AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Oślepić i ogłuszyć

Historyk teatru, krytyk teatralny i literacki oraz tłumacz książek. Pracowała w Instytucie Sztuki PAN, Ministerstwie Kultury, była redaktorem naczelnym wydawnictwa Egmont. Współpracowała z TVP. Jest stałą współpracownicą Polskiego Radia. Publikowała w czasopismach poświęconych sztuce, literaturze i teatrowi (m.in. w „Dialogu” i „Teatrze”).
A A A
 

Kierowcy Formuły 1 ścigają się ze swoimi konkurentami, ale także – a może przede wszystkim – ścigają się ze sobą. Świat widziany zza kierownicy bolidu jest niesłychanie prosty: albo jest się zwycięzcą, albo przegranym.

Nad zwycięzcą wisi chmura gorzkiej wiedzy, że i on kiedyś będzie musiał przegrać i oddać tytuł. Albo należy się z tym pogodzić, uściskać następcę, a samemu wejść w kapcie domowego ogniska, albo – jak było w wypadku brazylijskiego bohatera narodowego Ayrtona Senny, trzykrotnego mistrza świata Formuły 1 – doprowadzić rzecz do ostateczności, wcisnąć gaz, na ile się tylko da, przedawkować swoją adrenalinę i adrenalinę widzów, i odejść niepokonanym. Są różne rodzaje samobójstw. Są takie, kiedy z poczuciem absolutnej samotności skacze się w przepaść. Ale są i publiczne, kiedy tłumy kibiców strasznie pchają w plecy.

Kompozytor, Dominik Strycharski od dziecka pasjonuje się Formułą 1 prawie jak muzyką, i to on był spiritus movens przedsięwzięcia, które zaczęło się od napisania w 2010 roku przez Roberta Bolesto sztuki Ayrton Senna da Silva, a sfinalizowało 15 grudnia 2013 roku w warszawskim teatrze IMKA premierą w reżyserii Łukasza Kosa. Bierze w nim udział trójka aktorów, tudzież sam Strycharski na żywo jako kompozytor-didżej-improwizator. Przedstawienie trwa zaledwie pięćdziesiąt minut. Wyszłam z niego w stanie absolutnego oszołomienia jak po potrójnej serii elektrowstrząsów.
 
Teatr rządzi się swymi niepisanymi prawami. Jedno z nich stanowi, że widza można obrażać, można mu nawymyślać, urazić jego poczucie wstydu, zamachnąć się na powszechny system wartości, ale nie wolno czynić zamachów na jego fizyczną integralność. Mimo to robił to Kantor, robił i Grabowski, zapamiętano w Warszawie aktora z trupy japońskiej, który przypuścił atak (seksualny?) na kobietę na widowni oraz oblewanie widzów farbą bodaj na spotkaniach Teatrów Narodowych w Krakowie. Sama patrzyłam z zażenowaniem, jak panna, próbująca swych sił w trudnym gatunku stand-up comedy w teatrze Studio, próbuje na chama grzebać w torebkach różnym damom (które ją zresztą skutecznie pogoniły).
 
Histeryczna reżyseria nałożona na również w jakimś stopniu histeryczny, w każdym razie bardzo emocjonalny tekst dała hiperboliczny efekt.Takie rozmyślania naszły mnie po obejrzeniu spektaklu Kosa i Strycharskiego. (O tekście Bolesty, rozdzielonym tu na trzy mikrofony, nie mówię. Jest on pisany jak biały wiersz i wyobrażam sobie, że jakby się uprzeć, to można by z niego wykroić nawet liryczny wieczór poetycki). Nie ma tu mowy o dotykaniu, kontakcie ciała aktora z ciałem widza czy też oblewaniu farbą, wodą, pluciu itp. Niemniej nachalność dźwięku o podwyższonym maksymalnie decybelażu spowodowało, że poczułam się zgwałcona przez uszy. Migocące lub strzelające prosto w twarz lampy powodowały, że opuszczałam oczy, nie mogąc patrzeć na scenę. Nie widziałam dobrze statycznych, acz rozedrganych aktorów, bo co i raz fizycznie uniemożliwiano mi patrzenie na nich. Nie słyszałam niektórych kwestii, bo muzyka Strycharskiego, mająca chyba być emocjonalno-technologicznym ekwiwalentem atmosfery wyścigów Formuły 1, skutecznie je zagłuszała. Co dziwne, owa łomocąca, ciężko przestrojona fonosfera paradoksalnie miała – prócz ogłuszającego – także efekt usypiający i oszałamiający. Do efektu rozpraszania uwagi przyczyniały się też „brudne”, rozmazane projekcje z toru puszczane na dolnym piętrze estrado-trybuny, skąd recytowali dramat ubrani w sportowe stroje Joanna Niemirska, Michał Bieliński i Marek Kossakowski. Słyszałam w radiu, jak Łukasz Kos mówił, że chciał urządzić swoisty seans spirytystyczny. Na ogół seanse wywoływania duchów, szalenie modne w latach 30. XX wieku, urządzano w najwyższym skupieniu. Tu było wszystko tylko nie skupienie: histeryczna reżyseria nałożona na również w jakimś stopniu histeryczny, w każdym razie bardzo emocjonalny tekst dała hiperboliczny efekt.

