AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Polski Awinion

Doktorant Wydziału Nauk Społecznych na Uniwersytecie Wrocławskim. Absolwent Filozofii oraz Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Wrocławskim. Współpracuje z czasopismem naukowym "Znaczenia".
A A A
Hamlet, albo znalezienie czaszki,
Túlavé Divadlo z Bratysławy, fot. Foto Studio Indygo  

Festiwal „Przestrzeń i Forma” (PiFF) w Kłodzku, nie mając większych problemów z przestrzenią podczas swojej pierwszej edycji, usilnie poszukuje odpowiedniej formy. Poszukuje również własnego widza. Miasto, liczące niecałe 30 tysięcy mieszkańców, w nowej imprezie musi się jeszcze rozsmakować. Organizatorzy zaś muszą udowodnić, że chcą uczynić z niej prawdziwe wydarzenie w kalendarzu kulturalnym.

Czymś takim jeszcze nie tak dawno był festiwal „Zderzenie”, który w latach 90. zwabiał do Ziemi Kłodzkiej teatry z całej Polski i z Europy. Projekt Mariana Półtoranosa dopracował się dwudziestu jeden edycji i cieszył się zasłużoną renomą. Niestety, rok 2013 swojego „Zderzenia” już się nie doczekał. Złożył się na to cały szereg przyczyn, nie tylko finansowych. Ostatecznie pomysłodawca i szef festiwalu wycofał się, zostawiając miastu ciekawą tradycję, a swoim następcom – wysoko postawioną poprzeczkę. 

Te dwa festiwale z pewnością więc będą porównywane. Lecz uprzedzam, że przed nami zawodnicy nie tyle z różnych kategorii wagowych, ile różnych dyscyplin sportu. Organizatorzy PiFF (Kłodzko 2016) określili swoje przedsięwzięcie jako międzynarodowe spotkanie teatrów plenerowych. Postanowili wyjść ze spektaklami na ulicę, sięgając po olbrzymi potencjał okolicznych plenerów. Wykorzystują parki, place, podwórza, fasady budynków, a nawet parkingi. Interesujące same w sobie, przestrzenie te łatwo stają się częścią składową poszczególnych przedstawień. Świetnym tego przykładem jest Babel Teatru Formy (dawny Współczesny Teatr Pantomimy) z Wrocławia. Zagrany w labiryntach Twierdzy, nabrał nowych znaczeń i skojarzeń. Gigantyczne kamienne mury kontrastowały z chłodną symetrią metalowych konstrukcji, które powstawały na naszych oczach, symbolizując budowę biblijnej wieży. Józef Markocki, reżyser i scenograf, za pomocą uniwersalnego języka pantomimy pokazał, jak kruche jest porozumienie, do którego dochodzimy tysiącami słów. Przypomniał, jak wiele mamy do stracenia i jak blisko stoimy przepaści. Był to zdecydowanie najbardziej pesymistyczny spektakl całego festiwalu. Tu dochodzimy do jego kolejnej osobliwości. 

Otóż PiFF próbuje udowodnić, że teatr nie jest czymś elitarnym i trudno dostępnym. Już przy wejściu na starówkę na widzów czekały przebrane za mimów wolontariuszki. Rozdawały ulotki w postaci czerwonych masek. Wstęp na wszystkie przedstawienia był wolny. Oprócz spektakli można było zobaczyć Fire Show Grupy Luminis z Ząbkowic Śląskich, paradę szczudlarzy teatru ulicznego TUB oraz happening Bogdana Wieczorka Łączmy się. Ten ostatni za pomocą sieci sznurków połączył dwa brzegi rzeki Młynówki. Szczególną atrakcją było Koło Fortuny węgierskich artystów z Győr. Każdy chętny mógł wypróbować swoje szczęście i odsłonić tajemnicę przyszłości. Wystarczyło wprawić w ruch magiczne urządzenie przypominające małą karuzelę z pionkami rycerzy, czarownic i księżniczek. Mgliste proroctwa Koła na strawny język angielski tłumaczył tajemniczy przybysz z dalekich Indii. „Wkoło i wkoło fortuna się kręci, a gdzie się zatrzyma, nikt nie ma pojęcia”.

Festiwal starał się wciągnąć widzów do wspólnej zabawy, zachęcić do zwiedzania miasta. Ale nie zabrakło w nim głębszej refleksji, ironii czy gorzkiej satyry. Tak oto improwizowana scena przy Dziedzińcu Muzeum Ziemi Kłodzkiej, małym placyku otoczonym gotyckimi rzeźbami, arkadami i zielenią bluszczu, na jakiś czas z łatwością przeobraziła się w zamek Kronborg. Słowacki teatr Tulave Divadlo przywiózł do Kłodzka Hamleta. Dokładniej – Hamleta albo znalezienie czaszki. Artyści z Bratysławy całą historię duńskiego księcia postanowili zamknąć w 65 minutach oraz „przekształcić tragizm dramatu w pogodny humor”. Udało im się w stu procentach. „Słowacka awangarda” – żartowali z samych siebie, w zaskakujący sposób łącząc kolejne wątki dramatu. Poloniusz w ciągu niecałej godziny umierał ze trzy albo cztery razy, jednak nawet martwy aktywnie uczestniczył w przebiegu akcji. Zamiast wędrownych aktorów oglądaliśmy performance mongolskiej gwiazdy Jurty-Jurty, a reżyser ciągle przypominał swoim aktorom, że „to nie jest wrestling, tylko Szekspir”. Mimo braku tłumaczenia widzowie nie czuli żadnych barier językowych. Zresztą, słowacki tylko nadawał przedstawieniu swoistego uroku.
 
Festiwal zatroszczył się i o widzów najmłodszych. Prawie połowa spektakli przeznaczona była dla dzieci. W tym Wilkoryb Nori Sawa Theatre z Pragi oraz Afrykańska bajka w wykonaniu Divadlo Drak z Hradca Kralove. Pierwsi zaprezentowali własną, „podwodną” wersję Czerwonego Kapturka, w której „babiczka” mieszkała w bagażniku starej Škody Fabii. Drudzy szybko zjednali sobie widzów oryginalnymi pomysłami na scenografię oraz prostą historią z zabawnymi piosenkami.

„Repertuar został tak dobrany, żeby każdy widz znalazł w nim coś dla siebie” – zapewnia koordynator programu „Teatr w Kłodzku” oraz pomysłodawca festiwalu, Michał Tramer. „Są to widowiska dla całych rodzin, zabawne i efektowne, choć jednocześnie piękne i poetyckie”. Przez ostatnie półtora roku Tramer wraz ze współpracownikami próbuje zapewnić mieszkańcom regularny dostęp do teatru. Co najmniej dwa spektakle w miesiącu. Zaprasza artystów z Polski i tworzy własne przedstawienia. Jednym z ostatnich jest Tristan i Izolda, z którym obecnie podróżuje po kraju. „Kłodzko mogłoby stać się polskim Awinionem” – mówi z uśmiechem. „Chociaż czasem sami kłodzczanie mniej wierzą w swoje miasto niż ja, który jestem tu dopiero od niedawna”.  

17-09-2014

Festiwal „Przestrzeń i Forma” w Kłodzku, 29 sierpnia – 1 września 2014 r.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: