AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Po jasnej stronie mocy

43. Opolskie Konfrontacje Teatralne „Klasyka Żywa”, 3–8 kwietnia, Opole
Doktorant Wydziału Nauk Społecznych na Uniwersytecie Wrocławskim. Absolwent Filozofii oraz Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Wrocławskim. Współpracuje z czasopismem naukowym "Znaczenia".
A A A
 

Większość rozważań na temat klasyki jako takiej zaczyna się od dość oczywistego i narzucającego się naturalnie pytania o przyczynę szczególnej żywotności niektórych dzieł. Znaczna część ustaleń przy tym hołduje różnym formom platonizmu, próbując odkryć zestaw istotnych cech wewnętrznych, czyli owej „klasyczności”, dzięki której utwór, jakby „siłą rzeczy”, trafia do obowiązującego kanonu.

1.
Wydawało się, że podobnym tropem pójdzie w krótkim, lecz wielce interesującym i zastanawiającym programowym wstępie Jarosław Gajewski. Przewodniczący Komisji Artystycznej III edycji konkursu „Klasyka Żywa” powołuje się w nim na Gustawa Holoubka, dla którego „źródłem mocy” legendarnych Dziadów w reżyserii Kazimierza Dejmka „był język Adama Mickiewicza, nadzwyczajna spójność jego treści i formy”. W rzeczy samej, czy możemy tego wszystkiego odmówić arcydramatowi głównego polskiego wieszcza? Raczej nie. Lecz po raz kolejny przyjeżdżając do Opola, które w tym roku witało gości festiwalu piękną słoneczną pogodą prawdziwej wiosny, zastanawiałem się nad czymś innym. Sprzyjało temu tegoroczne hasło przewodnie imprezy: „Moc klasyki”.

Pytałem więc siebie: czy klasyka rzeczywiście ma moc? Czy, być może (budził się we mnie głos Machiavellego), mylimy w tym przypadku przyczynę ze skutkiem, a w rzeczywistości byłoby tak, że to akurat, co ma moc, jesteśmy skłonni uznać za klasykę? Niby niewielka różnica, lecz drobne to przeformułowanie jest przesłanką dla następnej wątpliwości: czyż nie byłoby też tak, że to my udzielamy jakiemuś dziełu mocy, tę moc w niego wręcz ładujemy i dopiero potem już uznajemy to dzieło za klasyczne?

Po co to czynimy? No bo, drążyłby wątek autor Księcia, moc ową mamy i, świadomie lub nie, przyczyniamy się do jej dystrybucji. Gdzieś zainwestować po prostu musimy. Bo chociaż klasyka żywa, to my, żyjący, chciałoby się wierzyć, jeszcze żywsi. Dlatego książki, które wypełniają półki bibliotek czy spektakle z afiszy scen teatralnych często więcej mówią o nas niż o ich autorach. Komu więc, można by zapytać, trawestując Gogola, składacie hołd? Sobie samym składacie hołd! Kogo odbrązawiacie? Siebie samych odbrązawiacie! W podobnych refleksjach tkwi, od tego słowa nie uciekniemy, moc podobnych festiwali. Dają szansę przyjrzeć się temu, co pod owym słojem brązu może się pojawić. I tu znów mówimy zarówno o dziełach klasycznych, jak i o nas samych.

Gajewski zaś w swoim tekście od powstałego pół wieku temu przedstawienia przechodzi do spostrzeżenia, że „gnuśność myśli, niechlujny warsztat, zgoda na ułatwienia i wszelkie obniżanie wymagań […] niszczy zarówno sztukę, jak i degeneruje publiczność. Mierzenie się z wyzwaniami klasyki jest zatem dla teatru sprawą jego kondycji i formy – szansą, której nie wolno mu przegapić”. Pod tym względem komisja łatwo z pewnością nie miała. Z czterdziestu czterech zgłoszonych na konkurs dzieł miała wybrać siedem. Najbardziej reprezentatywnych. Demonstrujących możliwości owych kondycji i formy. Najmocniejszych.

2.
Oczekuje się od podobnych przedsięwzięć jeszcze i tego, że konkursowicze, próbując wykazać się oryginalnością, będą szukać i prezentować dzieła mniej znane, zapomniane, nieoczywiste. Sprawdzać ich moc. Moc inwestycyjną. W tym jednak roku wśród siódemki finalistów do miana kreatywnych archeologów klasyki raczej nikt nie pretendował. Chyba że Sposób na Alcybiadesa. Tę książeczkę Edmunda Niziurskiego na deskach teatru widziałem po raz pierwszy. A szkoda. Historia o ścieraniu się dwóch tendencji – gogów i uczniów – ma spory potencjał, czego dowiodła inscenizacja Teatru im. Juliusza Osterwy z Lublina. W tej wersji Sposób na Alcybiadesa to takie polskie Stowarzyszenie umarłych poetów, tylko że z happy endem. Poza tym sprytnie uwspółcześnione. Tu uczniów napawa zgrozą rozładowany telefon, a za autora Latarnika nieogarnięci podopieczni mogą uznać Lewandowskiego. Twórcom udaje się też przemycić kilka wątków politycznych (padają na przykład słowa o tym, że „konstytucja jest teraz nieważna”, bo przecież „tak w telewizji mówili”), musnąć tematykę migrantów, islamistów, a nawet odbyć wycieczkę po hasła buntu studenckiego z marca 1968 roku. „Bądź realistą, żądaj niemożliwego!” – będzie napisane na konstrukcji z połączonych ze sobą tablic szkolnych stanowiących główny element nieskomplikowanej, lecz na swój sposób wyestetyzowanej scenografii. Jednak główny atak reżyser przedstawienia, Piotr Ratajczak, postanowił przypuścić na polu lokalnego patriotyzmu. Na tyle skutecznie, że aż zachciało się ten Lublin ponownie odwiedzić. Sprawdzić, czy rzeczywiście mają szkołę, której patronem jest Biernat z Lublina i w której nastolatkowie orientują się, dlaczego ostrość gogów mierzy się w „Drakonach”, a sprawiedliwość w „Salomonach”.

Moim zdaniem Sposób na Alcybiadesa zasługiwał na wyróżnienie za „twórcze podejście do tekstu niescenicznego” nie mniej niż Tajny dziennik w adaptacji i reżyserii Wojciecha Urbańskiego i Elżbiety Chowaniec. Chociaż tym ostatnim udało się tomisko mające ponad dziewięćset stron przerobić na siedemdziesięciominutowy spektakl ze scenariuszem mającym stron trzydzieści pięć. Siłą rzeczy musieli ciąć niemiłosiernie, skupiając się na wątkach samotności i bezradności w obliczu śmierci. Białoszewski zostaje ukazany jako samotnik zmagający się po kolei z utratą dziadka, ojca i matki. Po powrocie z Ameryki, która to wycieczka wyglądała na ostatnią nagrodę krnąbrnego losu, nadchodzi czas i na samego autora.

Był to najbardziej intymny i kameralny spektakl festiwalu. Prawie że słuchowisko, rozegrane przez czwórkę narratorów mówiących tekstem Białoszewskiego lekko i bezpretensjonalnie. Nie mnie jednemu nasuwały się też skojarzenia z czuwaniem nad zmarłym wśród ustawionych i podpisanych z muzealną starannością artefaktów związanych z jego życiem ziemskim. Liczne historie i anegdotki kontrapunktowały obrazy współczesnej Warszawy z improwizacjami muzycznymi pianisty i kompozytora Marcina Maseckiego.

3.
W konkursie, wracając do liczb, statystyk i list konkursowych, znalazły się między innymi: trzy Balladyny Słowackiego, dwie Iwony, księżniczki Burgunda Gombrowicza i para Szewców Witkiewicza. Żadna z tych propozycji jednak nie zakwalifikowała się do ścisłego finału. Zabrakło też Fredry. Niezmiernie pociesza fakt, że oprócz nazwisk męskich pojawiły się też nazwiska Zapolskiej, Konopnickiej i Dąbrowskiej.

„Klasykę Żywą” w tym roku zdominowała, nazwijmy to, estetyka chłopska. Kosa bojowa stała się zaś najczęściej wykorzystywanym rekwizytem teatralnym. Wybiegano z nią na usłaną ziemią scenę w Słowie o Jakubie Szeli, spektaklu Michała Kmiecika z fantastyczną sceną upokorzenia tytułowego bohatera przez grono wielkich i możnych tego świata. Uzbrojony w nią był każdy z gości Wesela. Kosy widniały wśród łanów zbóż w Nocach i dniach. Kosynier-buntownik i ugodowiec, kat i ofiara – mógłby więc zostać wybrany symbolem tegorocznej edycji, chociaż paradoksalnie nie dotyczyłoby to Chłopów Garbaczewskiego. Reżyser ten, jak wiadomo, chadza własnymi drogami i światy przez niego tworzone wyróżniają się nieoczywistością skojarzeń i fantazji, wyciągniętych z zakamarków wyobraźni ich twórcy. Chłopi są tego dowodem. To dzieło, na miarę innych dzieł Garbaczewskiego, zadziwia inscenizacyjną konsekwencją, skrystalizowaną poetyką i szczególnym dbaniem o każdy detal. Dzięki temu świat Chłopów wciąga, fascynuje, przeraża i hipnotyzuje. Wreszcie zderzenie pierwiastków organicznego i technologicznego, wokół których od lat krąży w swych badaniach Garbaczewski, zaiskrzyło tak intrygującą wieloznacznością. Poza tym reżyser pozwolił aktorom na stworzenie kilku doprawdy zapadających w pamięć kreacji, wśród których jury wyróżniło, moim zdaniem bardzo słusznie, Magdalenę Koleśnik za rolę Jagny. Aktorka wraz ze swoją bohaterką w ciągu tych trzech godzin przeszła niejedno, a na sam koniec miała do pokonania siedem kręgów piekła upokorzeń, poniewierania i dręczenia, niekiedy, zważywszy na bezwzględność niektórych rozwiązań, ocierających się o granicę dopuszczalnego.

4.
Ucieszyłem się też z nagrody jury społecznego dla spektaklu Dziady – Noc druga Teatru Wierszalin z Supraśla. To, że publiczność doceniła ten skromny inscenizacyjnie, pozbawiony obsadowego i scenograficznego rozmachu, lecz bardzo precyzyjnie skrojony spektakl Piotra Tomaszuka, daje nadzieję, że gusty jej nie są aż tak przewidywalne. Z drugiej strony brak nagrody od pozostałych „zespołów sędziowskich” dla kreacji Rafała Gąsowskiego nie może nie zastanawiać. Myślę o tym jeszcze od czasów poprzedniej edycji, na której pokazane były Dziady – Noc pierwsza. Wtedy, sądząc po opiniach usłyszanych krajem ucha, zbyto dokonania aktora formułką „cieślakowania”. Czyli: „to już było, to już historia”. Być może w tym roku też padały podobne argumenty. Nie wiem. Czyżby więc Opole było tak bezlitosne dla „pokłosia” twórcy Teatru Laboratorium, który w Opolu swoją karierę teatralną zaczynał? Z drugiej strony spektakl został dostrzeżony i wybrany przez Komisję Artystyczną. I to, można powiedzieć, po raz drugi. No i ta nagroda jury społecznego. Wygląda to wszystko na jakiś konflikt wewnętrzny. Doceniamy, lecz nie podziwiamy. Czujemy moc, lecz nie wiemy, co z tą mocą począć i jaki do niej wypracować stosunek.

Trzy nagrody dodatkowe, w ramach nagród dla spektakli poza finałem, trafiły do Olafa Brzeskiego za kreację plastyczną w spektaklu Balladyna Agnieszki Olsten w Teatrze Muzycznym Capitol we Wrocławiu, Toniki Rożynek za muzykę do spektaklu Listopad Tomasza Węgorzewskiego z Teatru im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie i Aleksandry Starzyńskiej za scenografię do spektaklu Przygody Pędrka Wyrzutka Ewy Marii Wolskiej z Teatru „Pinokio” w Łodzi.

5.
Tłumy tłumów wypełniły Teatr im. Jana Kochanowskiego w ostatni wieczór festiwalu. Nowe twarze i odświętne stroje sprawiały wrażenie, że za chwilę obejrzymy nie jeszcze jeden spektakl konkursowy, którym miało być Wesele w reżyserii Jana Klaty, lecz coś na kształt uroczystej, podsumowującej całe wydarzenie gali. Zachowanie aktorów, szczodrze nagradzanych owacjami na stojąco, też miało ten wymiar wyjątkowości. Artyści, nie ukrywając własnego zadowolenia, wydawali się emanować komunikatem: „oto rzekliśmy wam prawdę o Polsce!”. Ważną prawdę. I to w sposób niespotykany. Pewność ta udzielała się publiczności, która zwracała ją artystom z naddatkiem własnej pewności i odzywała się radośnie: „oto poznaliśmy prawdę o Polsce!”. Cóż mogę powiedzieć – mieli do tego prawo.

Żaden spektakl nie spotkał się z takim przyjęciem ze strony publiczności, żadnemu główne jury nie oddało niemalże wszystkich nagród, w tym Nagrodę Główną im. Wojciecha Bogusławskiego, jak również nagrodę reżyserską oraz aktorską dla całego zespołu. Do tego wyróżniony został twórca choreografii do spektaklu, Maćko Prusak, a nawet odpowiedzialna za scenografię Justyna Łagowska.

Jedynie ta ostatnia decyzja szczerze mnie zdziwiła. Symbolicznie pusta kaplica na wysokim pniu ściętego drzewa pośrodku sceny i rusztowania przykryte dookoła czarną folią, potężne cokoły, na których w oczekiwaniu na muzyczne interwencje zamieszkały żywe posągi blackmetalowego zespołu Furia – wyglądało to dokładnie tak, jak tego chciał reżyser, czyli prosto i funkcjonalnie, a jednak nie sprawiało to jakiegoś szczególnego wrażenia. Rozwiązania scenograficzne z Chłopów Garbaczewskiego wydały mi się znacznie mniej oczywiste i znacznie bardziej przemyślane. Cenne same w sobie jako obiekt kontemplacji estetycznej.

W spektaklu Klaty zderzenie miejskiego z wiejskim, inteligenckiego z chłopskim nie stanowi już głównej osi dramaturgicznej. Świat jest tu jeden, a raczej, jako że jest on roztrzaskany i rozszarpany na kawałki, jest tych światów wiele. Każdy z bohaterów właściwie ma jakby swój, w którym jest zamknięty niczym w izolatce. Na słynne pytanie: „Cóż tam Panie w polityce?”, zamiast odpowiedzi, czeka nas wybuch głośnego, histerycznego i gorzkiego śmiechu, którym aktorzy niemal się dławią. Spotkanie z widmami w drugiej części przedstawienia przypomina bolesne kontakty z fantazmatami przeszłości z Solaris Lema. Zaś słowa „a to Polska właśnie” Poeta wypowiada, kładąc rękę na brzuchu ciężarnej Panny Młodej. „Starałem się w tym spektaklu pokazać wielkość tego tekstu, który zawiera nasze małe tragedie” – mówił po pokazie Jan Klata. Właśnie pokazać świat małych tragedii Klacie udało się najlepiej.

6.
43. Opolskie Konfrontacje Teatralne „Klasyka żywa” to doprawdy imponująca liczba wydarzeń towarzyszących. Przede wszystkim koncertów, które kończyły każdy wieczór festiwalowy. W tym roku na scenie we foyer teatru wystąpiły: DJ-owy duet Trap Door z Opola, zespół Sonbird z Żywca, inicjatywa muzyczna wokalistki Joanny Longić i pianistki Hani Rani – Tęskno, Romantic Fellas, Agata Rożankowska z jazzowym koncertem oraz aktorzy Teatru im. Jana Kochanowskiego. Wyglądało to tak, sądząc po płynącej do potężnego budynku przy pl. Teatralnym publiczności, jakby festiwalowi teatralnemu towarzyszył dodatkowy festiwal muzyczny.

Nie obeszło się oczywiście bez obowiązkowych rozmów z twórcami, które w tym roku poprowadził krytyk teatralny Jacek Wakar. Były wystawy, czytania i warsztaty dla dzieci i młodzieży. Tradycyjnym punktem programu staje się powoli Spacerownik Teatralny. Jednak zupełną nowością dla mnie, i nie tylko w ramach Opolskich Konfrontacji, stała się medytacja w teatrze. Dokładnie tak, godzinna sesja medytacyjna, „podczas której oczyścisz umysł ze zbędnych myśli, by w pełni świadomie cieszyć się z przygotowanych […] atrakcji teatralnych”. Wspaniała inicjatywa, której główną zaletą jest charyzmatyczny prowadzący, Gilles Chamboraire. Medytacja przed spektaklem Garbaczewskiego – wprost genialnie! Żadnej ironii w tym nie ma, chociaż łatwo można by tu puścić wodze fantazji i uzupełnić listę podobnie kreatywnych pomysłów. Na przykład półmaraton po spektaklu Lupy. Pięć godzin w teatrze i pięć godzin dookoła teatru. Żeby moc klasyki przekładała się też na moc w nogach.

7.
„Konkurs wrósł już w życie polskich teatrów, a logo «Klasyki Żywej», eksponowane przy okazji prezentacji zgłoszonych spektakli, stało się rozpoznawalne i w pewien sposób – pożądane”. Zgadzam się w pełni z tą diagnozą Jarosława Gajewskiego. Obserwując odbywające się w Opolu finały konkursów, nie mogę nie przyznać, że każda kolejna edycja jest lepsza od poprzedniej. Wzrasta poziom spektakli, sprawność organizacyjna. Pęcznieje, w najlepszym tego słowa znaczeniu, cała festiwalowa otoczka. Bo przecież festiwal to święto. Teatralna uczta. Pod tym względem współpraca Instytutu Teatralnego im. Zbigniewa Raszewskiego w Warszawie i Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu daje owoce. Smaczne i… wzmacniające.

18-05-2018

43. Opolskie Konfrontacje Teatralne „Klasyka Żywa”, 3–8 kwietnia, Opole

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę: