AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Niezbyt śmiesznie i niezbyt strasznie

Profesor Uniwersytetu Wrocławskiego, filolog, medioznawca, wykładowca w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UWr. oraz w Akademii Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta. Autor, współautor i redaktor książek z zakresu literaturoznawstwa i medioznawstwa. Był recenzentem teatralnym, m.in. „Gazety Wyborczej” i „Dziennika Gazety Prawnej”.
A A A
 

Wrocławski off teatralny od lat ma swoją publiczność. Nie wiem dlaczego, ale przychodzą tu zazwyczaj piękne, młode kobiety ubrane tak, że nie wiadomo, gdzie podziać oczy. Lato Ad Spectatores, ważnego reprezentanta tego nurtu w mieście, to teatr lekki, dowcipny, elegancki. Tym razem z lekkim dreszczykiem, gdyż trup pada w pierwszej minucie i wyścieła kamienną podłogę muzealnego lapidarium aż do finału.

Spectatorsów na wakacje przytuliło Muzeum Narodowe, przestrzeń kompletnie nieteatralna, stąd siedzimy na bordowych poduszkach, nakładamy czarne słuchawki, przez które słyszymy dialogi i muzykę, bo bez nich kilkupiętrowa kamienna studnia doszczętnie gasi dykcję aktorów. Jest także niemal koncertowo, kiedy pieczętują nam przedramię, zamiast sprawdzać bilety, i multimedialnie – skoro wizja analogowa, fonia zaś zdigitalizowana.

Maciej Masztalski – scenarzysta i reżyser Roku Diabła – nieraz przekonywał do swych fascynacji literaturą kryminalną. Tym razem może nawet mniej literaturą, a bardziej intrygą; dialogi przypominają częściej kabaretowe scenki niż ułożoną z rozmachem inscenizacyjną narrację teatralną. Granice pomiędzy „scenkowością” tej konstrukcji a „poważnym” spektaklem od początku są iluzoryczne. Już w wejściu tulimy się do bohaterów zdarzeń, witani jak od lat niewidziani kochankowie albo bracia w wierze. Nasze ubrania i ich kostiumy, nasze i ich zapachy, nasza i aktorów energia mieszają się ze sobą. Ze względu na urodę rzeczonej publiczności nawet mnie to nie dziwi. Sam bym poprzytulał.

Mówiąc krótko. Mamy rok 1914, tuż przed zamachem w Sarajewie i wybuchem Wielkiej Wojny. Pastor zboru Świadków Jehowy w Trebnitz (dziś Trzebnica) kręci Fotodramę stworzenia, czyli dość swobodną ekranizację wątków biblijnych. Sadząc z tego, co plecie aktorom amatorom, układając ad hoc scenariusz, może chodzić o produkcję półpornograficzną i w miarę darmową, w której główną rolę odegrałyby dwie ciężarne anarchistki. Jeśli dołożymy do tego intrygę męską, czyli próbę skradzenia obrazu Breughla z budynku Zarządu Prowincji Śląskiej (dziś gmach Muzeum Narodowego) oraz figurę badacza polarnego Siedowa, który zaginął na biegunie, a tu pojawia się i znika w interludiach, zrozumiecie, co wymyślił Masztalski – nowe przygody barona Münchhausena.

Jego historia alternatywna to kabaret wywołujący duchy czasów, które minęły bezpowrotnie, choć stają się znakomitym powodem do ironizowania tematów współczesnych. Sufrażystki-anarchistki z początku XX wieku i gender, szmoncesowy, szalony pastor kinomaniak i wiecznie żywy antysemityzm, mieszczański artyzm i kompletne odrzucenie sztuki wysokiej w dobie popkultury – oto tematy scenek. Intryga ma tu sens niezasadniczy. Ot, ktoś ścigający kochanka niewiernej żony sam się postrzelił i pada bez ducha. Inni omijają jego zwłoki jak niewygodny pakunek w przedpokoju, bo nie o życie i śmierć tu idzie, lecz o zabawy słowem i gestem.

I jest w miarę śmiesznie. Scena, w której sufrażystki Rebeka (Aleksandra Dytko) i Anette (Lucyna Szierok) kaleczą sprejem i nożem obraz Brueghla, sprawia, że widzowie turlają się ze śmiechu po muzealnej podłodze. W końcu rysowanie sprejem męskiego ptaszka tak, by nie był za duży na małym obrazku i tym samym nie gloryfikowal męskości, ale równocześnie hańbił dominację samców, oraz dwuznaczne komentarze panien w ciąży na ten temat mogą rozbawić, zwłaszcza gdy podszczypują modne dziś poglądy mediów.

Równie zabawni bywają panowie, którzy zdecydowali się na kradzież obrazu. Akcja idzie im tak sprawnie, jak śledztwo inspektorowi Clouseau w Różowej Panterze. Nieudane przebieranki, za ciasne maski z pończoch, oślepiające latarki, bieganiny po schodach, a nawet podróż windą jako żywo przypominają komedie Edwardsa czy Cooneya. Po zniszczeniu obrazu i tak nic już nie ma sensu, nawet serwowanie herbaty nad trupem oszalałego zazdrośnika.

Gagów nie ma sensu opowiadać, są do zobaczenia do końca lata. Grali, a właściwie bawili się postaciami: Łukasz Chojęta, Marcin Chabowski, Arkadiusz Cyran, Piotr Zakrzewski, Dominik Fraj i reżyser w roli trupa.

Trupowi zresztą współczuję, strzelił kilkakroć w to miejsce, które mężczyźni ponoć cenią najbardziej. I to jest moim zdaniem właściwa wysokość, jeśli chodzi o artyzm przedstawienia.

23-07-2014

Teatr Ad Spectatores we Wrocławiu
Rok Diabła
reżyseria: Maciej Masztalski
scenografia i kostiumy: Ewa Beata Wodecka
obsada: Aleksandra Dytko, Lucyna Szierok, Marcin Chabowski, Łukasz Chojęta, Arkadiusz Cyran, Maciej Masztalski, Piotr Zakrzewski, Dominik Fraj
premiera: 04.07.2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany ubu
    ubu 2014-07-31   08:23:52
    Cytuj

    o ile lubie ich sztuki konwencjonalne, to serdecznie odradzam dzieła "multimedialne" polegające na puszczeniu z laptopa obrazków na ścianę i dźwięku na słuchawki