Po wyjściu z teatru uruchomił mi się nader nieprzyjemny ciąg skojarzeń. Przypomniało mi się, że przy przesłuchaniach bezpieki do rytuałów należało świecenie mocną lampą w oczy więźniów. Jeżeli już jesteśmy przy przesłuchaniach, to do repertuaru tortur stosowanych przez CIA wobec schwytanych terrorystów należało nie tylko podtapianie (jeszcze tego tylko by brakowało, choć w końcu rzecz się dzieje na terenie byłego basenu), ale też uporczywe dręczenie dźwiękiem i światłem. Wszystkie te zabiegi miały na celu złamanie człowieka, pozbawienie go osobowości, zmuszenie do podległości. Zastanawiam się, dla kogo jest przeznaczone to przedstawienie. Czemu służą aż tak przerysowane, dręczące fizycznie i psychicznie efekty? Może wyłącznie dla bywalców dyskotek i klubów, gdzie od decybeli drżą ściany i podłoga, a stroboskopowe światło otumania i obezwładnia jak pigułka gwałtu? Dla swoiście „uzależnionych”? Wobec tego może trzeba zaznaczyć to na afiszu; tak jak się pisze: „dla dzieci od lat pięciu”, to może: „dla widzów do lat trzydziestu”?

Dużo chodzę do teatru, dużo w życiu widziałam, moim największym wrogiem od wielu już lat jest nuda, bezmyślność, brak gustu, umiaru i poczucia celu wytwarzania takiej, a nie innej sztuki. Ale nudą trudno człowieka zgwałcić, najwyżej się popłacze od ziewania i zdrętwieją mu półdupki. W IMCE mi ten gwałt zadano i to w imię patetycznego odwołania do zmarłego tragicznie, rozbitego o beton Człowieka-Legendy, skądinąd fascynującego przypadku sportowca ekstremalnego, artysty sportów motorowych tańczącego bolidem na torze na granicy przyczepności, arcytalentu danego od Boga, być może największego kierowcy wszech czasów, uzależnionego od wygrywania jak alkoholik od flaszki czy narkoman od strzykawki.

Historia naszych czasów jest także historią sportów ekstremalnych. W latach 80. reprezentowała je Wanda Rutkiewicz, Jerzy Kukuczka, a nawet – wszystkie proporcje mając na uwadze – Władysław Kozakiewicz. Oni wszyscy chcieli, żeby było wyżej. Z wysoka ma się lepszy widok, a nawet można pokazać taki gest, jaki zrobił zwycięzca Olimpiady w Moskwie. Dzisiaj z trzech olimpijskich przysłówków – wyżej, szybciej, mocniej – wybraliśmy szybkość. A szybkość ma to do siebie, że jest zabójcza, jest swoim własnym zatraceniem.

20-12-2013

 

Teatr IMKA w Warszawie
Roberto Bolesta
Ayrton Senna da Silva
reżyseria: Łukasz Kos
kompozytor: Dominik Strycharski
scenografia: Paweł Walicki
obsada: Michał Bieliński, Marek Kossakowski, Joanna Niemirska, Dominik Strycharski
premiera: 15.12.2013

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany Aga
    Aga 2014-07-26   22:59:53
    Cytuj

    Byłam 2 razy na Ayrton Senna da Silva. Naprawdę znakomity spektakl.