AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Perzyński jako matrioszka

Krytyk teatralny, dziennikarz. Absolwent Wydziału Wiedzy o Teatrze warszawskiej PWST. Autor książek: Teatry Warszawy 1939, Teatr Qui Pro Quo. Kochana stara buda, Teatry Warszawy 1944-45. Współpracował z czasopismami „Po prostu” i „Życiem”. Recenzent teatralny „Dziennika” i „Odry”. Współpracuje z Polskim Radiem, prowadząc audycje poświęcone współczesnemu życiu teatralnemu. Artysta fotografik.
A A A
Fot. J. Niemczak  

O premierze komedyi Polityka na szóstem etażu Pałacu Kultury i Nauki pisać można na dwa sposoby. Ręce łamać nad mauvais goût, wydziwiać nad pomysłami dziwnemi, co nijak do siebie się mają, nad artystami grającemi w konwencyi udającej coś, czem konwencya owa nigdy nie była – albo westchnąć nad widzami zaśmiewającemi się do rozpuku – wszak to prywatna antrepryza, bilet nietani, inna tu publiczność niż ta, do której latami się przywykło, za bilet uiściła, niech więc i ma chwilę swey radości, że uczestniczy w „wyższey jakości teatru” – jak głosi reklamowe hasło tey antrepryzy.

Jako że jednak teatralny.pl wydelegował, a i towarzyszka mego wieczoru, czarująca Pani U., groźnem spojrzeniem dawała znać, że pardonu nie będzie, recenzya powstać musi – czyńmy swą powinność. Jako że wysługa lat, broda siwiejąca skłania nas jakże często do snucia wspomnień i wyjęcia z zanadrza jakiej anegdoty – niech tak będzie i tem razem. Otóż oglądając Korinową Politykę, wspomniałem ja odległy rok 1922. I nawet nie dla akcyi komedyi Perzyńskiego blisko owej daty umiejscowionej, lecz dla młodzieńczych wzruszeń, pierwszych onych drgnień serca młodego, przeczuwającego, że bić będzie od tey chwili jeno dla teatru.

A zabiło ono w kinoteatrze Palace, zbudowanem przez reżyssera filmowego Danny Kadena w onym 1922 roku. Bo na ekranie same tuzy: Mira Zimińska, Romuald Gierasieński, Karol Hanusz, piękni, młodzi, lecz niemi, bo i film niemy był wówczas. Gdy w czasie projekcyi filmu znikali z ekranu – nie smuciliśmy się – bo oto zniknieni pojawiali się na scenie kinoteatru, by toczyć ze sobą dyalog sceniczny. Zniknąwszy ze sceny, znów pojawiali się na ekranie w kinowej projekcyi. Rzecz zwała się Wszystko się kręci i czasem wspominam ją studentom Akademiji Teatralney, iżby nie myśleli sobie, że od Garbaczewskiego zaczął się w teatrze intermedyalizm i multimedyalność. Tu koniec wspominków, czas bowiem wrócić na sceno-ekran w Teatrze 6. Piętro. A tu niemal kinoteatr Palace – w końcu skojarzenie właściwe, bo rzecz odbywa się w Palais de la Culture dédié a Stalin – choć dedykacyę owę zakrywa dziś spory neon. Wiele uwagi poświęcimy proiekcyi wyświetlaney na sporem ekranie, bo przemyślny Korin komedyę Perzyńskiego zrobił metodą „na matrioszkę”, czyli innemi słowy „baba w babie”. Że „my tu, panie, sztuki nie odgrywamy, ale w niemem kinie jesteśmy”. Napisy kinowe są jak didaskalia, taper na obowiązkowo rozstrojonem pianinie gra dawne szlagiery – choć nam najbardziej przypadła do gustu swingująca Warszawianka 1905, jako że uczono nas jej jeszcze jako marsza – w owem pałacu dedykowanem Wielkiemu Językoznawcy brzmi pikantnie, a starcy szczególną mają skłonność do perwersyj. Taper nie dość, że gra, ale i czyta owe napisy (co i nawet zrozumiałe, socyologowie biją ostatniemi czasy na alarm wobec niebezpieczeństwa wtórnego analfabetyzmu), aby każdy, co owe ciężkie pieniądze zainwestował, miał tzw. „100 proc. satysfakcyi”. Na ekranie nazwiska osób występujących, ale to np. nie Kazimierz Kaczor czy Joanna Żółkowska – by od tuzów zacząć, ale artystyczne pseudonima. Baba to w babie potrójna, bo Żółkowska nie dość, że gra aktorkę Mieczysławę Zawierczyńską, to owa Zawierczyńska gra na scenie o wyższey jakości teatru – hrabinę Linowską. Trudno zrazu się w tem połapać, ale nic to, bo i Eugeniusz Korin, sprawca owego figla uciesznego – do pomysłu swego nie wraca. Nam swoją drogą pozostaje obserwacya transformacyi Żółkowskiej, która nie gra bynajmniej aktorki Zawierczyńskiej grającey Linowską – lecz raczej „Miecię” Ćwiklińską z obrazu Pani minister tańczy. Co do artystycznego rezultatu – na marginesie – ta metamorfoza przypomina mi uwagę pewnego teologa na temat człowieka stworzonego na Boski obraz i podobieństwo. Ów mąż świątobliwy a uczony stwierdził: „obraz pozostał, ale podobieństwo się zatarło”. Zamiast Zawierczyńskiej mamy więc znaną nam Żółkowską, któryś już raz grającą doktorową ginekologową Koziełłową z telewizyjnego Klanu, lecz zostawmy owe przytyki. Wróćmy do obrazu Wszystko się kręci w Polityce, co go nam reżysser Korin pokazał w ramach wyższey jakości teatru. Pomysł ten, nienowy, nie jest jednak „czysty” – bo oto postaci z ekranu, pokazane w konwencyi obrazów z wytwórni Macka Sennetta, nagle z tego ekranu przemawiają do aktorów na scenie – no ale od Mniej żal nawet tej zmarnowanej szansy przypomnienia Polityki, bardziej – tej publiczności. kinorewii Danny Kadena minie niedługo sto lat, technika poszła do przodu, łacno jednak można odnieść wrażenie, że nie aktorska. Co kto lubi, ale granie tak zwanemi „kubłami” nie było ani za czasów Kadena, ani późniejszego Miszy Waszyńskiego uważane za bon goût, a czarująca p. Żółkowska i dostojny p. Kaczor mogliby paru rzeczy nauczyć się i od Ćwiklińskiej, i od Antoniego Fertnera. P. Rafał Królikowski grający Iwona Zajączkowskiego, co gra Antoniego Burskiego, sznurował usta, przybierał wzięcie i pozy Eugeniusza Bodo, a i bywał sprawcą scenicznej infekcyi. Tak bowiem głośno i wyraźnie artykułował przedniojęzykowozębowe „ł”, że zarażał nim chwilowo i swoję scenicznę partnerkę. To aktorstwo to też „ubaw po pachy”, ale i następna „baba w babie” – aktorzy grają dawnych aktorów, co grają starą cinema-revue. Jeśli dodamy do tego i dekoracje… Bo i one są dekoracyami, co są dekoracyami. Czcigodny czytelnik nieco się zdezoryentował, ale pomożemy. Otóż rzecz najwyraźniej rozgrywa się w filmowem atelier. Część dekoracyj stoi ku nam swem licem, część zaś pokazuje nam to, co z francuska zwiemy „derierą”, a co za Danny Kadena było omownem określeniem części ciała zgoła niezaszczytnej. Z obu stron sceny wielkie jak sagany jupitery oświetlają ową sceneryę. A więc na scenie „wyższey jakości teatru” widzimy aktorów, co grają innych aktorów grających w powstającem dopiero obrazie. Z tego też powodu walka stronnictw opisana przez Perzyńskiego straciła na swey ostrości, a stała się okazyą do działań opisanych swego czasu jako: „wiódł ślepy kulawego, śmiechom i żartom końca nie było”.

Żarty na bok. Do lamusa też ze starą, zarzuconą już około 1919 roku ortografią, bo to męczące, a i zdajemy sobie sprawę z pretensjonalności takich stylizacji. Szkoda jedynie, że nie wysłyszał jej w swoim przedstawieniu sam Korin. Wszyscy bez wyjątku aktorzy mówią na scenie „ortograficznie”, posługując się językiem, którego prawdopodobnie nigdy nie było. Wystarczy posłuchać ścieżek dźwiękowych polskich „dźwiękowców” od chwili, gdy i polskie kino przemówiło. Nikt tam tak nie mówi. Inna jest melodia języka, inny od dzisiejszego styl aktorstwa, ale jest to styl – zwłaszcza w wydaniu wielkich aktorów. Parodiowanie go to chwyt zgrany i dobry na kwadransowy skecz, a nie na ponad dwie godziny. Bez tego naddatku język Perzyńskiego jest do dziś żywy i komunikatywny. Nie jest jeszcze staropolszczyzną, więc te wszystkie „komisyje”, „partyje” niepotrzebnie tworzą jakieś piętrowe konstrukcje o chwiejnych podstawach. Tanie chwyty z niemym kinem, aktorzy grający innych, co grają innych – te sceniczne matrioszki zamiast przybliżać Perzyńskiego – paradoksalnie go od nas oddalają. „Bardzoście przyjemni, dziadku” – zdaje się mówić Perzyńskiemu to przedstawienie w Pałacu Kultury, choć pokazana kilka lat temu w Teatrze Narodowym Lekkomyślna siostra, a i Polityka sprzed niemal dwóch dekad ze sceny Teatru Polskiego pokazują, że ten autor to nie jest jakiś klamot wyciągnięty „dla jaj” z teatralnego lamusa, ale wciąż aktualny przenikliwy, inteligentny pisarz o bezbłędnej i precyzyjnej technice teatralnej, i bystry obserwator ludzkiej natury – tyle że lubi być traktowany rozumnie. Komedia zaś to rzecz tak zabawna, że wymaga podejścia z najwyższą powagą. Na VI piętrze Pałacu Kultury, w „wyższej jakości teatrze”, zasiedli na Polityce widzowie, dla których było to zapewne pierwsze, a i ostatnie spotkanie z Perzyńskim. Mniej żal nawet tej zmarnowanej szansy przypomnienia Polityki, bardziej – tej publiczności.

13-02-2015

 

Teatr 6. Piętro, Warszawa
Włodzimierz Perzyński
Polityka
reżyseria: Eugeniusz Korin
scenografia: Maciej Chojnacki
kostiumy: Beata Harasimowicz
realizacja sekwencji filmowej, zdjęcia: Rafał Jerzak
montaż: Marcin Kot-Bastkowski
obsada: Małgorzata Socha, Rafał Królikowski, Kazimierz Kaczor, Joanna Żółkowska, Hanna Śleszyńska, Sylwester Maciejewski, Bartłomiej Firlet, Paweł Nowisz, Miłogost Reczek, Michalina Sosna, Czesław Majewski, Janusz Tylman
premiera: 10.01.2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany Juleczka
    Juleczka 2015-02-26   21:14:57
    Cytuj

    „Jako że wysługa lat, broda siwiejąca skłania nas jakże często do snucia wspomnień…” – już niech Pan tak nie przesadza, aż tak stary Pan nie jest. Patrząc zaś na ilość i jakość sweetfoci jakie Pan narcystycznie umieszcza na facebooku to dałabym Panu maksimum 12 lat :))))))))))))))))))))))))))))))))