AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Na świecie jest ślicznie

Doktor habilitowana kulturoznawstwa, adiunkt w Zakładzie Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autorka i współautorka książek i artykułów wydanych w Polsce i za granicą.
A A A
Fot. Damian Andrzejewski / Spot  

W Teatrze Muzycznym w Poznaniu ostatnio postanowiono przekonać widzów, że nie Nie ma jak lata 20., lata 30. Chodzi oczywiście o wiek ubiegły, a nie ten, w którym obecnie żyjemy. Nie ma futurologii, jest nostalgiczna podróż do przeszłości. Wiem, że spektakle muzyczne rzadko kiedy są dziełami stworzonymi w ten sposób, by z nimi polemizować w sferze świata przedstawionego, ale czasem inaczej się nie da.

Skąd ta sentymentalna nostalgia akurat za tamtym dwudziestoleciem? Gdybym zaproponowała tytuł spektaklu Nie ma jak lata czterdzieste i pięćdziesiąte, wszyscy uznaliby, że zidiociałam. Dlaczego taki tytuł wydaje się bardziej kontrowersyjny niż ten z Teatru Muzycznego? Odpowiedź jest oczywista: wojna, stalinizm. Choć przecież wtedy też ludzie się czasem śmiali, śpiewali piosenki, zdradzali małżonków i głupio się z tego wykręcali. Co takiego pięknego, za czym warto tęsknić, zdarzyło się w tamtym dwudziestoleciu? Wielki kryzys? Rodzenie się nacjonalizmów i faszyzmu? Getto ławkowe?

Nic (albo prawie nic, o czym później) z tego nie można znaleźć w spektaklu. Nostalgia dotyczy nie tyle tamtego realnego świata, ile jego mocno wyidealizowanego i dobrze utrwalonego obrazu. Przyczynił się do niej częściowo scenarzysta spektaklu (pod takim tytułem występuje w programie) Ryszard Marek Groński, który w latach 80. współtworzył jeden z pierwszych polskich filmów musicalowych pod tytułem – jakże by inaczej – Lata dwudzieste, lata trzydzieste. Ten sielankowy obraz dwudziestolecia międzywojennego zawdzięczamy po części także siermiężności Peerelu. Dwie dekady w pierwszej połowie dwudziestego wieku to była nasza la belle époque – kiedy świat był młody, piękny i taki, jak powinien być. Kino też było fajne, zamiast młodzieży socjalistycznej miast i wsi oraz rozterek przekwitających dyrektorów zjednoczeń (to taka forma organizacyjna socjalistycznej gospodarki) pokazywało pięknie ubrane młode subiektki, obowiązkowo budzące zainteresowanie jakiegoś hrabicza o złotym sercu i zasobnym portfelu, który nie wynajmował sublokatorskiego pokoju, a jeśli nadal mieszkał z rodzicami, to w pałacu. Dostępnymi naocznie świadectwami tamtego świata były pokazywane – tak jak obecnie Kevin sam w domu – z okazji świąt wszelakich polskie komedie dziś powiedzielibyśmy „romantyczne”, w których także ochoczo śpiewano. Taki też utrwalił się obraz tamtych czasów – świata rozśpiewanego, wesołego, a równocześnie eleganckiego, wytwornego i pełnego zakochanych. A że jednotorowość polskiej kinematografii dwudziestolecia nie wynikała z zachwycenia się światem, tylko z tego, że jej produkcje były obłożone gigantycznym podatkiem i musiały być komercyjnymi hitami, jakie miały szansę przyciągnąć tłumy ludzi, by na siebie zarobić, to już zupełnie inna sprawa. Jednak jest ona bardzo blisko związana z najnowszą premierą Muzycznego.

Nowy dyrektor, kiedy obejmował teatr, zapowiadał nowy kierunek, więcej znanych tytułów musicalowych i odejście od starej linii repertuarowej. Początek tego sezonu zapowiadał, że rzeczywiście pojawiają się zmiany. Dyrektor Kieliszewski bardzo dba także o to, by premiery stawały się ważnymi wydarzeniami towarzyskimi dla tych, których zwykło się nazywać elitą. Pojawiają się na nich przedstawiciele władz lokalnych i nie tylko (aktualnych i minionych) z rozmaitych opcji, rektorzy uczelni, przedstawiciele sponsorów. Wszyscy witani z nazwiska ze sceny przez dyrektora mogą czuć się „godnie ugoszczeni”. A że spektakle w tym sezonie były z kategorii „lekkie, łatwe i przyjemne” (co nie znaczy absolutnie, że złe), Teatr Muzyczny został doceniony przez lokalnych radnych jak chyba żaden inny w Polsce – dodatkowymi 150 tysiącami na przygotowanie wiosną premiery na światowym poziomie. Pomijając już absurdalność oczekiwań radnych, wykazali się oni dużą nieznajomością pracy teatralnej – artyści mogący przygotować spektakl na światowym poziomie planują swoje zajęcia na kilka sezonów, a nie kilka miesięcy naprzód. Ale pieniądze się pojawiły i głupotą byłoby z tego nie skorzystać. Trzeba było robić – zgodnie z tradycjami z teatrzyków komercyjnych – szybko i tak, żeby był murowany sukces, a więc do śmiechu i żeby wszystko było już znane. Tak oto sukces stał się zarzewiem klapy.

Spektakl w Teatrze Muzycznym zbudowany jest niemal wyłącznie z piosenek – tych filmowych i tych kabaretowych. Jeśli wierzyć tekstowi z programu oraz tradycyjnemu już słowu wstępnemu dyrektora Kieliszewskiego wygłoszonemu przed spektaklem, przedstawieniem tym teatr chciał otworzyć oczy niedowiarkom, którzy nie doceniają poznańskiej międzywojennej sceny kabaretowej. Wyszedł z tego „miś na miarę naszych możliwości”, ponieważ finałowa piosenka spektaklu to przeróbka przeboju z warszawskiego teatrzyku Morskie Oko Cała Warszawa zobaczyć musi to. Po prostu w tekście, którego autorem jest były dyrektor Muzycznego Daniel Kustosik, występujące w oryginale warszawskie ulice zmieniono na poznańskie, warszawianki na poznanianki i już mamy rewiowy przebój o Poznaniu. Czyżby jednak żadnego z epoki nie udało się odnaleźć? Jeśli tak, to ów zabieg nie uwiarygodnia o tezy o tradycjach kabaretowych międzywojennego Poznania.

Pomysł dramaturgiczny na połączenie piosenek w spektakl jest mechaniczny i przez to dość wątły. Otóż cała akcja przedstawienia to kręcenie filmu „o życiu”, stąd dwiema postaciami nadającymi całości spójność są producent (Arnold Pujsza) oraz reżyser (Wiesław Paprzycki), którego ten pierwszy podejrzewa o chęć doprowadzenia siebie do finansowej ruiny. Miejsca między piosenkami wypełnione są przez ich dialogi będące klasycznymi numerami kabaretowymi. Niestety, humor utrzymany w klimacie epoki obecnie nieco już trąci myszką. Wyśmiewanie męża rogacza, który przyłapał żonę in flagranti z przyjacielem i dał się przekonać, że coś mu się przywidziało, to szczyt dowcipności. Gorzej, że niektóre piosenki nie tylko przez swój tekst, lecz głównie inscenizację prezentowały typ humoru, którego nie umiem zaakceptować. Łagodniejszym przykładem była piosenka Zuli Pogorzelskiej śpiewana przez Lucynę Winkel w towarzystwie męskiego chóru. Po usprawiedliwieniach molestowania seksualnego przez pewnego publicystę, który bagatelizował: „Kto nigdy nie wykorzystał nietrzeźwej, niech pierwszy rzuci kamieniem”, panowie zachęcający każdego do przekonania się, iż skoro „ta mała piła dziś”, to każdemu „usta da”, a na dodatek „jest taka senna”, że „nie pamięta nic”, brzmią dla mnie jak zachęta do zbiorowego gwałtu. Poza tym teksty piosenek prezentowały świat, w którym kobieta jest interesująca, póki nie zostanie żoną. Kiedy tak się stanie, można już tylko narzekać, jak bardzo się ma jej dość. Pozostaje jeszcze ewentualnie poddanie się Sex appealowi, lecz ten w wykonaniu Macieja Ogórkiewicza nie był tak atrakcyjny, jak w wykonaniu Bodo. Ogórkiewicz nie był przede wszystko tak starannie zrobiony na kobietę jak pierwowzór, a po drugie sprawiał wrażenie dość niepewnego swojej roli: czy ma grać kobietę, czy karykaturę transwestyty. Piosenki nie sprawiały wrażenia, iż zostały dobrane pod kątem możliwości stworzenia z nich jakiejś narracji. Wydaje się, iż chodziło raczej o to, by były znane i ewentualnie stwarzały pole do popisu wykonawcom oraz tworzyły „rewiowy” klimacik. Pewnie dlatego wioślarki w otwierającej przedstawienie piosence Ach, jak przyjemnie, ubrane w marynarskie „mundurki” starannie odsłaniające ich wdzięki, przekonywały, że „jak można się nudzić, jak można marudzić” skoro „na świecie jest ślicznie”.

Tym, co by mogło ratować Nie ma jak…, byłoby rewelacyjne wykonanie, ale choć aktorzy Teatru Muzycznego się starają, to niestety daleko im np. do Michnikowskiego czy Kobuszewskiego. Choć w intonacji dwóch protagonistów bardzo pięknie słychać charakterystyczny żydowski zaśpiew, to obaj panowie sprawiają wrażenie lekko nieobecnych i dość zmęczonych. Dla Paprzyckiego jest to już w ciągu ostatnich trzech miesięcy trzecia premiera, w której gra główną rolę, więc ma prawo być już lekko przepracowany. Taka częstotliwość dawania premier jest bardzo z epoki, o jakiej opowiada spektakl, ale niestety musi zaważyć na jakości przedstawień. To widać. Lekko nieobecny duchem na scenie wydawał się także Jarosław Patycki, którego sztywność np. w Tej ostatniej niedzieli była trudna do wyjaśnienia inaczej niż przez najwyraźniej obezwładniający go mundur. Także Anna Lasota, która w Hello, Dolly momentami była dużo lepsza niż gwiazda tego spektaklu, tu wypadła nie najlepiej. Piosenki w wykonaniu Lasoty były monotonnie dramatyczne w swoim wyrazie. Najswobodniej, bo lekko farsowo, wypadli Lucyna Winkel i Łukasz Brzeziński. Byli jedynymi na scenie, którzy wydawali się czerpać przyjemność z tego, co robią. Może więc dobrze czasem nie dawać Więcej gazu (jak brzmiał tytuł jednej z piosenek) i pospieszać kolejne premiery, tylko przystopować, bo wyjdzie to z korzyścią dla jakości przygotowywanych przedstawień.

Nie ma jak… aż do dwóch ostatnich piosenek były po prostu takim sobie muzycznym spektaklikiem, nieodbiegającym od tego, co działo się na tej scenie przez ostatnich kilkadziesiąt lat. Ot, mało wyrafinowana rozrywka dla inteligencji pracującej miast i miasteczek. Niestety, i trudno, i przykro, że twórcy nie zdawali sobie z tego sprawy (a jeśli zdawali, to tym gorzej), że poszczególne piosenki znaczą nie tylko wewnątrz inscenizacji nich samych, ale także poprzez kontekst sąsiadujących z nimi numerów. Twórcy spektaklu w finale postanowili dać znać, że jednak dostrzegli, iż coś mało „ślicznego” i „przyjemnego” działo się w tym czasie na świecie. Najpierw pojawia się na scenie Paprzycki śpiewający Ten wąsik. Robi się groźnie i poważnie. Następnie producent i reżyser debatują nad gazetą informującą o pomysłach wysłania Żydów na Madagaskar. Zostaje to spuentowane piosenką Madagaskar Mieczysława Miksne, która w czasie kiedy powstała, była pełną gorzkiej złośliwości odpowiedzią na pomysły rozważane przez polski rząd dotyczące przesiedlenia Żydów do tej francuskiej kolonii. Inscenizacja, kostiumy, taniec postaci pozbawiły ją całej ironii i przeniosły w klimat podbarwionych przekonaniem o wyższości „naszej kultury” pokazów tańców „dzikich” z przedstawień z początków ubiegłego wieku. Dlatego część aktorów miała kudłate czarne peruki i spódniczki z traw oraz etniczną biżuterię. Żeby owo umieszczenie Żydów na Madagaskarze nie wyszło za subtelnie, postanowiono dobić pointę deską i tak przedstawionych „Murzynów” wyposażyć w jarmułki, tarcze ozdobione gwiazdą Dawida, a czołowego „Murzyna” także w gigantyczną srebrną gwiazdę zwisającą z szyi. Niektórzy mają specyficzne poczucie humoru, lecz dobrze by było, żeby twórcy posiadali także odrobinę wyczucia. Miksne napisał swoją piosenkę przed wojną. W spektaklu Artura Hoffmana postać Hitlera i w związku z tym cały kontekst historyczny zostały już wprowadzone na scenę dzięki piosence Ten wąsik. Z tego poziomu nie da już się cofnąć do „robimy sobie jaja z Murzynów i Żydów”.

Potem jeszcze następuje finałowa zachęta: „cały Poznań zobaczyć musi to”. Czyli co? Jak w Muzycznym nabijają się z jednego z najkoszmarniejszych w skutkach pomysłów, jak rozwiązać kwestię Innego? Nie wiem, czy taki był zamysł twórców spektaklu (wolę przypuszczać, że nie), ale jeśli chodzi o przywoływanie tradycji poznańskich, to na razie w kwestii międzywojennego kabaretu nie bardzo im wyszło, mają za to szansę przywołać obraz przedwojennych poznańskich endeckich demonów. Kiedy wychodziłam ze spektaklu, wkurzona i zdegustowana, przypomniała mi się pewna piosenka. Też początkowo opowiada, jaki świat jest śliczny, na dodatek wykonywał ją bardzo śliczny chłopak. Mogłaby zamknąć spektakl taką ładną klamrą. Jej tekst brzmi:
 The sun on the meadow is summery warm
The stag in the forest runs free
But gathered together to greet the storm
Tomorrow belongs to me…

13-03-2015

 

Teatr Muzyczny w Poznaniu
Nie ma jak lata 20., lata 30.
scenariusz, wybór tekstów kabaretowych: Ryszard Marek Groński
reżyseria: Artur Hoffman
kierownictwo muzyczne: Agnieszka Nagórka
choreografia: Paulina Andrzejewska
obsada: Arnold Pujsza, Wiesław Paprzycki, Maciej Ogórkiewicz, Anna Lasota, Lucyna Winkel, Łukasz Brzeziński
premiera: 27.02.2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę:
komentarze (4)
  • Użytkownik niezalogowany Piotr
    Piotr 2016-11-27   16:25:02
    Cytuj

    Spektakl jest fantastyczny, a Pani Ostrowska musi mieć niebywale skrzywione poczucie humoru. Jak można nie odróżniać klasycznego wodewilu (o którym świat już zapomniał) od spektaklu muzycznego? Od tego rodzaju przedstawienia nie można oczekiwać umęczenia tragiczną historią II wojny światowej, poza tym chyba wszyscy mamy już tego dosyć. Przedstawienie świetnie zagrane, zaśpiewane i wytańczone. Bez zbędnego zadęcia. Ten wąsik w fantastycznym chaplinowskim stylu, sądzę, że autor przyklasnąłby razem ze mną. A finał? Fenomenalny, zaskakujący, pełen przepychu. Jeżeli ktoś na widowni kręcił nosem, to jedynie autorka powyższej recenzji. Spektakl musi choć raz rozbawić każdego. Taki był jego cel i został osiągnięty.

  • Użytkownik niezalogowany grazyna
    grazyna 2015-08-23   21:46:02
    Cytuj

    Byle kto mnie nie obrazi... Nie mógł się pan Patycki zachowywać sztywno w tej piosence, bo go nie było wtedy na scenie...hehe Prawo do pisania recenzji mają Ci, którzy widzieli spektakl. Pozdrawiam wszystkich melomanów i nauczycieli!!!

  • Użytkownik niezalogowany -
    - 2015-07-21   16:11:28
    Cytuj

    Grażyna napisał(a):

    Droga Pani Piosenka ma tytuł To ostatnia niedziela a nie Ta Nie śpiewał ja nigdy pan Patycki ale Łukasz Brzeziński!!! ...Hm rozumiem że że to wylanie pomyj na spektakl na którym nie była Pani obecna. Często zdarza się to pseudo recenzentom. Wczoraj całą grupą nauczycieli gościliśmy na spektaklu. Dziękujemy artystom za wspaniałą zabawę i ucztę muzyczna. To niesamowite ze dziś szukając wiadomości o tej realizacji natknęłam się na te wypociny. Grażyna Wojtczak
    Szanowna Pani, jako nauczycielka powinna Pani umieć chyba formułować swoje opinie w sposób bardziej kulturalny. Powinna Pani także posiąść umiejętność czytania ze zrozumieniem, choćby po to, by nie czepiać się bez sensu. Przypuszczam jednak, że to zbyt duże wymagania wobec nauczyciela. (Nigdzie nie jest napisane, że to Patycki śpiewał "To ostatnia niedziela", napisano, że zachowywał się w tej piosence sztywno). Podobnie na wyrost wydaje się oczekiwanie, że nauczyciel będzie w stanie wyartykułować swoje opinie w sposób intersubiektywnie komunikowalny: "Nie śpiewał ja nigdy pan Patycki...". Interpunkcja, też nie jest mocną stroną nauczycielki, nawet w tak oczywistych miejscach, jak wstawienie przecinka przed który, czy przed że. Nie mówiąc już o oddzieleniu kropką dwóch zdań. Pisanie dużą literą w środku zdania też jest błędem. Podobnie jak błąd gramatyczny: "ucztę muzyczna"... Niedbałość w niestosowaniu polskich znaków też nie świadczy najlepiej o Pani, jako o nauczycielce. Na szczęście umie Pani obrażać, więc podstawowe kwalifikacje na pedagoga ma Pani.

  • Użytkownik niezalogowany Grażyna
    Grażyna 2015-06-19   17:54:19
    Cytuj

    Droga Pani Piosenka ma tytuł To ostatnia niedziela a nie Ta Nie śpiewał ja nigdy pan Patycki ale Łukasz Brzeziński!!! ...Hm rozumiem że że to wylanie pomyj na spektakl na którym nie była Pani obecna. Często zdarza się to pseudo recenzentom. Wczoraj całą grupą nauczycieli gościliśmy na spektaklu. Dziękujemy artystom za wspaniałą zabawę i ucztę muzyczna. To niesamowite ze dziś szukając wiadomości o tej realizacji natknęłam się na te wypociny. Grażyna Wojtczak