, profesor Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina i publicystka „Ruchu Muzycznego”. Doktor habilitowana nauk humanistycznych, autorka książek o teatrze muzycznym i polskich artystach. Publikowała też w „Teatrze”, „Dialogu”, nowojorskim „Przeglądzie Polskim”,„Pamiętniku Teatralnym”. Współpracuje z ISPAN i z Teatrem Wielkim – Operą Narodową.
A A A
 

Trudno w to uwierzyć, ale za życia Moniuszki i później już nigdy, po dziś dzień, nuty żadnej z jego oper, operetek czy krotochwil nie zostały wydane. To znaczy partyturę Halki Gebethner i Wolff w 1861 roku wydali eksperymentalną na owe czasy techniką drukarską (faksymile w redakcji dra Grzegorza Zieziuli ukazało się w 2012 roku), ale nie była ona dostosowana do praktycznego użytku. W rezultacie przez półtora wieku z okładem nie słuchaliśmy i nie słyszymy nadal w teatrach operowych, na koncertach i z płyt takiej muzyki, jaką skomponował Moniuszko, tylko jej opracowania i opracowania opracowań dokonywane przez kolejnych dyrygentów. Więc wreszcie muzyków ogarnęła złość.

Tym bardziej, że w zbliżającym się roku 2019 wybije dwieście lat od urodzin naszego narodowego kompozytora i planowane są rozmaite fety. I że w Bibliotece-Muzeum-Archiwum Warszawskiego Towarzystwa Muzycznego (WTM) na Nowym Mieście w Warszawie spoczywają liczne rękopisy – a nawet nieliczne autografy – utworów Moniuszki, do których nikt jakoś nie sięga, nie bada ich i nie redaguje. Pierwsi nadrabiać zaległości ruszyli Wrocławianie. Dr Andrzej Wolański z Akademii Muzycznej im. Karola Lipińskiego wraz z drem Grzegorzem Wierzbą zasiedli nad rękopisem nut krotochwili Nowy Don Kiszot, czyli sto szaleństw do słów Aleksandra Fredry. Odsunęli na bok trzy późniejsze opracowania. Wzięli się za oryginalnego Moniuszkę, który tę młodzieńczą kompozycję nawet Fredrze zadedykował „w dowód najszczerszego uwielbienia”. Marzył zresztą o operowym libretcie od Fredry, ale na list w tej sprawie dramatopisarz nie odpowiedział.

Nowy Don Kiszot przerobiony z innego utworu, włączony do pierwszego wydania fredrowskich Komedii (1826-1838) należy do najwcześniejszych sztuk Fredry. Napisany „we trzech aktach wierszem ze śpiewami” zawiera wskazane do umuzycznienia teksty trzech chórów i ansamblu wieśniaczek, dwóch tercetów, trzech arii oraz duetu. Moniuszko w 1841 roku w Wilnie dostosował się do tych wskazówek. Wstępnemu chórowi wieśniaków nadał rytm mazura, dumkę tytułowego bohatera Karola i Zofii melodycznie rozkołysał, fletowe solo wypieścił. Dodał dobrze symfonicznie skrojoną Uwerturę i orkiestrowe Preludium przed II aktem. Studenci, absolwenci i wykładowcy wrocławskiej uczelni muzycznej – sprzężeni nierzadko personalnie z Operą Wrocławską – pod dyrekcją Stanisława Rybarczyka przygotowali koncertową wersję Nowego Don Kiszota, a potem sceniczną w reżyserii Roberto Skolmowskiego. Sztukę pokazaną minionego lata na Międzynarodowym Festiwalu Moniuszkowskim w Kudowie-Zdroju nagrano na DVD. A ponieważ nie ma zgody badaczy, czy w ogóle za życia Moniuszki i Fredry wystawiono Nowego Don Kiszota w Wilnie albo we Lwowie, możliwe, że dokonała się właśnie diabelnie spóźniona prapremiera!

Przedstawienie można było obejrzeć w teatrze Warszawskiej Opery Kameralnej. Rybarczyk z energią dyrygował Zespołem Instrumentów Dawnych WOK Musicae Antique Collegium Varsoviense. Może niektóre instrumenty budową i strojem mogły by być bliższe romantyzmowi niż barokowi, lecz i tak brzmiało to o wiele zgodniej z epoką Moniuszki niż potężne XX-wieczne orkiestry, na jakie przez długie lata skazywaliśmy jego muzykę. W prawdziwej szacie dźwiękowej okazała się pełna wigoru, wartko płynąca, z inwencją instrumentowana. Oby w przededniu jego 200. urodzin był to początek całej serii właściwych historycznie wykonań. Niemniej praca Moniuszki zajmuje tylko około trzydziestu procent całego Nowego Don Kiszota. Reszta to krwisty fredrowski teatr, którego dziewiętnastowieczny rymowany język i postacie w dawnym stylu nastręczają kłopotów profesjonalnym aktorom, a co dopiero śpiewakom.

Na szczęście kluczową dla intrygi, tytułową figurę Karola przejętego lekturą powieści Cervantesa przekonująco zagrał Marek Belko. Szczupły, zgrabny, o okrągłych oczach i zręcznych ruchach był wiarygodny w deklarowanej szlachetności i pragnieniu rycerskiej sławy. Z godnością też znosił rozczarowania, napotykając pniaki zamiast zbójców, gęś – nie dziewicę Palmyrę, browar, wieśniaczą chatę i capa w miejscu ruin zamczyska z białym widmem. Z uczuciem śpiewał swoje arie: „Wszedłem pod czarne sklepienie” (I akt, o wyprawie do mniemanych ruin), „Święty ogień, dar bogini” (pochwała miłości, II akt) i dumę o ślicznym poetyckim tekście (akt III): „Jak błyśnięcie w nocy ginie,/ jak głos fletu wiatr przewieje,/ jak schnie rosa na drzewinie,/ tak zaginą me nadzieje”. Bardzo starannie artykułował słowa, ale że Słowak z urodzenia, fonetyka polszczyzny brzmiała u niego inaczej, co z kolei pasowało do „nowego Don Kiszota”, osoby innej niż wszyscy krążący wokół niego na scenie. Może jednak przedstawienie zbyt słabo odróżniło go od otoczenia?

Scena przedstawiała kolejno karczmę-zajazd, las i dworek szlachecki – z wykorzystaniem projekcji i animacji. W karczmie wieśniacy pili i przewracali stoły, rozchichotane wieśniaczki turlały się po scenie, pokazując majtki, rozbudzony gość, Burmistrz (Szymon Gąsiorowski), paradował w rozchełstanym szlafroku i szlafmycy, zwalisty sługa Karola, Michał, przechrzczony na Pedrilla (odpowiednik Sancho Pansy) rad by zdobyć sławę u boku swego pana, ale był częścią tej rozkrzyczanej gromady. Mikołaj Bońkowski wyglądał prawdziwie komicznie w kwiecistej spódnicy i chusteczce na głowie przebrany za Palmyrę. Za nim snuło się stąpające na czworakach chłopaczysko w roli konia Rosynanta. Podejrzenia, że dziwne sytuacje i osoby (wszyscy w gumiakach) zostały wprowadzone przez reżysera, okazały się bezzasadne. To wszystko jest u Fredry: uporczywe pijaństwo, ustawiczne padanie na podłogę (w przedstawieniu – z ogłuszającym rumorem), krzyki, skora do amorów Małgorzata, żona leśniczego i karczmarza Boruty (istotnie powabna Anna Grycan). A także niespodzianie aktualne dziś wersety, takie jak wygłoszone przez patriotę o imieniu Inwalid (tu w żołnierskiej kurcie i w czapce z orzełkiem): „...choć-eśmy wieśniacy/ znamy, co to są prawa, bo i my Polacy./ I co pradziad ułożył, każdy bronić umie” – albo przez grupkę otaczającą schwytanego Karola: „Choć niewinien – do więzienia,/ dla wszelkiego objaśnienia”. Nawet kawa, jaką synowica Zofia podaje Kasztelanowi, również w sztuce Fredry jest. Ale w tym właśnie akcie III objawił się pomysł reżysera, by Zofia karmiła kury, wniesione wcześniej w wielkiej klatce. Obraz bulwersował, bo i kury, i glisty podawane przez Zofię były żywe, a podczas owego posiłku dorodnego drobiu Zofia (Agata Chodorek) z niezmąconym spokojem wyśpiewywała (bardzo dobrze) swą arię „Com widziała wśród marzenia”.

Skolmowski otworzył spektakl obiecującą estetyką teatru cieni przeplatanego żywym obrazem, w czym na muzycznym tle Uwertury uczestniczył cały zespół Nowego Don Kiszota. Lecz w kącie proscenium usadził matejkowskiego Stańczyka z posępną miną i z kaduceuszem w dłoni – niejako zapowiadając błazeński konterfekt Polaków. No i potem oglądaliśmy przez trzy akty, jacy to jesteśmy okropni: pijący, bijący, kłótliwi, niechlujni, wrzaskliwi, głupi, nawykli do glist. Dobrze, że choć jeden Karol się trafił, co miał marzenia odbiegające od codzienności. I książki czytał.

Przedstawienie Roberta Skolmowskiego mieści się w samokrytycznym nurcie teatru polskiego, który zapoczątkował Mikołaj Grabowski, a kontynuował Jan Klata. Natalia Kozłowska, wystawiając Nowego Don Kiszota w warszawskim Teatrze Polskim (2011) – też z muzyką Moniuszki, choć jeszcze nieoryginalną – też poszła tą drogą. Fredro i Moniuszko, pisząc swego Nowego Don Kiszota, myśleli pewnie, że widzowie teatrów z Kresów dawnej Rzeczpospolitej we Lwowie, Mińsku czy Wilnie będą po prostu się śmiali z samych siebie. Ale chyba nie przewidzieli, że ich krotochwila nabierze przez wieki tak gorzkiego posmaku.     

16-05-2018

Warszawska Opera Kameralna
Stanisław Moniuszko  
Nowy Don Kiszot czyli sto szaleństw
libretto: Aleksander Fredro
kierownictwo muzyczne, dyrygent: Stanisław Rybarczyk
opracowanie materiałów muzycznych: Andrzej Wolański, Grzegorz Wierzba
inscenizacja i reżyseria: Roberto Skolmowski
scenografia: Małgorzata Słoniowska
choreografia: Elżbieta Lejman-Krzysztyniak, Marta Kuczyńska
multimedia: Wojciech Hejno
obsada: Maciej Krzysztyniak, Marek Belko, Agata Chodorek, Szymon Gąsiorowski, Mikołaj Bońkowski, Piotr Łykowski, Maciej Łykowski, Anna Grycan, Michał Ziemek, Bogdan Makal, Tomasz Łykowski, Piotr Danieluk
oraz Zespół Instrumentów Dawnych Warszawskiej Opery Kameralnej Musicae Antiquae Collegium Varsoviense
premiera: 1.05.2018

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę: