AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

PPA OFF: Ścigani przez członek (cz. 2)

39. Przegląd Piosenki Aktorskiej Nurt Off, Wrocław 16-25 marca 2018
Doktorant Wydziału Nauk Społecznych na Uniwersytecie Wrocławskim. Absolwent Filozofii oraz Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Wrocławskim. Współpracuje z czasopismem naukowym "Znaczenia".
A A A
Dziwaczki, fot. Tomasz Walkow  

Tym razem ani Scena na Strychu Wrocławskiego Teatru Współczesnego, ani Scena Ciśnień Capitolu. Zmiana nastroju, klimatu i przestrzeni. Niby. Przenosimy się do piwnicy o undergroundowym wystroju i obcojęzycznym tytule Das Lokal. Schody w dół. Szatnia. Czarna kurtyna dla mających bilety i zaproszenia. Bar. Zapewnienia Ewy Skibińskiej, pojawiającej się na licznych ekranach rozstawionych tu i ówdzie starych pudełkowych telewizorów, że „Rok’and’Roll to, kurwa, nie zabawa. To poważna sprawa!”.

1.
Zanim zacznie się koncert-performance Dziewczyna z zespołu, sławna wrocławska aktorka zdąży powtórzyć te słowa na dziesiątki różnych sposobów – od niechcenia, jakby bawiąc się przed kamerą ich brzmieniami i znaczeniami. Widzimy jej twarz, drażniący kamerzystę język i rozczochrane włosy w jakimś szczególnie intymnym zbliżeniu. Skibińska w tej chwili wciela się w rolę Kim Gordon. Ale i tu trudno się pozbyć owego „jakby”. Na zaimprowizowanej scenie zaś, ściśniętej między kolumnami i służącymi widzom za krzesła nielicznymi schodkami, zobaczymy jej sobowtóra. W tej roli Justyna Wasilewska. Z ekranu więc, będąc jakby głosem przyszłości i dojrzałości, jedna Kim Gordon będzie próbowała komentować młodzieńczy zapał drugiej Kim, która, chronologicznie rzecz biorąc, jest Kim pierwszą, czyli zaczynającą karierę muzyczną basistką i wokalistką zespołu Sonic Youth. Tak przynajmniej odczytuję zamysł twórców. Ponieważ ilość wideo-interwencji zredukowano bodajże do dwóch czy trzech, fakt nawiązania pełnokrwistego dialogu „międzypokoleniowego” trudno w tym wypadku stwierdzić. Młoda Gordon była ponadto totalnie pogrążona we własnej (nie)rzeczywistości i nie zdradzała większej chęci komunikacji z kimkolwiek oprócz otaczających ją muzyków. Jej świadomość rozpływała się w mocnych gitarowych dźwiękach. Nawet gdy w przerwach na kolejnego papierosa próbowała wyartykułować własne myśli, były to raczej pojedyncze słowa, ułamki zdań, odgłosy jej wewnętrznego psychokoncertu.

2.
Dziwaczki studentek i absolwentek AST to nieco inna sprawa. Być może nie pasują do okładki tomu esejów teatralnych o wyraźnym wątku feministycznym, a jednak i tu dominacja żywiołu żeńskiego jest widoczna gołym okiem. Widoczna w sensie dosłownym. W dziewięcioosobowej obsadzie nie znajdziemy ani jednego mężczyzny. Scenariusz, reżyseria, choreografia i muzyka są natomiast dziełem Nataszy Sołtanowicz, która zręcznie łączy teatr formy, elementy choreograficzne, wokal i psychologizację postaci, a każdy z tych elementów nakreślony zostanie przez młode aktorki za pomocą drobnych, lecz sugestywnych detali.

Na odartym z jakiejkolwiek dekoracji poddaszu Teatru Współczesnego dostrzegamy półkręgiem rozstawione krzesła. Poza tym nic. Za chwilę usłyszymy tupot drobnych kroków nagłaśniany jakby przez panujące ciemności. Zza stojących po bokach sceny parawanów pojawia się pierwsza para aktorek. Dziewczyny ubrane są w długie czarne suknie przypominające habity zakonnic. Siadają na wybranych miejscach. Każdy ich ruch mieści się w ramach jakieś tajemniczej dla nas, lecz bardzo precyzyjnej choreografii. W ciszy z łatwością wyłapujemy rytm ich oddechów. Czas na kolejne przybyszki. Jak dotąd nie pada ani słowo. Jesteśmy świadkami mrocznej pantomimy. Nastrój grozy narasta, kiedy każda z aktorek po kolei, a następnie wszystkie razem zaczynają się dusić, desperacko łapiąc powietrze ustami. Wreszcie starannie tworzone napięcie wybucha nieoczekiwanym, przeraźliwym krzykiem. Z tego grupowego skowytu „narodzi” się jeszcze jedna postać. W białej sukience nocnej, zagubiona nie będzie wiedziała, gdzie się znajduje i jak się tu znalazła. A znalazła się po drugiej stronie znanej nam rzeczywistości. Przekroczyła granicę życia, żeby niewidzialnym widmem teraz bezsilnie przyglądać się łzom i rozpaczy swoich krewnych.

Dziwaczki to teatralny rytuał czuwania nad zmarłą połączony z poetycką alegorią trudów pośmiertnych duszy niegotowej do ostatecznego odejścia. Nieprzypadkowo wcześniej przyszło mi do głowy słowo „żywioł”. Sołtanowicz w swym przedstawieniu ogrywa kulturowy archetyp kobiety jako tej, do której należy domena żałoby. Mężczyźni zostają wypędzeni z przestrzeni gry, niczym laicy nieznający się na części sakralnej, która ma niebawem nastąpić. Tylko ciotki, siostry, babcie, matki są tu wtajemniczone w odbywające się misterium.

Wizje nakreślone w kolejnych obrazach-etiudach niepokoją swym bezlitosnym stosunkiem wobec głównej bohaterki. Kompletnie zdezorientowana dziewczyna bezapelacyjnie skazana zostaje na piekło-czyściec kalejdoskopu powtórzeń, podwojeń i innych groźnych swym brakiem ziemskiej logiki fantazmatów. Szczególnie drastycznie, chociaż jednocześnie hipnotyzująco plastycznie wygląda konfrontacja głównej bohaterki z siedmiogłowym potworem mamiącym ją głosem matki. Nie oszczędzają jej i „żywi”. Wyraźnie zaznaczając granice między światami, w żaden sposób nie wspomagają podejmowanych przez zmarłą prób powrotu. Zrzucając jednak winę za tak „głupią” przedwczesną śmierć wyłącznie na barki młodej dziewczyny i nie podając żadnych konkretów, twórcy niepotrzebnie wkraczają na pole moralitetu, czego ta eschatologiczna przypowieść wcale nie potrzebuje.

3.
Twórcy Dziecka piasku zaczynają z daleka i powoli, nie spiesząc się, by zarysowywać główną oś dramaturgiczną. Najpierw, czyli zanim jeszcze zacznie się przedstawienie, próbują zjednać sobie widza, zadbawszy o jego komfort. Zabieg ten należy uznać za wyraźny festiwalowy trend. Zwycięzcą w tym nieoficjalnym wyścigu należy jednak uznać Łukasza Pawłowskiego. Za pomocą kołder i poduszek próbował odtworzyć warunki domowego łóżka, szczerze i z zapałem zachęcając do oglądania jego koncertu-performansu w pozycji horyzontalnej. Szanse na wygraną mieli też Gender Unplugged, lecz niestety nie udało mi się skosztować rozdawanego przed przedstawieniem popcornu. Chociaż chęć dokarmienia zgłodniałej festiwalowej publiczności oceniam bardzo pozytywnie.

W Dziecku piasku gościnność zostaje zręcznie wpisana w wybraną dla przedstawienia poetykę Tysiąca i jednej nocy skrzyżowaną ze szczególną atmosferą fety w ośrodku krysznaitów. Dwójka panów z gołymi torsami, przypominających cyrkowych siłaczy czy bodyguardów jakiegoś sułtana, gestem wskazuje widzom wolne miejsca. Tym, którzy chcą być najbliżej akcji, ofiarują poduszki amfiteatralnie ułożone na scenie, gdzie z herbatą i suszonymi figami na pięknych miedzianych tacach czeka ubrany w niebieską galabiję Mikołaj Woubishet. Kiedy zgasną światła, zaprezentuje się jako opowiadacz czekającej na wysłuchanie historii. Zrobi to ze swadą i zapalczywością proroka mającego zbawić swym opowiadaniem świat, oczyścić go z grzechu i podarować mu płomyk nadziei. Trzyma w rękach księgę mającą swoimi solidnymi gabarytami przemawiać na rzecz autentyczności opisanych w niej wydarzeń. Księgę tę, jak się dowiadujemy, należy uznać za szczególnego rodzaju autobiografię, ostatnie wyznanie, dla zilustrowania którego narrator-reżyser zwołuje na scenę czwórkę ubranych na biało aktorek z zespołu Kagyuma.

Historia zainspirowana powieścią Marokańczyka Tahara Ben Jellouna pod tym samym tytułem zaczyna się więc jak prawdziwa wschodnia bajka. Kończy się natomiast niczym mało pocieszająca w swym przesłaniu tragedia grecka. Najpierw wydaje się, że głównym jej bohaterem stanie się „nieszczęsny” ojciec, którego żona rodzi mu same dziewczynki. Kiedy ma ich już siedem, ów poczciwy pan postanawia, że ósme dziecko bez względu na wszystko będzie synem. W ten oto sposób na scenie, przemierzając ją niepewnym krokiem pierwszych prób stania na nogach, pojawia się Ahmed, a my zaczynamy chwytać główny wątek przedstawienia – jak to określono w notce programowej – „wielogłosowego poematu o wolności i transgresji, przekraczaniu granic siebie i własnego ciała, o tłumionej i rodzącej się seksualności”.

Jak nietrudno się domyślić, Ahmed nie jest chłopcem. Na chłopca został „wyznaczony” bezwzględną wolą ojca, który tym skrajnie mizoginicznym gestem skazał go/ją na schizofreniczną tożsamość hermafrodyty o kobiecym ciele i zinternalizowanym pod społeczną presją męskim sposobie zachowania. Paradoksalność tego stanu przeraża i wzbudza niedowierzanie samych opowiadających. Aktorki, pochyliwszy się nad losem nieszczęsnego/nieszczęsnej, w pewnym momencie odkładają maski granych postaci, żeby półprywatnie podzielić się własnymi wątpliwościami. Jednak Woubishet, pragnący przejść do następnego rozdziału „księgi”, ucina je równie patriarchalnym gestem. Lecz im dłużej trwa opowieść, tym szybciej wyparowuje ta nośna wieloznaczność rodem z Orlanda Wirginii Woolf. Poetyckość natomiast niespodziewanie ustępuje grotesce, której szczytem jest zachęcanie widzów do wspólnego nucenia piosenki-mantry, której nie mogę nie zacytować w całej jej rozciągłości:

Się pocę i płonę,
Bo ściga mnie członek!
I spadam, i tonę,
bo ściga mnie członek!
Na męża, na żonę,
Znów ściga mnie członek!
Zmarszczony jak figa
Znów członek mnie ściga!

Dziecko piasku, uderzając w jakże sugestywnie zobrazowany wyżej fallocentryzm, zamienia się w jeden wielki akt oskarżenia. Oskarżać – to kolejny festiwalowy trend. Niestety, jego totalność zbytnio uniwersalizuje szereg zarysowanych wcześniej problemów, niwelując konkrety i detale, jak to było w wypadku Wkurwionych kobiet w leju po Polsce. Szkoda mi jednak w tym wypadku, że tak bezapelacyjne przesłanie (nomen omen) przesłania najlepszą, moim zdaniem, kreację aktorską całego festiwalu, czyli zadziwiającą pracę Kamili Salach w roli wspomnianego Ahmeda. W trakcie szczodrych oklasków jej drżące, targane wewnętrznymi impulsami ciało niemogące się uspokoić, otrząsnąć się z głęboko przeżywanej rzeczywistości przedstawionej, jej pełne szczerych łez oczy powiedziały więcej niż wszystkie rymowane zwrotki i wykrzyczane zarzuty.

27-04-2018

galeria zdjęć 39. Przegląd Piosenki Aktorskiej Nurt Off, Wrocław 16-25 marca 2018 39. Przegląd Piosenki Aktorskiej Nurt Off, Wrocław 16-25 marca 2018 39. Przegląd Piosenki Aktorskiej Nurt Off, Wrocław 16-25 marca 2018 39. Przegląd Piosenki Aktorskiej Nurt Off, Wrocław 16-25 marca 2018 ZOBACZ WIĘCEJ
 

39. Przegląd Piosenki Aktorskiej Nurt Off, Wrocław 16-25 marca 2018

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę: