AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Nobla i tak nie będzie

Disco macabre, reż. Arkadiusz Buszko, Teatr Lalek Pleciuga w Szczecinie
Doktor nauk o komunikacji i poznaniu, adiunkt w Zakładzie Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autorka i współautorka książek i artykułów wydanych w Polsce i za granicą. Współprowadząca grupy „Performances in Public Spaces” w ramach International Federation for Theatre Research.
A A A
Fot. Piotr Nykowski POZA OKIEM  

Tak to już jest, że nasze minione doświadczenia teatralne mają wpływ na ocenę tego, co aktualnie oglądamy. Niemal dokładnie rok temu kaliskie Miasto pustych pianin zabrało mnie na zwariowaną jazdę przez krainę kiczu o takim natężeniu, że nie mogło być wątpliwości, iż ktoś to świadomie i inteligentnie zakomponował. Może z powodu tamtego doświadczenia Disco macabre Piotra Rowickiego w reżyserii Arkadiusza Buszki ze szczecińskiej Pleciugi postawiło mnie najpierw w stan osłupienia, a wraz z rozwojem akcji moje niedowierzanie tylko się powiększało? Może działo się tak, dlatego że wiedziałam, iż można o tym samym opowiedzieć lepiej, mądrzej i ciekawiej? Co w przypadku tego przedstawienia nie zadziałało?

Nie wiem, jaka była geneza powstania spektaklu, bo już sam pomysł na tematykę wydaje mi się nie tyle wydumany, co dość płaski – pełne poczucia wyższości natrząsania się inteligentów z podrzędnych gustów i takiejż muzyki to mało budująca zabawa, dla kamuflażu wpisane w motyw tańca śmierci (danse macabre). Fabuła spektaklu opowiada historię zespołu discopolowego One Takt, który gra wszędzie – na weselach, w remizach, otwarciach czegokolwiek oraz na stypach. Tam właśnie ich spotykamy. Lecz przestrzeń w jakiej rozgrywa się cały spektakl to idealne, „mroczne” nigdzie: po bokach dwie duże ramy lustrzane, pośrodku również dwie z nagimi, pomalowanymi na srebrno, bezlistnymi gałęziami i tło – w niektórych scenach podświetlone na czerwono, a w drugiej części głównie służące za ekran do projekcji. Dopełnieniem scenografii jest jeszcze mobilny katafalk i sześć aluminiowych błyszczących srebrnych krzeseł. Za tymi środkowymi zastawkami usiądą muzycy, którzy rozpoczynają spektakl. Jeszcze przy włączonym świetle wchodzą na scenę cztery męskie postacie ubrane w sutanny i wykonują całą sekwencję abstrakcyjnych dość układów rąk. Kiedy skończą, oddalą się „za przepierzenie” i usiądą do instrumentów. Schowanie muzyków wydaje mi się pierwszym z błędów spłaszczających to przedstawienie, które przecież koniec końców o muzyce mówi. Ponieważ akcja Disco macabre dzieje się przed owymi zastawkami, grający przez cały spektakl na żywo muzycy wręcz demonstracyjnie nie przynależą do świata przedstawionego, tak jakby reżyserowi zależało na stworzeniu wrażenia iluzji rzeczywistości: oto oglądacie „prawdziwy świat jakby”. Zdjęcie owej iluzyjności przez ukazanie tego, co bardzo konkretnie buduje rzeczywistość przedstawioną włożyłoby spektakl w dystansującą ramę – oto coś przed wami odgrywamy. Takie potraktowanie rzeczywistości scenicznej zdjęłoby być może z aktorów potrzebę (pokusę?), by grać realistycznie postacie, które w gruncie rzeczy swoją grą ośmieszają. Ponieważ efekt, jaki daje taka gra, jest – szczególnie w pierwszej części – dość żałosny, wygląda to na występy amatorskiego kabaretu, który za wszelką ceną chce być śmieszny. Sporą odpowiedzialność za taki stan rzeczy ponosi dramaturg, ponieważ teksty wypowiadane przez postacie discopolowców brzmią blado i drętwo, tak jakby nie mówili tego ludzie, ale chodzące ucieleśnienia stereotypów: drobnego cwaniaczka – Sławek (Rafał Hajdukiewicz), przebojowej i prymitywnej dziewczyny – Ella (Katarzyna Klimek) oraz przygłupa, ale za to z wyglądem – Jaro (Maciej Sikorski). Prowadzone przez nich rozmowy a potem targi z DJ Charonem (Dariusz Kamiński) i dziewczynami z The Cerbers (Marta Łągiewka, Paulina Lenart) wyglądają jak niezbędne wypełnienie między piosenkami, na które nie bardzo jest pomysł. Jądrem spektaklu są śpiewane w odmiennych aranżacjach największe przeboje discopolowe. Dlatego pewnie cała opowieść toczy się dość niemrawo: oto muzycy zostają uwięzieni w krypcie przez nieboszczyka, na którego stypie śpiewali, co ma być karą za to, jaką muzyką torturowali i demoralizowali słuchaczy: „za te wszystkie rączki w górę”, za „bara bara”, za „ruchy frykcyjne na scenie” (choć Ella twierdziła, że to był układ choreograficzny, a Jaro nie wiedział, co to frykcyjne, więc Sławek mu to bardzo wprawnie zademonstrował), za „je, je” (choć jeśli mnie pamięć nie myli, to akurat zawdzięczamy The Beatles). Zadaniem DJ ma być zapakowanie One Takt do łódki i przewiezienie na drugą stronę. Bohaterowie mogą się uwolnić, jeśli pokażą, że potrafią coś naprawdę porządnie zaśpiewać. Nie potrafią, ale i tak uciekają samochodem z „czterema osiemnastkami” (dwie z nich to cerberki, dwie – białe lalki-półmanekiny ze sterczącymi nagimi piersiami i bardzo starannie odrobionymi sutkami), choć Charon uprzedził ich, że zginą w wypadku na autostradzie na wysokości miejscowości Piekło. W międzyczasie Sławek zamienia się w Sławę, Charon okazuje się zakładnikiem Pani Nocy, a Jaro ma za zadanie uwieść cerberki. Na koniec grzechy bezguścia zostają darowane i wszystko kończy się radosnym układzikiem w wykonaniu całej szóstki do radosnej piosenki o tym, że „życie to są chwile, chwile”. Brzmi idiotycznie, czyż nie? A jednak brakuje tej fabule owej nuty szaleństwa, która pozwoliłaby zamienić ją w zabawę konwencjami, uwypuklić jej idiotyzm, tak by stała się czymś na kształt Kampu, a nie kiepskiego Beetlejuice’a (bo na tytułową postać z tego filmu ucharakteryzowany jest Kamiński). Poza tym skoro DJ Charon ma być wykonawcą „sprawiedliwości estetycznej”, to dlaczego on sam i jego pomocnice wymierzają ją, też śpiewając disco polo?

Druga część spektaklu jest bardziej znośna niż pierwsza, ponieważ w zasadzie przestaje się w niej udawać, że potrzebne jest jakieś wypełnienie, a nie chodzi o to, by zaśpiewać kilka piosenek. Ponieważ – paradoksalnie – to właśnie one najlepiej wypadają w Disco macabre. Dlatego też tak niesprawiedliwe wydaje mi się upchnięcie muzyków poza widokiem, bo to ich praca jest naprawdę jedynym ciekawym elementem tego spektaklu. Nowa aranżacja piosenek discopolowych jest autorstwa Tomasza Lewandowskiego (piano), a wykonuje je zespół pod jego kierownictwem: Paweł Grzesiuk (gitara basowa), Filip Świeży (gitara elektryczna) i Grzegorz Matjas (perkusja). To praca Lewandowskiego stanowi jedyny interesujący i pobudzający do myślenia wymiar tego przedstawienia, ponieważ nagle okazuje się, że trudny do zniesienia idiotyzm disco polo zawdzięcza przede wszystkim topornym aranżacjom muzycznym opartym na denerwującym bicie „umpa, umpa”. Do innych melodii, w innym wykonaniu teksty nie tylko przestają być głupie, ale nagle zyskują jakąś nieoczekiwaną głębię (?), której tak oczekiwał od One Takt Charon. Z zaskoczeniem można odkryć, iż słowa o tym, że „ona tu jest i tańczy dla mnie” wcale nie brzmią gorzej niż te o oczekiwaniach wobec wybranki serca, że „będzie się uśmiechać, będzie liczyć gwiazdy i będzie na niego czekać”, a w zamian ona i tylko ona będzie jego panią, nie mówiąc już o wielu innych współczesnych tekstach popowych. Ale czy nie jest to trochę wbrew zakładanej wymowie całego spektaklu?

Nie można jednak o tym nie napisać: jest w tym przedstawieniu kilka znakomicie wykonanych piosenek. Podaję je w kolejności mojej indywidualnej listy przebojów: Przede wszystkim Paulina Lenart w piosence Shazzy Bierz co chcesz. Lenart stała w tej scenie na wprost mnie, idealnie nieruchoma, prosta jak struna, ze zgiętymi rękoma podniesionymi na wysokość ramion. Ze swoim demonicznym makijażem wyglądała jak jakieś upiorne, starożytne bóstwo, kiedy śpiewała silnym mocnym, wysokim głosem wydobywanym jakby ze ściśniętego gardła, przypominającym pewne etniczne techniki śpiewu. Wrażenie to jeszcze wzmocnione było przez instrument – rodzaj drewnianej piszczałki z dużą banią pośrodku, na którym sobie co jakiś czas przygrywała. Numer dwa to ex equo: drapieżna i mocna Marta Łągiewka w Weselnym klimacie oraz Maciej Sikorski w Białym misiu Bayer Full zaśpiewanym po angielsku w wersji bluesowej (teksty po angielsku zawsze brzmią „inteligentniej”, a tu jeszcze tłumaczenie wyczyściło ten konkretny z ckliwego sentymentalizmu). Trzecie miejsce to zespołowe jazzujące wykonanie Przez oczy twe zielone Akcentu, a piąte (dlatego, że powtórzono tu pomysł wykorzystany już w Małgośce Osieckiej ze spektaklu Kamińskiego) Ona tańczy dla mnie Weekendu, rozpisane na różne stuknięcia, szurnięcia i piski.

Nieoczekiwaną pointę, podważającą trochę wymowę całości narracji, przez którą nas tak pieczołowicie prowadzono, dopisało popremierowe wyjście twórców na scenę. W odpowiedzi na rzęsiste oklaski reżyser Buszko zarządził na bis piosenkę, że życie to są chwile – najbardziej chyba bliską ducha disco polo – i razem ze świetnie bawiącymi się aktorami wykonał cały układ ze skakaniem, machaniem w górze łapkami i innymi dyskotekowo-koncertowymi charakterystycznymi elementami. Kicz jest jednak bardzo pociągający, więc po co udawać, że ma się do niego krytyczno-sarkastyczne podejście? Jedynym wyraźnym efektem Disco macabre jest swoista teatralna nobilitacja przebojów discopolowych, tak dzielnie wyrastających z kultury polskiego ludu. Tylko po co to robić? Z tej współczesnej polskiej muzyki ludowej Nobla na pewno nie będzie.

21-11-2016

 

Teatr Lalek Pleciuga
Piotr Rowicki
Disco macabre
reżyseria: Arkadiusz Buszko
scenografia: Agnieszka Miluniec, Maciej Osmycki
muzyka, aranżacja utworów i przygotowanie wokalne: Tomasz Lewandowski
multimedia: Pani Pawlosky
obsada: Rafał Hajdukiewicz, Dariusz Kamiński, Katarzyna Klimek, Paulina Lenart, Marta Łągiewka, Maciej Sikorski
zespół muzyczny pod kierownictwem Tomasza Lewandowskiego (piano): Paweł Grzesiuk (gitara basowa), Filip Świeży (gitara elektryczna), Grzegorz Majtas (perkusja)
prapremiera: 4.11.2016

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę:
komentarze (2)
  • Użytkownik niezalogowany mla
    mla 2017-02-24   11:16:06
    Cytuj

    a czemuż Pan sądzi, że ktoś się natrząsa z disco polo w tym spektaklu? myślę, że twórcy raczej wyśmiewają krytyków, którzy szukają wartości wyższych w dobrej zabawie. najbardziej "oszukani" i "zwiedzeni" są recenzenci :) odsyłam do wywiadów z twórcą.

  • Użytkownik niezalogowany Maria
    Maria 2016-12-21   11:09:41
    Cytuj

    Bardzo trafna recenzja. Mnie tylko zastanawia, czy autorzy przerobionych piosenek mają świadomość, że na ich bazie powstał spektakl, który z nich szydzi?