AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Paulo Coelho

Z miłości, Waldemar Zawodziński, Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi
Pracownik Instytutu Kultury Współczesnej UŁ, redaktor miesięcznika „Dialog”.
A A A
fot. Greg Noo-Wak  

No, dobra – tak naprawdę to Peter Turrini, ale w najnowszym spektaklu łódzkiego Teatru Jaracza Turriniego jest tak niewiele, a pretensjonalnego patosu tak dużo, że mam prawo tytułować tekst nazwiskiem pisarza od fałszywej i taniej tkliwości. Sztuka Austriaka to kolejna w jego dorobku wiedeńska operetka w molowej tonacji i z dreszczem w finale. Spektakl Waldemara Zawodzińskiego to kolejne psychologiczne serio. Serio, serio, serio. Serio.

„Musimy porozmawiać. / Daj spokój, o czym? / Koniecznie muszę z tobą porozmawiać! / Kiedy? Jak wrócę! / Jak zwykle” itd. Czy ktokolwiek wierzy, że autor, który dekadami kpił z Austriaków próbujących za stołem rozwiązywać swoje problemy i obśmiewał uładzoną i cywilizowaną dramaturgię, napisałby ten ciągnący się dialog na serio? W Jaraczu wierzą. Zresztą postacie mówiące w łódzkim spektaklu te słowa siedzą nawet przy stole i patrzą sobie głęboko w załzawione, kryjące tajemnicę oczy. Nikt tu nie czuje gry z konwencją, nikt tu nie dostrzega, że Turrini raz jeszcze sięga po zblazowaną formę, by kpić z jej efektywności i by obrażać wszystkich marzących o teatrze, w którym siada się przy stole, bo „trzeba porozmawiać”. Z miłości to dziejąca się ze wskazaniem miejsca i godziny jednodniowa kronika z życia Wiednia i jego mieszkańców, ukazywanych przez Turriniego naraz z groteską, sentymentem, przerażeniem i niedowierzaniem. To kolejna opowieść o spotkaniu Austriaków z nie-Austriakami, rozgrywająca się tym razem nie pośród gromów nienawiści, ale w atmosferze sielanki. Turrini pyta o polityczną poprawność i o jej fundamenty. Pyta, czy można robić „teatr jakby-nic-się-nie-stało” chroniący się za psychologizmem czy bulwarowym schematem w rzeczywistości, która uległa daleko idącej transformacji? Nawet jeśli nie jest już buntownikiem z okresu Świniobicia, to wciąż nie jest psychologiem od tkliwych powiastek.

Tymczasem w Jaraczu… W Jaraczu „pachnie formaliną” – i to akurat cytat ze sztuki. Słowa Inspektora rzucane do słuchaczy jego wykładu o morderstwach w Wiedniu zyskują jednak kolejne znaczenie: na pewno niezamierzone i na pewno niezauważone przez twórców. Ella (Dorota Kiełkowicz) chodzi do kawiarni Aida podkradać czekoladowy torcik i zwierzać się nierozumiejącemu jej Syryjczykowi (Nadim Suleiman), Policjant Herbert (Robert Latusek) kształci swojego podopiecznego z posterunku (Aleksander Rudziński), by ukryć jego daleko pozaaustriacki akcent, i tylko prostytutka Jacqueline (Grażyna Walasek) ma odwagę powiedzieć, że pracę pod latarnią zabierają jej młode dziewczyny z Europy Wschodniej, ale polityczna poprawność – rozbuchana u Turriniego do rozmiarów slapstickowej farsy – każe wszystkim nabrać wody w usta. Do tego jest dramat w rodzinie Weberów (Mariusz Słupiński i Ewa Wiśniewska-Audykowska) – znów sztampowej jak tylko się da: ona ma dobrą pracę, on ma dobrą pracę, do tego mają dobrą córkę z dobrym słuchem i dobrze grającą na skrzypcach, ale i tak poleje się krew…

Turrini zrobił kolaż tematów i stylów. Jest tu miejsce na zubożałą mieszczkę, która już nie ma pieniędzy na łakocie (i to nie u Sachera, a w popularnej sieciówce), ale wciąż wykupuje roczny abonament na pierwszy rząd w Musikverein, jest żebrak i bogacz, jest dziennikarz bez skrupułów. To wszystko znamy z niejednej sztuki, która swojego czasu wstrząsała publicznością Burgtheater. Ale tym razem Turrini nie musi już mazać grubą kreską – i skandal stracił dziś rację bytu, i publiczność stała się bardziej spostrzegawcza. Wystarczy sygnał. „Śmiesznej jak na Praterze” zabawy i tak jest tu pod dostatkiem, jak choćby scena w komisariacie, gdy Weber powtarza i powtarza, że zarąbał siekierą żonę, a wszyscy – jak w dobrej farsie – bardziej przejmują się złodziejką z cukierni, dziwką domagającą się poszanowania konstytucji i robiącym językowe błędy policjantem. To właśnie w tych momentach dramatu znów mamy przebłyski wielkiego Turriniego – ośmieszającego wiedeńczyków, ich obłudę, rozrywki, problemy. Ale i przypominającego o wiszącej w powietrzu zbrodni.

Tymczasem w Jaraczu wszyscy wszystko biorą na serio. Od pierwszej sceny, gdy pojawia się przebrany za włóczęgę Dobry Bóg (Bogusława Pawelec) mówiący zupełnie na poważnie o stworzeniu świata, nie mamy wątpliwości, że czeka nas poetycki dramat psychologiczny (każde z tych słów powinienem wziąć w cudzysłów). Wkrótce – mniej więcej od sceny zaczynającej się słowami „musimy porozmawiać” – będziemy już wiedzieć, że mamy do czynienia z tragedią rodzinną, zaś gdy z głośników popłynie Spiegel Im Spiegel Arvo Pärta, zorientujemy się, że reżyser liczy na nasze łzy. Wspólnym mianownikiem opowiadanych historii jest mglista narracja o samotności, która dotyka wszystkich. Samotny jest Bóg, samotny jest urzędnik, samotna jest jedna prostytutka i samotna jest druga prostytutka (tak, są dwie: jedna w futerku, druga w dresach z napisem „Kiss”), samotny jest policjant i drugi policjant, i trzeci policjant. Wszyscy są samotni. Spiegel Im Spiegel Arvo Pärt. Ale dlaczego – jak mówi sprzedawca z marketu – coraz więcej ludzi przychodzi kupować siekiery? Bo pewno są samotni. By – jak Weber – zabić „z miłości”. W spektaklu Zawodzińskiego odpowiedź mordercy własnej żony, wybita w tytule Turriniego, nie ma nic z groteski. Jest na poważnie.

Jest na poważnie i to – w zamierzeniu – powinno tłumaczyć wszystko. Niestety nie tłumaczy. Prawie każda z postaci spektaklu próbuje płakać, jakby wiedziała, że współczujący widz wybacza więcej. Ale po wyrozumiałości dla pierwszych łez rodzą się pytania: dlaczego bohaterowie slapsticku troszczą się o werystyczne łkanie? Dlaczego mamy wzruszać się czarną farsą? Nie, Turrini nie napisał komedyjki. Zapytał o konkretną kwestię: o wrażliwość i niewrażliwość dzisiejszych Austriaków, o łatwiejsze i trudniejsze tematy w powszechnym dyskursie, o realne, często prozaiczne problemy, ale wykorzystał w tym celu autoparodię. Nie stworzył scenariusza do naturalistycznego przedstawionka udającego, że naśladuje rzeczywistość.

Cztery lata temu Z miłości wyreżyserowała w Krakowie Iwona Kempa. Reżyserka, której żywiołem nie są zabawy z konwencjami, skonkretyzowała problemy swoich bohaterów, opowiadając o ubożeniu społeczeństwa. Bo faktycznie u Turriniego, jak u wielu innych autorów i reżyserów niemieckojęzycznych, którzy wcześniej biczowali sytych mieszczan Zachodu (z Marthalerem na czele), od pewnego już czasu pojawia się specyficzny rodzaj współczucia dla tych, którymi jeszcze niedawno gardzili. Powstała opowieść o ludziach, którzy umieli żyć jedynie w sytuacji finansowej stabilizacji, a teraz, gdy zostali pokąsani przez inflację i recesję, uczą się życia na nowo. To dotyczyło wszystkich bohaterów Z miłości, najbardziej Michaela Webera, który narobił trzydzieści tysięcy euro długów i nie ma pomysłu, jak je spłacić. Zabija więc rodzinę, by oszczędzić jej nie tyle finansowej ruiny (kwota jak na austriackie warunki nie jest oszałamiająca), ile utraty pozycji w zhierarchizowanym świecie wiedeńskich mieszczan. Bo i o tym jest sztuka Turriniego – każdy spada tu o jeden szczebel w społecznej hierarchii – zaledwie jeden szczebel, ale i tak boli. W spektaklu Jaracza finansowa degradacja bohaterów wydaje się raczej wynikową ich cierpień psychologicznych z nieznanych powodów, a nie przyczyną. Jedyny moment, w którym dowiadujemy się o długach Webera (scena z żebrakiem), czyni z tych trzydziestu tysięcy na minusie informację jak każdą inną, potrzebną raczej, by grać aktorską etiudę, której głównym elementem jest nie sens, ale – poza łzami Webera – nieświeży oddech włóczęgi, sztampowy żebraczy płaszcz i puder udający kurz i brud.

Patrzymy na ten smutny, dwugodzinny spektakl, siedząc pod zawieszonymi nad widownią i sceną torami metra tworzącymi krzyż. Krzyż szczególny, bo w miejscu łączenia się torów jest puste miejsce, jakby ktoś wyrwał stamtąd figurę Boga albo jakby sam Bóg, ten Dobry Bóg, zerwał się z krzyża i zszedł na ziemię. Przed nami wielkie miasto pełne samotnych i okrutnie nieszczęśliwych ludzi. Uśmiechnie się tylko mała dziewczynka, gdy Dobry Bóg wyciągnie z rękawa bukiecik bibułkowych kwiatów. Ot, mały cud na skrzyżowaniu torów i kolei życia… Nie, nie zmienię tytułu tej recenzji.

02-02-2018

galeria zdjęć Z miłości, Waldemar Zawodziński, Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi <i>Z miłości</i>, Waldemar Zawodziński, Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi <i>Z miłości</i>, Waldemar Zawodziński, Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi <i>Z miłości</i>, Waldemar Zawodziński, Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi ZOBACZ WIĘCEJ
 

Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi
Peter Turrini
Z miłości
przekład: Jacek Lachowski
reżyseria, scenografia i opracowanie muzyczne: Waldemar Zawodziński
kostiumy: Maria Balcerek
obsada: Katarzyna Cynke, Mateusz Czwartosz, Iwona Dróżdż-Rybińska, Dorota Kiełkowicz, Robert Latusek, Oliwia Leńko, Radosław Osypiuk, Bogusława Pawelec, Aleksander Rudziński, Mariusz Siudziński, Mariusz Słupiński, Nadim Suleiman, Bogusław Suszka, Julia Szczepańska, Grażyna Walasek, Ewa Wiśniewska-Audykowska
premiera: 27.01.2018

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę:
komentarze (3)
  • Użytkownik niezalogowany Fanka
    Fanka 2018-02-21   01:55:33
    Cytuj

    Olkusz jest piękny!

  • Użytkownik niezalogowany Marlin
    Marlin 2018-02-03   18:16:06
    Cytuj

    Piotr O to kolejny sfrustrowany teatrolog, który bardzo chciałby dostać teatr. No ale cóż wiemy wszyscy ze wielokrotnie działał na rzecz wyrzucania dyrektorów teatrów szczególnie łódzkich. Oprócz narcystycznej masturbacji samym sobą jest znany z marnych tłumaczeń i tyle. Do boju Piotrze dużo do przejęcia dużo. Tylko tym razem graj w otwarte karty:)

  • Użytkownik niezalogowany Piotr Krzyżanowski
    Piotr Krzyżanowski 2018-02-03   13:13:24
    Cytuj

    Jako kontrapunkt recenzja magazynu austriart.pl http://www.austriart.pl/2018/01/czemu-mi-nie-pomogles-z-milosci-recenzja/