AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Patriotyzm na karnawałowo

Gniazdo, reż. Agnieszka Mielcarek, Teatr im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie
Profesor Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, doktor habilitowany. Teatrolog, kulturoznawca, performatyk, kierownik Zakładu Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autor, redaktor, współredaktor książek z zakresu historii teatru i teatru współczesnego, twórca wielu artykułów opublikowanych w Polsce (m.in. w „Teatrze” i „Dialogu”), a także za granicą.
A A A
Fot. Dawid Stube  

Zniżanie Wielkiej Historii do świata pojęć maluczkich, familiarne traktowanie Wielkich Narracji, groteskowe wykrzywianie portretów Wielkich Postaci, przykrawanie ich do normalnej ludzkiej miary – wszytko to mieści się w karnawałowym porządku, gdzie góruje dół, a górnolotność jest nietaktem. Takie są odwieczne tęsknoty zwykłych ludzi, którzy nie wytrzymują długotrwałego ciśnienia wysokich tonów, bo poruszają się w zwykłej, codziennej, niskiej strefie istnienia.

Jak wyglądał codzienny, dziesięcioletni znój wojny trojańskiej na dardanelskiej równinie, zanim został doszczętnie zmitologizowany i umieszczony w zaczarowanej krainie ludzkich marzeń, wyobrażeń, tęsknot, uniesień, ambicji? I czy wojna trojańska z greckiego mitu ma coś wspólnego z historyczną prawdą? Kto tak naprawdę wykarmił maleńkich Romulusa i Remusa? A jeśli oni w ogóle istnieli, to jakie były ich prawdziwe losy?

Na promie łączącym Reggio di Calabria z sycylijską Messyną znalazłem kiedyś mapkę Morza Śródziemnego z wytyczoną na niej trasą wędrówki Odysa. Sycylia była Scyllą, Kalabria Charybdą, a maltańska wyspa Gozo – mityczną Ogygią, na której nimfa Kalipso przez bite siedem lat przyniewalała trojańskiego bohatera do pozostania z nią w jej raju. I wszystko się zgadzało: współczesna, kartograficznie poprawna mapa łączyła się bez problemów z mityczną narracją.

Cóż, mitologizowanie dziejów jest odwieczną ludzką praktyką, a ich demitologizacja takąż ludzką tęsknotą.

Co można zmitologizować i zdemitologizować w pierwszej stolicy państwa polskiego – Gnieźnie? Oczywiście mit założycielski państwa polskiego – legendę o trzech słowiańskich braciach, ich wędrówce, rozstaniu, o orlim gnieździe… Jak to zrobić, żeby nikogo nie urazić, a pomimo to zadowolić demitologizacyjne tęsknoty współczesnych gnieźnianek i gnieźnian? Jest to zadanie bardzo trudne. A jednak autorce dramatu pt. Gniazdo, Marii Wojtyszko, i reżyserce tego tekstu na deskach Teatru im. Fredry Agnieszce Mielcarek ta sztuka – śmiem twierdzić – się udała. Autorka przybliżyła założycielsko-państwowy mit do naszego świata pojęć, a reżyserka odwołała się do groteskowo-parodystycznej konwencji gry ze stereotypami, nie raz, nie dwa zniżając akcję spektaklu ku sferze karnawałowego „dołu”.

Scalający narrację konferansjer – Orzeł (Wojciech Kalinowski) swym wyglądem wystylizowany jest na bezdomnego w wiosenno-letnim wcieleniu. Jego kostium to czerwone bokserki ze srebrnym zadkiem, czarna peleryna i biały podkoszulek z długim rękawem – kiedy Orzeł wpada w narratorską ekstazę, zawzięcie macha białymi rękawami. Takie są jego wysokie loty, podkreślane waleniem w pokaźny gong, którym nie waha się ekspresyjnie posłużyć. Jego strefą działania są przede wszystkim boki balkonu. Stamtąd właśnie – z góry – patrzy na wszystkich bohaterów branej przez siebie w nawias historii, bezlitośnie ich wykpiwając. Niczym śmieszny, acz mocno diaboliczny Konferansjer Joela Greya z Kabaretu Boba Fosse’a zapowiada, dopowiada, wtrąca się i ustawia sceniczne wypadki we właściwym narracyjnym porządku. Kalinowski gra brawurowo, ocierając się o kicz, a jednak nie przekraczając, moim zdaniem, niewidzialnej granicy tej nader przyjemnej krainy, gdzie króluje nieśmiertelny zachód słońca i jeleń na rykowisku.

Po prześmiewczo-patetycznym występie Orła-konferansjera zapoznajemy się z normalną rodzinką, taką jakby polsko-słowiańską, gdzieś z okolic dawnego pegeeru, z trzema mitologicznymi braćmi i siostrą – wziętą z innej legendy niejaką Wandą (Anna Pijanowska), ubraną w ludowo-krakowski kubrak. Rus (Maciej Hązła) to pokaźny, najprawdopodobniej mocno napakowany facet w obszernej złocistej szacie i ciężkich buciorach, pazerny na władzę i ziemię, ale w gruncie rzeczy poczciwy; Czech (Karol Kadłubiec) to taki normalny chłopak w czerwonej koszulce i dżinsach. Z kolei wysublimowany duchowo i bujający często w obłokach Lech (Paweł Dobek) ubrany jest w białe giezłeczko i takież spodnie, a na plecach nosi czerwony worek żeglarski.

Rodzince kończy się zapas żywności – zjedzone są już ostatnie buraki (ktoś marzy jeszcze, że zrobi z nich… szarlotkę, a tu nic z tego!). Na scenie pojawia się personifikacja tego stanu rzeczy – Bieda we własnej osobie (Martyna Rozwadowska). Z jej wejściem ujawnia się oczom widzów drugi plan sceny, odsłaniając… drugą widownię, tyle że bardziej stadionową niż teatralną: dwa sektory plastikowych niebieskich fotelików – czytelne nawiązanie do współczesnej, ziejącej patriotyzmem strefy kibica.

Do kompanii tymczasem dołącza Popiel (Sebastian Perdek), podkreślając swą przynależność do wyższego stanu rycerskiego, usprawiedliwiającą jego pretensje do bycia władcą królestwa, o którym wszyscy rozmawiają, usiłując dookreślić jego charakter i terytorium.

W międzyczasie, jakby mało było nieszczęść, nawiedzoną przez Biedę familię atakują ćmoki. Co to za stworzenia? Tego nie wiemy, bo nie są nam pokazane, ale to chyba coś zbliżonego do paskudy, Smętka, wijuna, latawicy lub innych domowych, leśnych i bagiennych diabło-potworków (może nie tak strasznych jak zombie, ale na co dzień dolegliwych), które można napotkać w polskich baśniach i legendach, no i w licznych książkowo-filmowo-cyfrowych narracjach traktujących o przygodach Wiedźmina.

Po ataku ćmoków z góry, zza krzesełek, wychodzi biała postać. To Diwa-kapłanka Światowida (ponownie Martyna Rozwadowska). Jej szaty są zwiewne i rozległe, z lekka „firanowate”, na jej głowie tkwi zaś obszerny czepiec. Jej prorocza mowa traktuje o przyszłym królestwie Lecha założonym na bagnach.

Panoszenie się Popiela samozwańca zostanie w końcu utemperowane przez niezawodne myszy, w które zamieni się jak zawsze lojalna Bieda. Stadionowa widownia zostanie zasłonięta przez ekran, na którym wyroją się setki gryzoni, kończąc marsz Popiela uzurpatora ku absolutnej władzy. (Poprzednie zasłonięcie stadionowych sektorów nastąpiło, gdy budowano drewniane grodziszcze – Gniezno, a może Kruszwicę, tego nie wiemy, ale to mało istotne. Po prostu ekran opadł, a na nim pojawił się obrazek przypominający zrekonstruowany Biskupin. I tak oto pierwszy polski gród został wzniesiony wśród pól, lasów i bagien.)

Zanim jednak Popiel zostanie samozwańczym władcą, powstać musi w końcu to jego królestwo. Mozół jego bliższego określania bierze na siebie oczywiście idealista Lech, który przy pomocy Orła wymyśla nazwę narodu – Polacy, wychwalając pod niebiosa swych współplemieńców (czyni to trochę na wyrost, ale można go od biedy usprawiedliwić – jest przecież szlachetny i naiwny).

Gdy wredny król uzurpator już zdrowo sobie nagrabi, pada hasło „obalić Popiela”. Lech zbroi się, ćwicząc pompki. Nie musi się jednak aż tak wysilać, „Bieda-myszy” doskonale wyręczają go w dziele zemsty za krzywdy rodzącego się w bólach narodu.

Od rodziny odłącza się tymczasem Rus, marząc o rozległych równinach na wschodzie, Czech natomiast wciąż uparcie podkreśla swoją tęsknotę za morzem – śmieszną, bo przecież wiemy, że nigdy nie zostanie „skonsumowana”. W końcu Czech z rezygnacją stwierdza, że góry to też jest jakaś tam wartość i podąża na południe.

I tak dalej, i tym podobne. Zręcznemu żonglowaniu mitycznymi motywami w wykonaniu Marii Wojtyszko towarzyszy równie zręczna żonglerka kabaretowo-teatralnymi konwencjami oraz chwytami inscenizacyjnymi autorstwa Agnieszki Mielcarek. Ukoronowaniem tej zabawy jest wyrośnięcie na scenie palmy i bynajmniej nie polsko-bagienne, lecz florydzko-bahamskie harce z nadmuchanym delfinem. Otrzymana w ten sposób sceniczna mikstura jest całkiem lekkostrawna, po karnawałowemu ciążąca ku dołowi, lecz w dobrym stylu, który nie osuwa się w jakowyś kicz – pseudotelewizyjny lub „jutuberski” (nie wiadomo, co gorsze). Widownia, także najmłodsza jej część, podochocona obniżeniem tonu i wyjściem ku jej światowi pojęć, bawi się całkiem dobrze, tyle że wszyscy przeczuwają, iż na koniec musi przyjść pora na jakąś w miarę poważną konkluzję. I takowa zostaje wyartykułowana w duchu internacjonalizmu i ogólnoludzkich wartości: być dobrym Polakiem to znaczy przede wszystkim być dobrym człowiekiem (o Polkach nic nie ma, mam nadzieję, że to li tylko taki semantyczny skrót). Kończy się to wszystko potężnym uderzeniem niezawodnego Orła w gong.

Tyle że te dwa sektory niebieskich krzesełek pozostają niewzruszone i spokojnie tkwią sobie na scenie pomimo kilkakrotnego ich zasłaniania, pomimo groteskowych wykrzywień orła, szlachetnych rojeń Lecha, pięknych proroctw kapłanki oraz uspokajającej konkluzji. Bo są, bo wznoszą się tu i ówdzie, właściwie wszędzie. Są faktem, nie sposób i nie wolno ich ignorować – trzeba aktualną wymowę ich wszechobecności czynić przedmiotem debaty, negować ją, zmieniać. Bardzo dobrze się stało, że Agnieszka Mielcarek umieściła je na całej wysokości gnieźnieńskiej sceny i nie dała ich usunąć w trakcie końcowych koncyliacyjnych stwierdzeń, równających „dobropolskość” z „dobroludzkością”.

27-07-2016

 

Teatr im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie
Maria Wojtyszko
Gniazdo
reżyseria: Agnieszka Mielcarek
scenografia i kostiumy: Mirek Kaczmarek
choreografia: Aneta Jankowska
muzyka: Patrycja Hefczyńska
animacje: Aleksandra Śnieżek-Markiewicz
asystentka scenografa i współautorka kostiumów: Marta Śniosek-Masacz
obsada: Paweł Dobek, Karol Kadłubiec (gościnnie), Maciej Hązła, Anna Pijanowska, Sebastian Perdek (gościnnie), Wojciech Kalinowski, Martyna Rozwadowska
premiera: 29.05.2016

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: