AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Nie musimy być na ty, ale co nam szkodzi

Les Choses de Rien, Mouvinsitu  

Festiwal Ciało/Umysł przyzwyczaił już swoją widownię do tego, że proponuje spektakle i performanse niekoniecznie apelujące do wrażeń estetycznych, a raczej intelektualnych, raczej zadające pytania niż opowiadające historie, raczej intrygujące niż zaspokajające, raczej wprawiające w twórczy dyskomfort niż otwierające oswojoną, wygodną przestrzeń kontemplacji.

W tegorocznej, trzynastej edycji pewnym zaskoczeniem były więc spektakle skupione na estetyce, co nie znaczy, że było to zaskoczenie negatywne. Nie zabrakło również przedstawień pobudzających do refleksji i zadających ważne pytania, m.in. o granice sztuki tańca lub wręcz możliwość istnienia jeszcze jakiejkolwiek sztuki.

Na spektakl otwarcia wybrano Souls Oliviera Dubois, opowiadający dramatyczną historię wspólnoty, która pod wpływem bodźców z zewnątrz rozsypuje się i ulega zniszczeniu. Sześciu afrykańskich tancerzy przy akompaniamencie bębnów pokonuje przestrzeń w  powolnej wędrówce przez piach. Grupa wyraźnie wspiera się, silniejsi podtrzymują słabszych, zmagają się z wyczerpaniem, dążą do celu. Potem coś jednak pęka. Wyodrębniają się indywidualności, wyrywają się ze wspólnoty, walczą ze sobą – walczą do końca, do śmierci. Niepostrzeżenie dźwięk bębnów przekształca się w muzykę elektroniczną, która zaciera wspomnienie wspólnie odprawianych obrzędów. Temu jednemu członkowi grupy, który przeżył, pozostało tylko wykopanie grobów. Nie jest to konkretna historia wytańczona od A do Z, a wypowiedź na temat cykliczności światowej polityki: zaczyna się od dążenia, aby było lepiej, potem chciwość i żądza władzy zagłuszają dobre intencje, aż dochodzi do rozpadu i zniszczenia, ofiarą którego padają bezimienne jednostki pochowane w masowych grobach. Potem jest szansa na nowy początek, na dążenie, aby było lepiej, potem…
   
Drugiego dnia Festiwalu nie kontynuowano przygnębiających rozważań politycznych; postawiono na eksplorację tematu stricte artystycznego. UNTITLED_I will be there when you die Alessandro Sciarroniego rozgrywa się na dwóch płaszczyznach. Jedna to kontemplacja obrazu na poziomie dosłownym, przyglądanie się prezentowanemu na żywo treningowi żonglerskiemu, praktyce mającej na celu szlifowanie umiejętności performerów. Bez cyrkowych popisów, bez cekinów i rozbudowanych świateł – osadzenie bohaterów na białej, równomiernie oświetlonej scenie kierowało uwagę publiczności ku śledzeniu zręczności, koncentracji, uważności i koordynacji ruchowej performerów, jak również wyłapywaniu błędów. Inaczej jednak niż podczas cyrkowego pokazu upadek podrzuconej maczugi na ziemię nie jest tu porażką, a nieodłącznym elementem ćwiczenia umiejętności – to przecież zwykły trening, to nie show. Dyscyplina artystyczna i konieczność nieustającej dbałości o warsztat to jednak tylko powierzchnia spektaklu. Można było odbierać go również jako prezentację różnego rodzaju relacji międzyludzkich. Któryś z bohaterów jest w lepszej formie, innemu częściej upadają nieschwytane w porę maczugi. Jeden ma więcej wytrwałości i szybciej mobilizuje się do działania, drugi wcześniej zaczyna odczuwać zauważalne zmęczenie. Każdy jest skupiony na swoim ćwiczeniu, na zwiększaniu ilości podrzucanych przedmiotów, a jednak wiedzą nawzajem o swojej obecności, trwa rywalizacja. Kontemplacja i napięcie, skromność i hipnotyczna widowiskowość – między tymi biegunami rozgrywa się niezakończona historia o czterech żonglerach i jednym muzyku, który być może ma nad nimi większą władzę, niż podejrzewają.

20 września organizatorzy zaprosili publiczność do udziału w artystycznym maratonie: osiem godzin, cztery wydarzenia sceniczne, pięć instalacji, panel dyskusyjny i dwa zaproszenia do osobistego uczestnictwa. Bogactwo propozycji rozsianych po kilku piętrach Teatrze Studio mogło przyprawić o zawrót głowy, na szczęście jednak zadbano o wyposażenie widzów w mapę miejsc i dokładny plan wydarzeń, a rozstawiony w strategicznych punktach wolontariat wyłapywał zagubionych i kierował na właściwą drogę.

Bogactwo propozycji rozsianych po kilku piętrach Teatrze Studio mogło przyprawić o zawrót głowy.Wydarzenia tego dnia oscylowały wokół folku, folkloru i ludowości, ze szczególnym uwzględnieniem kultury polskiej i islandzkiej. Oprócz instalacji plastycznych i filmowych (Wiola Ujazdowska Historie pająków, Edyta Kozak i Wojtek Kaniewski Wirowanie), oprócz warsztatów performatywnych, które można było oglądać lub uczestniczyć w nich (Ásrún Magnúsdóttir Warsaw Folk Dance Festival, Vladimir Jóhannsson, Erna Ómarsdóttir Metalowy aerobik, Sigurður Jónson Choreografia na ślepo II (Niema choreografia)), oprócz instalacji-gry zapraszającej do zastanowienia się nad granicą między współzawodnictwem a współdziałaniem (Edyta Kozak i Lech Rowiński Smoki kontra trolle), oprócz możliwości wysłuchania panelu dyskusyjnego pt. Dlaczego nie cierpimy folkloru, jednocześnie czerpiąc z cepeliady tyle radości? – a to i tak już wiele! – zaprezentowano kilka prezentacji scenicznych, z których trzy łączył wspólny mianownik osobowy: praca Izy Szostak Wizytatorki oraz działanie Karola Tymińskiego E-sound w pewnym sensie spotkały się w FOLK EXPO Edyty Kozak i Roland Rowińskiego, w którym to spektaklu Szostak i Tymiński wystąpili jako performerzy. FOLK EXPO to następujące po sobie kolejno sceny, naprzemiennie prezentujące skrajnie odmienną estetykę. Jest tu czysty ruch dwóch nagich ciał, jest nagość ciężarnej kobiety, jest seria przekleństw wypluwanych z wściekłością, jest festiwal nienawiści, wysysanej z mlekiem matki, jest bitwa tancerzy w prostych kostiumach w oszałamiających rozbłyskach stroboskopowego światła. Jest także strumień zupełnie innych obrazów: piękny młodzieniec okryty zwierzęcą skórą, ludowe dziewczę o żywiołowej ekspresji, Piast Kołodziej, Lajkonik… Moment, to nie jest takie proste. Piękny młodzieniec mocuje się z formą wystylizowanego scenicznie tańca „ludowego”, dziewczę nie ma na sobie bielizny i ostentacyjnie prezentuje pośladki, Past Kołodziej być może jest Świtezianką, a Lajkonik nakłada na siebie przypadkowe szmaty wyciągane na chybił trafił z kufra malowanego w ludowe – a może „ludowe” wzory. Spektakl pyta: czy współcześni artyści mogą czerpać z folkloru? Czy w XXI wieku kultura ludowa jeszcze w ogóle istnieje, czy mówimy o absurdalnym muzeum resztek zdeformowanej tradycji? Jaką tradycję budujemy dziś i jaką przekażemy następnym pokoleniom?

Ostatnim performansem tego dnia był Wykład o musicalach typu borderline Vladimira Jóhannssona i Erny Ómarsdóttir, łączący się w spójną całość z dostępnymi przez cały Festiwal instalacjami ich autorstwa (The Black Yoga Screaming Chamber, Głosy Reykjaviku) oraz warsztatami Metalowy aerobik. Wykład… był jednym wielkim ironicznym żartem, pseudomanifestem, prowokacyjną prezentacją historii nieistniejącego gatunku scenicznego wraz z „przykładami” i „cytatami” z dzieł, które nigdy nie powstały. Konsekwentnie prowadzona narracja przesadnie umalowanej i krzykliwie ubranej „specjalistki”, wspomożona wyrazistym aktorstwem jej niewiele mówiącego towarzysza wykreowała świat, w którym wszystko jest możliwe, a naiwnym biada, jeśli pozwolą, aby resztki zdrowego rozsądku osunęły im się spod stóp. Podobnie rzecz się miała z Metalowym aerobikiem prowadzonym dla chętnych przez Ómarsdóttir, podczas którego to przedsięwzięcia można było poznać fikcyjną technikę fitnessową, łączącą endorfinową radość klasycznego aerobiku z mrokiem niesionym przez komponent związany z energią muzyki metalowej.

Dzień później powrócono do estetyki dużego widowiska. Heine Avdal, Yukiko Shinozaki, twórcy spektaklu Nothing’s for something, na scenę wprowadzili ruchomą scenografię, będącą głównym tworzywem artystycznym spektaklu. Animowane przez prawie niewidocznych tancerzy imponująco długie kotary, podtrzymywane pod sufitem przez ogromne balony, przemieszczały się z wdziękiem po scenie, kłaniając się i obracając, eleganckie, niemal wytworne, pełne klasy i wdzięku. Niemal uśmiechnięte, niemal szepczące „witam” – a jednak trzymające publiczność na dystans, budzące nieufność. Beznamiętni, nieprzeniknieni przybysze z innej planety o nieznanych zamiarach, zwiedzający Ziemię. W finale dołączyły do nich unoszące się nad publicznością białe balony na dronach, przyglądające się wybranym osobom, pozbawione miękkości kotar, niepokojąco technologiczne, a zarazem budzące zaciekawienie i sympatię. Nie porwały nikogo z widzów, nie zaatakowały, ale pozostawiły publiczność z mieszanymi uczuciami rozpiętymi między przyjemnością kontemplacji a nieprzyjemnym poczuciem bycia bardzo starannie obserwowaną w nieznanych celach.

Po tym wieczorze oddechu swoistą kontynuacją folkowych wędrówek po budynku był sposób prezentacji performansu Mouvinsitu zespołu Le Choses de Rien, które to wydarzenie rozgrywało się kolejno w foyer Teatru Studio, na jego II piętrze, na małej scenie, w korytarzach, łazienkach, na klatkach schodowych, ponownie w foyer i znowu na schodach… Przemieszczający się chwiejnym krokiem performerzy, walczący o utrzymanie równowagi, podtrzymujący się nawzajem, tworzyli atmosferę niejasnego zagrożenia. Z sufitu sypał się tynk, słychać było dźwięk helikopterów i głuche, niepokojące uderzenia. Na niepowodzenie skazane były próby wygnania z głowy natrętnych myśli, że oto wali się Teatr Studio, a wraz z nim cały Pałac Kultury… Nie, cały świat zachodniej cywilizacji. Upadek ścian to tylko metafora, dzieją się rzeczy gorsze – cywilizacja zaczęła zjadać własny ogon, wytwarzając więcej dóbr, niż może sama skonsumować, prowadząc do rozwarstwienia społecznego, w którym część mieszkańców wielkich miast dysponuje gigantycznymi apartamentami, a równocześnie coraz większa część obywateli traci możliwość konsumpcji w tym podstawowym rozumieniu – konsumpcji niezbędnej do fizycznego przetrwania. Na szczęście w finale artyści wyprowadzili widownię przed budynek, gdzie można było sprawdzić, że Pałac Kultury i Nauki jednak stoi – jeszcze stoi.

O ile Les Choses de Rien ukazywało proces burzenia, o tyle Felix Mathias Ott w swojej The Iliad ukazał proces budowania, działania konstruktywnego, stwarzającego. Choreograf zwodził widzów, sugerując najpierw, że zobaczą spektakl na temat syzyfowych wysiłków (ciągłe podnoszenie nieustająco opadającej ściany), a następnie przenosząc skojarzenia w kierunku eksploracji ruchu codziennego (chodzenie, wkręcanie śrub, wyjmowanie listewek, podwieszanie łańcuchów), na którego estetyce można się było skupić i zatrzymać. A jednak nie, historia nie zakończyła się ostatecznym upadkiem scenografii ani też minimalistycznym odcięciem parafabuły. W otwartym zakończeniu oczom widzów ukazała się świetlna instalacja, wprawiona w wahadłowy ruch, będąca manifestacją kunsztu praw fizyki, które same w sobie mogą być tematem artystycznych i naukowych rozpraw. The Iliad nie odtwarza Iliady. Nie znajdzie się tu miłosnych perypetii tragicznego trójkąta z Heleną w roli głównej, nie dojdzie do emocjonującego pojedynku Menelaosa i Parysa, nie nastąpi boska interwencja. Bogów już nie ma, zastąpiła ich grawitacja i kwanty, bitew nie toczy się wprost, lecz przy użyciu dalekosiężnych narzędzi, a namiętność jest chaosem, który zburzyłby porządek świata prostych drewnianych płyt i metalowych kątowników.

W świecie, w którym walą się podstawy funkcjonowania społeczności oraz w którym stoimy przed wyborem między pięknem bezosobowych konstrukcji a chaotyczną fizjologią organiczności ludzkiego ciała drogą ocalenia mogą być małe społeczności, wspólnoty, komuny, communitas. Taką nadzieję dał panel dyskusyjny wokół książki Taniec w Europie po 1989 roku. Communitas i Inny pod redakcją Joanny Szymajdy; podobne złudzenie wywołała praca Ramony Nagabczyńskiej The way things dinge o współdziałaniu, oddziaływaniu na siebie i pozostawaniu w relacjach. Zalążki optymizmu zniszczył jednak Karol Tymiński. Jego spektakl pt. Pussy poruszał wielowarstwowe pokłady emocji, ukazując świat bezwzględnej walki o przetrwanie, które jest jedyną nagrodą – o nic więcej już nie można walczyć, sam fakt wygranej jest wszystkim, co czeka na zwycięzcę. Widownię ustawiono z dwóch stron sceny, która po krótkim czasie zmienia się w arenę walki gladiatorów. Jedna performerka i trzech radykalnie zróżnicowanych budową performerów: szczupły, ale niewiarygodnie silny zawodnik wagi piórkowej, standardowo zbudowany tancerz przystojny urodą modela oraz wysoki i postawny bohater o imponującej masie mięśniowej – wszyscy oni wraz z równie wysportowaną zawodniczką beznamiętnie, bez emocji, wśród dźwięku uderzeń ciała o ciało i wśród głośnego oddechu spychają się wzajemnie ze sceny, padają i powstają, wyeliminowani po chwili wracają do pełnej przemocy gry. Ostatnia runda kończy się walkowerem – ostatni zawodnik czeka na partnera do walki, ale wszyscy się już poddali, skonani, oparci o ścianę mierzą go wzrokiem, nie podnoszą się. Zwyciężył. Ten fragment wywalczonej przestrzeni jest jego, póki walka nie zostanie na nowo podjęta.

Zupełnie innymi środkami prowadzą bitwę o miejsce na szczycie Martin Schick i Damir Todorovic w spektaklu Holiday on Stage. Tu walka toczy się o prawo do obwieszczania się artystą. Miejsca na symbolizującej szczyt kanapie jest niewiele. Trzeba je sobie wywalczyć podstępem, a gdy wszystkie wybiegi zawiodą, można odwołać się do publiczności, oddać decyzję w jej ręce, przeprowadzić absurdalny konkurs, w którym jurorem będą niekoniecznie kompetentni widzowie. W spektaklu mowa nie tylko o ubóstwie obecnej sytuacji artystycznej, gdy zainteresowanie budzą raczej skandale niż dzieła, lecz także o dosłownym ubóstwie artystów, którzy pozyskują sponsorów, aby w ogóle móc tworzyć, po czym są zobowiązani z loga wspierających korporacji uczynić główny element scenografii. Lokalnym akcentem stał się udział w spektaklu Marii Czykwin, warszawskiej aktorki i reżyserki, publikującej na e-teatrze cykl CV bezrobotnej aktorki, która zagrała samą siebie – twórczynię, podobnie jak bohaterowie spektaklu poszukującą możliwości pozostania w zawodzie, utrzymania się z niego, skazaną – oby chwilowo – na wyszarpywanie sobie z kolegami „jobów” na castingach.

Na zakończenie Festiwalu wybrano jednak wariant optymistyczny: Ana Borralho i João Galante zaproponowali Atlas Warszawa, a kolektyw TALDANS działanie 600 steps. Pierwszy performans oparto na słowach: prawie setka mieszkańców Warszawy mówiła krótko o sobie, definiując się w kategoriach zawodowych, religijnych czy społecznych, ukazując różnorodność miejskiej społeczność i możliwość pokojowego współistnienia mimo znaczących różnic na wielu poziomach. Druga prezentacja skupiała się na współdzieleniu ruchu i relacji ciało-miasto. Widzowie zostali zaproszeni do różnorodnych akcji ruchowych, działających integracyjnie lub wywołujących w nieświadomych rzeczy przechodniach konsternację – a może i refleksję?

Dziesięć dni to całkiem sporo, a ich intensywność i wypełnienie programu licznymi propozycjami sprawia wrażenie, jakby były to co najmniej trzy tygodnie. Zgodnie z hasłem przewodnim tegorocznej edycji Ciało/Umysł nie musimy być na ty – po tak długim jednak wspólnie spędzonym czasie trudno uniknąć poczucia bliskości z osobami, których imion wprawdzie się nie zna, ale w kolejce po odbiór biletów rozpoznaje się od kilku lat te same twarze. Do zobaczenia za rok.

15-10-2014

13. Międzynarodowy Festiwal Tańca Współczesnego Ciało/Umysł w Warszawie, 18-28 września 2014.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę: