AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Opera na niedzielę

Reżyser teatralny, historyk i teoretyk teatru. Profesor na Uniwersytecie Wrocławskim i w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie, absolwent Politechniki Wrocławskiej (1979) oraz Wydziału Reżyserii Dramatu krakowskiej PWST (1986). Publikuje m.in. w „Teatrze” i „Dialogu”.
A A A
 

W ostatnią niedzielę sierpnia dwa tysiące osób oglądało operę Verdiego Rigoletto pod gołym niebem, na tle malowniczego zamku Topacz. Nie widziałem wolnego miejsca na widowni. Słyszałem, że podobnie było wcześniej w piątek i sobotę. W sumie sześć tysięcy ludzi wybrało się pod Wrocław z własnej nieprzymuszonej woli, żeby zobaczyć operę. Choć podczas tego samego weekendu polscy siatkarze rozgramiali kolejnych przeciwników we wrocławskiej Hali Ludowej. Wedle statystyk zamieszczanych na portalu operabase.com Polska mieści się w pierwszej dziesiątce światowego rankingu krajów, w których wystawia się najwięcej oper, a Wrocław wyprzedza wszystkie pozostałe polskie miasta. Wielka w tym zasługa niestrudzonej Ewy Michnik, dyrektorki Opery Wrocławskiej. Michnik to odważna wizjonerka, sprawna menedżerka i wybitna dyrygentka. W niedzielę koncertowo poprowadziła swoją orkiestrę.

Wrocławski Rigoletto nie był może tak dramatyczny i wstrząsający, jak niektóre włoskie czy amerykańskie produkcje, ale zachwycał melodyjnością i wartką narracją muzyczną. Operowi instrumentaliści to artyści najwyższej klasy. Wielkim walorem inscenizacji przed zamkiem Topacz było wyeksponowanie orkiestry. Zdyscyplinowani i perfekcyjni muzycy tworzyli znakomitą ramę dla emocjonalnych popisów śpiewaków. Szczególnie Aleksandry Kubas-Kruk. Śpiewaczka ta obdarzona jest jednym z najpiękniejszych sopranów, jakie zdarzyło mi się w życiu słyszeć. Ma wręcz anielską barwę głosu i zadziwiającą łatwość artykulacji. To wielka artystka, choć wciąż jeszcze bardzo młoda. Jest też wybitną aktorką. Rola Gildy, tragicznie zakochanej córki tytułowego błazna Rigoletta, w kreacji Kubas-Kruk to wspaniały przykład nowoczesnego rozumienia teatru operowego. Żarliwe i wiarygodne emocje artystka wyrażała oszczędnymi i zdyscyplinowanymi, ale też zawsze trafnymi środkami aktorskimi. Nie można było od Gildy oderwać oczu.

Partnerem dorównującym Kubas-Kruk pięknem barwy głosu był tenor Łukasz Gaj. Kiedy mu się chciało. Bo chciało mu się nie zawsze. Do tego poruszał się trochę jak Pinokio i miał zaskakująco martwe oczy. Choć grał wielkiego uwodziciela, księcia Mantui. Przykro było patrzeć. Rola bystrego utracjusza i cynicznego miłośnika damskich wdzięków to wszak znakomity materiał aktorski. Ulubiona partia Luciano Pavarottiego. Gaj w duetach z Kubas-Kruk śpiewał wprawdzie anielsko, ale aktorsko niewiele wyrażał.

Wedle lokalnej gazety na przedstawieniu pokazywanym dwa dni wcześniej w piątek Kubas-Kruk również jako Gilda stworzyła znakomity duet z Vladimirem Chmelem w roli Rigoletta, ojca Gildy. Z programu dowiedziałem się, że Chmel to baryton z Metropolitan Opera w Nowym Jorku. Może dawał radę. W niedzielę Rigoletta w zasadzie nie było. To znaczy po scenie przechadzał się miły pan i wyśpiewał wszystkie nuty, ale tak dużo energii kosztowało go panowanie nad drżeniem własnego głosu, że zapominał, o czym śpiewa. Garbusem nie był. Błaznem też nie. Ani też cynikiem czy postacią tragiczną. Był starszym panem w historycznym kostiumie. Dwa dni wcześniej, w piątek, mogło być inaczej… lepiej.

W niedzielę zabrakło nie tylko Rigoletta. Zapodział się też gdzieś reżyser (adaptację reżyserską spektaklu na dziedzińcu Zamku Topacz przygotował Adam Frontczak - przyp. red.). Z przypadkowej akcji scenicznej zwykle niewiele wynikało. Bez czytania polskich napisów nie dało się tej inscenizacji w ogóle pojąć. Najpierw na scenę weszli panowie w długich skórzanych płaszczach. Potem panie ubrane na biało. Przemieszczali się grupami w różnych kierunkach po podeście. Lekko bez sensu. Bo nic to nie znaczyło. Trudno było zgadnąć, że to scena rozpusty na zamku w Mantui. Powyżej, na pomoście udającym fragment zamku, pojawili się znienacka książę i dworzanin Borsa. Niby plotkowali o kobietach, ale sztywno jakoś, bez poczucia humoru. Kiedy zeszli na dół, puszysta pani w białym kostiumie rzuciła się na podest i zaczęła chodzić na czworakach. Wyczytałem, że to hrabina Ceprano. Tymczasem na pomost wdrapał się hrabia Ceprano, jej mąż. Coś śpiewał. Głos miał wątły. Trzeba było znowu czytać… Nad tym wszystkim wysoko na linie przechadzał się w roli akrobaty Jan Gałek, student AWF-u i miłośnik sportów ekstremalnych, a od niedawna także gwiazda Internetu.

Zamek Topacz jaśniał w tle, jak namalowany. Tymczasem płatny zabójca Sparafucile wjechał na scenę, dosiadając prawdziwego konia. Co może miało wyrażać jego zwierzęcą naturę. Rozpustę Księcia symbolizowało z kolei jeżdżenie po trawniku wokół sceny w luksusowym kabriolecie albo białym rolls-roysie z lat 30. ubiegłego stulecia. Gilda zaś mieszkała w drzewie, jak hobbitka. Co pewnie symbolizowało jej cnotę. I może coś jeszcze? Nie odgadłem. Gilda ubrana była w wyblakłą suknię przypominającą pieluchę. Ktoś w operze nie lubi młodych śpiewaczek? Na szczęście Kubas-Kruk jest zbyt piękną kobietą i zbyt wielką artystką, by ubiór mógł przeszkodzić jej w grze.

Zresztą większość kostiumów była po prostu brzydka, łącznie z tymi skórzanymi płaszczami chóru. Tylko zamek Topacz ładnie się prezentował w kolorowych światłach. Równie dobrze mógł być jednak fototapetą lub malowidłem. Autorzy inscenizacji nie pokusili się o wkomponowanie akcji w zamkową przestrzeń. Poza jeżdżeniem dookoła starymi autami… lub na koniu.

Prapremiera spektaklu odbyła się przed siedmioma laty w gmachu Opery Wrocławskiej. Niektóre elementy oryginalnej scenografii zostały teraz ustawione przed zamkiem Topacz. Być może w zamkniętej przestrzeni wszystko się jakoś tłumaczyło. Być może w pierwotnym zamyśle inscenizatorów miał to być spektakl ascetyczny, aktorski. Ślady takiej interpretacji dostrzegałem we wspaniałych kreacjach wspomnianej już Aleksandry Kubas-Kruk jako Gildy i Anny Bernackiej w roli Magdaleny, siostry płatnego zabójcy i rywalki Gildy do serca księcia. Bernacka, obdarzona mocnym głosem i jasną artykulacją, z dużym talentem proponowała odważne środki aktorskie w duecie z księciem Mantui. Łukasz Gaj, książę z martwą twarzą Bustera Keatona, nie bardzo jednak wiedział, co robić z rękami w namiętnej scenie uwodzenia. A oczy nie zapłonęły mu nawet na chwilę, choć Bernacka naprawdę bardzo się starała go uwieść. No i ten kostium. Ktoś nałożył na Bernacką suknie w dziwacznych kolorach, ani ładne, ani funkcjonalne. Tak sobie pewnie scenograf wyobrażał prostytutkę w czasach dawnych… Ręce opadają.

Obie panie – Kubas-Kruk i Bernacka – zdecydowanie wyróżniały się z całego zespołu talentem aktorskim i siłą ekspresji. Stworzyły role wyraziste i czytelne, zachwycały zarówno muzycznie, jak i aktorsko. Taki był też płatny zabójca Sparafucile. Makariy Pihura zbudował intensywny i wiarygodny portret mrocznego osobnika do wynajęcia. Ze szramą na policzku robił duże wrażenie i potrafił nawet usprawiedliwić swój wjazd na prawdziwym koniu.

Przenoszenie spektaklu z przestrzeni zamkniętej do przestrzeni otwartej, o wyjątkowo wyrazistym charakterze architektonicznym, wymagało chyba bardziej gruntownego przemyślenia całej inscenizacji i być może wprowadzenia zupełnie nowych rozwiązań. Może nawet warto było rozważyć przywrócenie garbatego błazna Rigoletta. Garbus na tle podświetlonego zamku z pewnością prezentowałby się malowniczo i sugerowałby głębsze znaczenia, niż wyrazić mógł zatroskany pan w historycznym kostiumie. W końcu to Verdi mógł mieć rację, proponując garbatego błazna na tytułową rolę w swojej operze.

Można też było przemyśleć usytuowanie akcji w latach 30. XX wieku. Usprawiedliwiłyby się stare auta. Zadania aktorskie stałyby się jaśniejsze. Rigoletto to jedna z najpopularniejszych oper. Wciąż jest wystawiana i najodważniejsze interpretacje często odnoszą największy sukces. Jonathan Miller przeniósł akcję opery w lata 50., w środowisko nowojorskiej mafii. Linda Brovsky do faszystowskich Włoch. Michael Mayer do kasyna w Las Vegas. W Bawarii dwór w Mantui przemienił się z wielkim powodzeniem w… „planetę małp”.

Pomysł wystawienia Rigoletta w Topaczu był rewelacyjny. Naturalna przestrzeń starych budowli nadawała całemu zdarzeniu unikalny nastrój. Przyjemnie się spacerowało wokół świetnie odrestaurowanych budynków. Organizatorzy zadbali o wyszynk. Były stoiska z kawą, rożna i bardziej wysublimowane punkty dokarmiania. Jakimś cudem dopisała też pogoda.

Oficjalna strona internetowa Opery Wrocławskiej zapowiadała inaugurację nowego, 69. sezonu „megawidowiskiem operowym”. W tym samym Internecie można znaleźć pełne nagrania filmowe z wystawień Rigoletta w Mediolanie, Wenecji czy Nowym Jorku. Wrocławska produkcja bardzo ubogo prezentuje się na tle tamtych inscenizacji. Pomijając bezsensowną reżyserię. Całe wydarzenie w Topaczu ratowała znakomita muzyka. Żeby doświadczyć jej piękna, zbyt często trzeba jednak było zamykać oczy. Bo nie należało iść tam w niedzielę… Vladimir Chmel w piątek przypuszczalnie lepiej śpiewał, a także – co zauważyłem na zdjęciu w gazecie – lepiej był ubrany.

Przykro, że wydarzenie tak bardzo udane marketingowo i być może wybitne w piątek, w niedzielę okazało się artystyczną niedoróbką. Bilety tego dnia nie były tańsze…

12-09-0214

Opera Wrocławska
Giuseppe Verdi
Rigoletto
Megawidowisko operowe na Zamku Topacz
libretto: Francesco Maria Piave wg Wiktora Hugo
kierownictwo muzyczne, dyrygent: Ewa Michnik
inscenizacja i reżyseria: Michał Znaniecki
adaptacja reżyserska spektaklu na dziedzińcu Zamku Topacz: Adam Frontczak
przygotowanie chóru: Anna Grabowska-Borys
choreografia: Bożena Klimczak
premiera: 5, 6, 7.09.2014 r.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę:
komentarze (5)
  • Użytkownik niezalogowany meloman
    meloman 2014-09-19   13:11:00
    Cytuj

    Nie wiem jak było w piątek i sobotę ale z tego co pamiętam to przed niedzielnym spektaklem wyczytywana była aktualna obsada, o wkładkach do programu nie wspomnę. Zmian mogło być więcej i co wtedy.....diabeł niestety tkwi w szczegółach. To po pierwsze. Po drugie myślę , że w samej recenzji za dużo złośliwości. Sztuka operowa ma wystarczająco dużo przeciwników a ta recenzja jej nie pomoże. Przykre tym bardziej że pisana przez człowieka ściśle związanego z teatrem......

  • Użytkownik niezalogowany Polo
    Polo 2014-09-17   23:25:29
    Cytuj

    Świetna recenzja! Dawno się tak nie uśmiałem czytając recenzję z przedstawienia operowego! Podziwiam lekkości pióra, inteligentnie podane spostrzeżenia i dowcip autora. Pośpieszę z info o piątkowym spektaklu (sobotni pominąłem - kto zgadnie dlaczego? ;) ). Otóż niestety odtwórca Rigoletta pan Chmel nie był tak dobry jak można byłoby się spodziewać po barytonie z Metropolitan Opera. Być może dopadła go jakaś niedyspozycja... Tak czy inaczej -rozczarowanie. Obu solistów oceniam jednakowo pod względem wokalnym. Dobrze lecz bez fajerwerków. Piątkowy przewagę nad niedzielnym miał, owszem. Nie wyglądał jak przeciętny dworzanin, więc ogólnie wypadł nieco lepiej. Ale tylko nieco... Nawiązując natomiast do zarzutu Melomana: jako Magdalena w niedzielnej obsadzie do dziś na stronie Opery Wrocławskiej figuruje pani Bernacka a nie pani Haras. Nie oburzałbym się więc, bo to zwyczajnie pomyłka czy może niedopatrzenie (niefrasobliwość) ze strony pracowników opery. Potwierdzam natomiast, że obie Magdaleny były równie dobre. Nie mamy obowiązku (nawet jako recenzenci) znać dokładnie twarzy wszystkich solistek. No chyba, że tą solistką jest pani Kubas - tu czynię wyjątek. Gilda genialna!

  • Użytkownik niezalogowany meloman
    meloman 2014-09-15   20:38:16
    Cytuj

    Recenzja recenzji Mirosława Kocura.Wydawać by się mogło iż krytyk z tyloma tytułami przed nazwiskiem zada sobie troszkę trudu i zapozna się z ludźmi librettem opery na którą się wybiera tak się jednak nie stało. Kocur w swojej recenzji myli hrabiego Ceprano z Monterone mała lecz jakże istotna różnica! Nie to jednak razi najbardziej. Wychwalając przez znaczną część recenzji panią Annę Barnacką w roli Magdaleny ( którą notabene również uwielbiam), Kocur nie spostrzegł że w niedzielny wieczór rolę tę kreowała pani Katarzyna Haras! Przykłady te każą zadać pytanie o czym Kocur myślał pisząc tę recenzję?

  • Użytkownik niezalogowany Gosc
    Gosc 2014-09-13   00:27:52
    Cytuj

    Bardzo ciekawy komentarz Trolla: Ale czy to znaczy, ze ta opera w wersji zamierzonej przez P. Znanieckiego inaczej wyglądała? No ale chyba to nie inspicjent wybrał te okropne kostiumy i ubrał bohaterki w kolory spranych dessous? I chyba nie inspicjent puszystej pani kazał sie czołgać na czworakach po podłodze, co było nawet nie śmieszne, bo wręcz żenujace.... Zgadzam sie z Recenzentem, ze muzykai spiew super, ale inscenizacja - śmieszna...

  • Użytkownik niezalogowany złośliwy troll
    złośliwy troll 2014-09-12   13:12:37
    Cytuj

    Tak to jest, gdy przedstawienia przereżyserowują (pardon: adaptują) inspicjenci. Bo reżyser Michał Znaniecki od paru lat jest w Operze Wrocławskiej z jakiegoś tajemniczego powodu persona non grata.