AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Paralaksa

Teatr Polski w Poznaniu, X Metafory Rzeczywistości
Doktor nauk o komunikacji i poznaniu, adiunkt w Zakładzie Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autorka i współautorka książek i artykułów wydanych w Polsce i za granicą. Współprowadząca grupy „Performances in Public Spaces” w ramach International Federation for Theatre Research.
A A A
 

Plakat jubileuszowych, dziesiątych już Metafor Rzeczywistości – konkursu na dramat oraz (od tego roku) sceniczną formę muzyczną organizowanego przez Teatr Polski w Poznaniu, przedstawia zarys kobiecej twarzy z wpół otwartymi ustami i czołem oraz oczami zasłoniętymi ni to chustą, ni to zaczesanymi na bok włosami. Usta ułożone są do krzyku – bezgłośnego, dla nas niesłyszalnego.

Obraz jest czarno-biały i dość uproszczony, jednak tkwi w nim pewna siła. Tematem przewodnim tegorocznego konkursu był znów anglojęzyczny slogan: „Where is my vote?” dopełniony polskim „Gdzie jest mój głos?” Choć temat sformułowany jest w liczbie pojedynczej, w tekście programowym mówi się jednak o jakiejś wspólnocie „niemych” – takich jak twarz z plakatu. „«Gdzie jest mój głos?» – pytają ci, którym głos odebrano, ci, których nie dopuszcza się do głosu, ci, których głosu już nikt nie usłyszy. Jak sprawić, żeby ich głos był słyszalny? Nasz głos? Lista «niemych» tego świata jest długa, a każdego dnia dołączają do niej nowe jednostki, grupy, narody. Słuchanie, dialog nie jest w cenie”. Przywołałam ten długi cytat z wypowiedzi programowej, ponieważ, jak rozumiem, miał on być swego rodzaju drogowskazem zarówno dla autorów, jak i jurorów wybierających finałową piątkę przeznaczoną do prezentacji przed widzami. Jak na ironię teksty zaprezentowane w finale potwierdziły opinię z ostatniego zdania cytatu. Nie tylko w świecie, ale także w polskiej (przynajmniej tej konkursowej) dramaturgii dialog nie jest w cenie. Dwa z dramatów są zbudowane wyłącznie z monologów postaci, które co najwyżej inscenizacyjnymi zabiegami można rozłożyć na równoległe głosy nie wchodzące ze sobą na żadnym poziomie w dialog (Dni powszednie Alicji Łukasik, Jak uratować świat Jacka Kozłowskiego). Jeden składał się z monologów oraz wymian kwestii postaci, które jednak na poziomie znaczenia trudno nazwać dialogiem – choć ten zabieg był tu świadomym środkiem wyrazu (Sleeping Beauty Małgorzaty Lech). W podobny sposób wypowiedzi postaci zostały potraktowane w 3 mm Adrianny Alksnin, choć tam przy ich pomocy ukazana jest raczej niemożliwość dialogu. Jeden dramat był co prawda złożony z dialogów, lecz one są nic nieznaczącymi wymianami zdań albo też wypowiedziami jakby żywcem zaczerpniętymi z forumowo-gazetowych frazesów (Hajduki Andrzeja Błażewicza).

Plakat oraz temat konkursu, na który w tym roku nadeszło ponad sto zgłoszeń, w kontekście wydarzeń z rzeczywistości z przestrzeni ostatniego roku (Czarnych Protestów, będący reakcją na wypowiedzi Trumpa Women’s March, dla którego hymnem stała się piosenka I Can’t Keep Quiet, akcji #MeToo czy Ujawnij swojego wieprza) może dawać wrażenie, iż to kobiety są podmiotem, którego głos powinien być słyszalny. Skład finałowej piątki, przeznaczonej do czytań performatywnych, jeszcze to poczucie wzmacniał, trzy teksty zostały napisane przez dramaturżki i przedstawiały różne, choć na pewnym poziomie powiązane, doświadczenia kobiece. Ponieważ tak się utarło (i przetrzeć się nadal nie może), że to co „kobiece” jest indywidualne i partykularne, a uniwersalne jest to, co „męskie”, dość wyraźnie zaznaczyło się to w odrębności i odmienności postrzegania tegorocznego tematu konkursu przez autorki i autorów. Dwuznaczność polskiego fragmentu tytułu dotycząca „głosu” ukierunkowana została oraz w pewnym sensie dookreślona przez jego część angielską: vote – to przecież tyle co „głos” oddany w głosowaniu. To dodawało tematowi zabierania/udzielania głosu zdecydowanego akcentu politycznego rozumianego jako komentarz do aktualnej sytuacji zarówno w Polsce, jak i na świecie. Tym tropem – wyborów politycznych, jakich dokonuje się przez akt głosowania – poszedł autor Hajduków, który zresztą równocześnie hasło „mój głos” potraktował bardzo dosłownie i osobiście, nazywając głównego bohatera Andrzej Błażewicz. To on tkwi między trzema w zasadzie światami: małego dolnośląskiego miasteczka, gdzie mieszka jego rodzina, artystowsko-studenckiego towarzystwa w Krakowie oraz rzeczywistości wirtualnej, w której odbywa dyskusje dotyczące „współczesnej Polski”. Autor korzysta tu z podobnego zabiegu, co zdobywczyni ubiegłorocznej nagrody jury społecznego, Alina Moś-Kerger w Porze suchej, porze deszczowej: wprowadza symetrię w prezentację obu stron zdefiniowanego przez siebie konfliktu politycznego. Problem polega jednak na tym, że taka zerojedynkowa symetria (w nienawiści, poglądach, sposobach życia) trochę zbytnio upraszcza świat, od którego autor-bohater oczekuje jakiejś „trzeciej drogi”. Brak jego własnych poglądów znakomicie oddaje fragment tekstu, który jest forumową dyskusją z internetowym znajomym (pisownia oryginalna). „Andrzej: ok nigdy nie slyszalem o polskiej rasie. Ja po prostu nie moge zrozumiec dlaczego odbieramy komus prawo do bycia Polakiem za to ze urodzil sie tutaj a jego ojcem jest czarnoskory, matka biala (ale to pewnie jest glupia szmata) ja nie jestem za multikulti ale kurde, dlaczego on ma 'wypierdalac'? Marcin: Ja nie mówiłem nic o jego matce! Luźno! Stary dyskutujmy na poziomie! Nie odbieram mu prawa bo nigdy go nie miał! I nie bój się słowa „murzyn” lub „czarny”. Bakteria poprawności... Wiesz o czym mówię  I nie mówię że ma wypierdalać teraz! Jeżeli w Afryce nie ma edukacji to niech tu się wyedukuje! Założy firmę, przeprowadzi się do Afryki i prowadzi jakąś zajebistą firmę i handluje z Polską. Niech odwiedza nas co wakacje i niech ma tu wielu przyjaciół. Ale niech nie bierze sobie za żonę polki i niech nie stara się tu budować swojej przyszłości. Nasze rasy do siebie nie pasują a Polska to kraj o zbyt cennej historii, tradycji, kulturze żeby to zmieniać po ponad 1000 lat istnienia państwa Polskiego”. Temu dwubiegunowemu światu bohater stara się przeciwstawić, rozbijając namiot w miejscu spotkania marszy niepodległościowych i obu stronom rzucając: nienawidzę! Rozumiem taki gest odreagowania, tylko niewiele z niego wynika, samo zastąpienie jedzenia wege kotletem schabowym w dwóch wersjach tej samej opowieści nie jest wystarczającym argumentem za równoważnym obrazem „podzielonej” Polski. W tekście Błażewicza występują dwadzieścia dwie postacie. W czytaniu udział wzięło siedmioro aktorów, co trochę utrudniło zorientowanie się, kiedy mamy do czynienia z ojcem, a kiedy z wujkiem. Dwubiegunowość świata przedstawionego została oddana za pomocą dwóch miejsc: stołu jako domu rodzinnego i kilku foteli teatralnych jako „świata równoległego”, znajdujących się w przeciwnych końcach foyer pierwszego piętra.

O ile jeszcze „głos” Błażewicza był jakąś niezbyt może wyrafinowaną próbą określenia się wobec rzeczywistości, o tyle „własny głos” Kozłowskiego to jakieś przelanie się strumienia świadomości poza granice koryta (river bed – by uściślić w duchu konkursowym) jego własnej osoby. Pozwalam sobie na taką bezceremonialność w stosunku do autora, ponieważ musi mieć on wyrafinowane poczucie humoru, pisze wszak stand-upy i ich bohaterów (realnie istniejące osoby) traktuje w swojej działalności o wiele dosadniej. Po raz kolejny (po ubiegłorocznych Metaforach) obcując z jego tekstem, doszłam do wniosku, że nie w każdy głos warto się wsłuchiwać. Jak bumerang po rocznej przerwie wróciło do mnie także pytanie: jaki poziom prezentowały pozostałe teksty, skoro akurat te znalazły się w finale konkursu? Nie udało mi się u organizatora uzyskać wyjaśnienia, czy wszyscy jurorzy czytają wszystkie dramaty, czy może każdy z nich ma przydzieloną pulę i spośród niej wybiera swój finałowy tekst (jest pięcioro jurorów i tyleż prezentacji w finale). To tłumaczyłoby, nazwijmy to, różnorodność tekstów, których performatywne czytania w ciągu dwóch dni można było zobaczyć w Teatrze Polskim.

Jak uratować świat to trzy minimonodramy w wykonaniu Przemysława Chojęty, który kolejno pojawia się jako Michel Houellebecq, aktorka grająca Elfriede Jelinek oraz Robin Williams. Pierwsza ze scen z francuskim pisarzem była po prostu średnio śmieszną żonglerką nazwiskami, motywami i kontekstami mającą sprawiać wrażenie, że autor ze swadą i swobodą porusza się po świecie współczesnej kultury. Chcąc ośmieszyć Houellebecqa, przywołuje porównania, które budzą mój co najmniej niesmak.

„Przez chwilę czuję się na świecie tak przytłoczony i samotny, że – żeby poprawić sobie humor – przeglądam listę poległych w obozach koncentracyjnych. Ale czy można porównywać te dwa rodzaje bólu? Oni jednak umierali razem, a ja siedzę tutaj w mieszkaniu biedny i sam jak paluszek. (...) Przez chwilę czuję się na świecie tak przytłoczony i samotny, że – żeby poprawić sobie humor – sięgam po książki o zbrodni w Jedwabnem. Ale czy można porównać te dwa rodzaje bólu? Oni przynajmniej umierali w cieple, a z mojej duszy od lat wieje chłodek. (...) Przez chwilę poczułem się na świecie tak przytłoczony i samotny, że – żeby poprawić sobie humor – sięgnąłem po album ilustrowany o zamachu na World Trade Center. Ale czy można porównywać te dwa rodzaje bólu? Ja od lat stąpam twardo po ziemi, a oni przed śmiercią mogli sobie chociaż beztrosko pofruwać”. Jednak kiedy autor zaczyna część poświęconą Jelinek, robi się po prostu obrzydliwie:

„Angelina Jolie będzie za mnie sprzątać, gdyż uważam, że po Hitlerze żaden Austriak nie ma moralnego prawa sprzątać w Austrii. Angelina Jolie będzie za mnie chodzić do śmietnika, gdyż uważam, że po Hitlerze żaden Austriak nie ma moralnego prawa do segregacji śmieci. Angelina Jolie będzie za mnie myć podłogi, gdyż uważam, że po Hitlerze wszelka aktywność ruchowa Austriaków kojarzy się automatycznie z Olimpiadą w trzydziestym szóstym [która nota bene odbyła się w Berlinie, dwa lata przed Anschlussem Austrii – J.O]. Angelina Jolie będzie za mnie prowadzić samochód, gdyż uważam, że po Hitlerze żaden Austriak nie ma moralnego prawa skręcać w prawo. Wreszcie, Angelina Jolie będzie za mnie oglądać Wiadomości, gdyż uważam, że po Hitlerze na wszelki wypadek nie należy wkurzać Austriaków! Zobaczymy, czy Angelina ma talent, może nawet ją namówię, żeby coś za mnie napisała? Na starość skłaniam się do tezy, że Austriacy nie powinni już po Hitlerze tworzyć literatury.

Nie byłoby dobrej zmiany, gdybym nie znalazła dla siebie dobrego psychologa, starego profesora Szkoły Samorozwoju oddział w Sztutowie i Trenera Uważności odział w Treblince oraz certyfikowanego coacha afiliowanego przy Auschwitz Birkenau.  Pewnego dnia zaczął przyjmować w piwnicy naprzeciwko. Wiedzieli Państwo, że niewyłapani przez aliantów naziści, ukrywając się przed światem, założyli szkołę psychologii behawioralnej?

Byłam po tej rozmowie w malutkim dołku, ale mój anioł dobrej zmiany, trener rozwoju relacji interpersonalnych w Gestapo, terapeuta par jednopłciowych w III Rzeszy i mistrz medytacji nad antysemityzmem zażartował, że w dołku to wyląduję dopiero po zaordynowanej przez niego bezterminowej głodówce”.

Podczas prezentacji, na której byłam, jedynie autor co jakiś czas kwiczał ze śmiechu, reszta widzów sprawiała wrażenie raczej zażenowanych. Wiem jednak, że było i takie czytanie, na którym widzowie śmiali się często i gęsto. Zdaje się, iż członkowie jury społecznego należeli właśnie do tej kategorii widzów, ponieważ nagrodzili tekst Kozłowskiego swoją nagrodą „za docenienie problemów” (jakich? – już nie zdradzili). Wydaje mi się, iż wysyp w ostatnich latach konkursów dramaturgicznych spowodował, że coraz więcej osób poczuło, iż może pisać dramaty i zawsze, bez względu na ich jakość, znajdą się takie miejsca, gdzie jakąś nagrodę zgarną.

Trzy teksty „kobiece” układały się w pewnego rodzaju całość. Sleeping Beauty sprawiała wrażenie, iż ma dość mało wspólnego z tematem tegorocznego konkursu, wyglądała raczej na pozostałość po innym konkursie – na tekst teatralny poświęcony Violetcie Villas. Być może chodziło o to, by dać zmarłej piosenkarce przemówić „własnym głosem”, lecz w takim razie w temacie konkursu mieściłby się w zasadzie niemal każdy tekst. O ile pozostałe inscenizacje były raczej skromne i dość minimalistyczne, sprawujący „opiekę reżyserską” nad tekstem Małgorzaty Lach Rafał Szumski postawił na oddanie rozmachu i blichtru, z jakim kojarzy się życie Villas. Można było w tym tekście odnaleźć jakąś skromną próbę analitycznego przyjrzenia się postaci gwiazdy, lecz utonęło to w rozbuchaniu (jak na czytanie sceniczne oczywiście) inscenizacyjnym.

Natomiast nagrodzony przez główne jury tekst Dni powszednie sprawia wrażenie, jakby był współczesną wersją losu Villas – dziewczyny, która pochodząc z małego miasteczka, pragnie innego życia: „w stolicy i dużym mieście”. Przypłaca to jednak depresją i pobytem w szpitalu psychiatrycznym. Chwilami ta opowieść zapisana na „dowolną liczbę czytających” (a tu przedstawiona przez trzy aktorki) była rzeczywiście poruszająca, jednak nie wychodziła zbyt mocno poza stereotypowe postrzeganie „życia w wielkim mieście”.

Ostatni z tekstów – niedostrzeżony w żadnym z werdyktów, moim jednak zdaniem najciekawszy z tegorocznej edycji – 3 mm to mogłaby być wersja życia tej samej dziewczyny, gdyby pozostała w małym mieście i próbowała żyć zgodnie z panującymi tam zasadami. Interesująco wypadła warstwa językowa tej historii, której bohaterami są on, ona – świeżo poślubieni oraz jego matka. Postacie mówią słowami, które nie są ich, są gotowymi receptami na życie powtarzanymi z pokolenia na pokolenie, określającymi role poszczególnych osób w rodzinie. Ta historia mogłaby się toczyć gładko, gdyby nie nagłe zakłócenie „naturalnej kolei rzeczy”: potomek, syn, wnuk, na którego przybycie wszyscy czekali, nieoczekiwanie jako tytułowy 3 milimetrowy skrzep został poroniony. To traumatyczne wydarzenie staje się dla bohaterki początkiem zadawania sobie pytań o siebie samą. Otoczenie nie chce jej jednak dać czasu na wyjście z traumy po poronieniu, tylko domaga się, by natychmiast dała kolejnego potomka. Kiedy Maria tego nie chce – a mowa jest o miesiącu od poronienia – mąż ją gwałci, w wyniku czego rzeczywiście zachodzi w ciążę. Teraz – inaczej niż za pierwszym razem – odbiera ją jednak jako obce ciało w sobie. Próbuje popełnić samobójstwo, lecz zostaje odratowana. Zostają z nią także pytania o to, kim jest, jakie ma obowiązki wobec samej siebie i wobec innych. Dla mnie był to bardzo dobry tekst poruszający problem dotąd nieobecny w polskim teatrze: oddanie głosu kobiecie, która chce – sama z siebie – tego, czego oczekuje od niej patriarchalne społeczeństwo, ale i tak zostaje potępiona za to, że chce wpasować się w gotowe wyobrażenia o roli matki na swój własny sposób, w swoim własnym tempie. Jak mogłam się przekonać, z męskiego punktu widzenia tematyka tego, jak być matką i pozbierać się po poronieniu, niczym nie różni się od tej, która była poruszana w Kwaśnym mleku Maliny Prześlugi (dzieciobójstwo) czy Zażynkach Anny Wakulik (aborcja) – oba teksty były nagrodzone wcześniej na Metaforach Rzeczywistości. W ten sposób moi koledzy dziennikarze dowiedli, że postacie z dramatu Alksnin, które stawiają znak równości między poronieniem a aborcją nie są aż tak oderwane od rzeczywistości. Prosta inscenizacja Małgorzaty Głuchowskiej wydobywała znakomicie walory tego tekstu. Dla mnie osobiście był to najlepszy tekst (oraz jego czytanie) tegorocznych Metafor. Może to będzie skromną nagrodą pocieszenia dla autorki. Jury dziennikarskie postanowiło bowiem nie przyznawać żadnej nagrody, a będące w jego gestii pieniądze przekazać na „pozbawionych głosu” braci mniejszych –  schronisko dla zwierząt.

W konkursie po raz pierwszy wystawiono także „sceniczną formę muzyczną”. Od początku niekwestionowanym faworytem była Ofelia Jerzego Fryderyka Wojciechowskiego – po prostu była jedynym tekstem w finale. Jury muzyczne poradziło sobie jednak z tym fantem i wszystkie nagrody przekazało Ofelii, którą teraz będzie można oglądać na scenie Teatru Wielkiego.

Na plakacie konkursu jego nazwa: Metafory Rzeczywistości wydrukowana jest jak w lustrzanym odbiciu. Cały czas ciekawiło mnie, czyż tegoroczne dramatyczne „metafory rzeczywistości” miały być niczym stendhalowskie zwierciadło? Jeśli tak, to – przynajmniej ja – miałam wrażenie, że obserwując obrazy wywoływane przez teksty, mam do czynienia z efektem paralaksy.

15-11-2017

Teatr Polski w Poznaniu, X Metafory Rzeczywistości

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę: