AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Projekt Gombrowicz

Klementyna Suchanow, Gombrowicz. Ja, geniusz, Wydawnictwo Czarne 2017
 

Nad spuścizną pisarską Gombrowicza trudziło się już kilka pokoleń badaczy. Biblioteka gombrowiczologiczna to niemal pełny przekrój humanistycznych trendów i mód ostatnich kilkudziesięciu lat. W twórczości autora Transatlantyku nieustannie przegląda się teatr, jej kody wciąż krążą w polskiej kulturze. Gombrowicz jest jak powietrze – żyjemy i mówimy nim, nawet o tym nie wiedząc. Trudno uwierzyć w to, że tak ważna postać nie doczekała się dotąd kompletnej biografii. Tę dotkliwą lukę wypełniła Klementyna Suchanow, autorka monumentalnej książki Gombrowicz. Ja, geniusz, która ukazała się jesienią minionego roku. Dzięki jej pracy potężny gmach wiedzy o nim, który stał dotąd na głowie, uzyskał wreszcie solidny fundament.

Suchanow napisała swoją książkę właściwie z rozpędu. Przed kilkunastu laty wydała pracę Argentyńskie przygody Gombrowicza, potem odcyfrowywała biograficzny szyfr Kronosa, robiąc przypisy do argentyńskiej części tekstu. Po tych doświadczeniach nie pozostawało nic innego, jak zabrać się za to, do czego nikt dotąd się nie kwapił, i napisać porządną biografię. Po lekturze książki widać wyraźnie, że gombrowiczologia bez rzetelnie uporządkowanej wiedzy o życiu pisarza była zamkiem na piasku. Nie tylko z powodu oczywistych związków twórczości z biografią. Nieodłączną częścią dzieła Gombrowicza była praca nad stwarzaniem siebie jako artysty, negocjowanie własnej pozycji ze światem, szukanie przesmyków między słowem i „surowym” bytem, czyli – jak to ujął sam autor – mozolne czerpanie „dziurawą łyżką” z zupy życia. To jasne, że nie było mu obojętne, w jaki sposób zapisze się w świadomości potomnych. Zastanawiał się, co zrobi z jego życiem przyszły biograf. „Ciekaw jestem – pisał – czy i o mnie ktoś tylko ładną, laurkową i koniecznie cudaczną przy tym napisze monografię. Bo wielcy ludzie są tylko i wyłącznie wielcy i nikt ich zwykle nie ośmiela się dotknąć, jakby byli z galarety. Wszystko pomniejsze może tylko poniżyć wielkość geniusza. A przecież człowiek to kupa mięsa niczym nieróżniąca się od innej kupy”.

Jeśli to wskazówka dla biografa, to tkwi w niej nie lada wyzwanie. Świadectwem zmagań z „kupą mięsa”, a wiec z życiem, zredukowanym do najprostszych faktów egzystencjalnych, był przecież Kronos. Jednak ten zapis doświadczeń ciała, bądź – jak to ujął Grzegorz Jankowicz – zbiór „odprutych z form” inskrypcji, odciskających ślady biologicznego trwania w języku, nie da się złożyć w harmonijną całość z autobiografią literacką, jaką są Dzienniki. Klementyna Suchanow szczęśliwie nie podejmuje gry z autokreacjami pisarza, lecz przyjmuje własną – dość zaskakującą – strategię opisu. Kluczem do biografii pisarza są dla niej miejsca. Nie daty (układ książki jest chronologiczny, ale porządek temporalny nie ma kluczowego znaczenia), nie zdarzenia, ale właśnie geografia porządkuje fakty z życia pisarza. Cezury narracyjne wyznaczają mapy, pozwalające podążać za kolejnymi jego adresami i przystankami życiowymi. Przyporządkowanie poszczególnych etapów życia geografii ma sens nie tylko przewodnikowy. Miejsca to również przestrzenie – rodzinne, towarzyskie, kulturowe. Suchanow odtwarza je precyzyjnie, nasycając swój opis nadzwyczajnym bogactwem detali. Odmalowuje wystroje wnętrz w dobrach rodzinnych Gombrowiczów, odtwarza rozkład ich warszawskich mieszkań, uchyla drzwi do pokoju małego Itka, pozwalając niedyskretnie rozejrzeć się po jego garderobie i półce z książkami. Przywołuje obraz Szkoły Świętego Stanisława Kostki, której klimat, sztubackie obyczaje i grono pedagogiczne znalazły odzwierciedlenie w Ferdydurke. Odświeża atmosferę przedwojennej Warszawy – jej kawiarń, salonów i modnych sklepów, rekonstruuje marszruty spacerów i codziennych pielgrzymek do Ziemiańskiej, SIM-u czy Zodiaku. Dzięki plastyczności opisu, czytelnik może stać się niemal świadkiem podróży Gombrowicza: bliskich – do Zakopanego, Paryża czy w Pireneje, i dalekich – do Argentyny i z powrotem do Europy po ponad 20 latach wygnania. Legendarny rejs na Chrobrym w sierpniu 1939 roku to fascynujący reportaż, okraszony szczegółami pokładowego menu, towarzyskich rozrywek i życia erotycznego pasażerów. Nie mniej sugestywny jest obraz spotkania z Buenos Aires, na które autorka stara się patrzeć oczyma Gombrowicza. Barwne wzory, kreślone przez neony na tle nocnego nieba, wystawy sklepów mijanych na ulicy, wiodącej z portu do miasta, giętkość ciał młodych Argentyńczyków, wielkomiejski sznyt wieżowców, tak odbiegający od klimatu raczej płaskiej przedwojennej Warszawy – wszystkie te szczegóły składają się na obraz o niezwykłej intensywności. Wrażenia, zanotowane przez Gombrowicza, uzupełnia wiedza, pochodząca z kwerend archiwalnych autorki. Suchanow wertuje stare gazety, przegląda rubryki towarzyskie, studiuje lokalne ceny i stosunki polityczne. Interesuje ją życie elit i świat usług erotycznych, argentyńskie salony literackie i kroniki policyjne. Jej książka kreśli szeroką panoramę obyczajów, kultur, idei i realiów ekonomicznych na dwóch kontynentach w chwilach wielkich dziejowych przełomów. Ta metoda otwiera nieoczekiwane perspektywy dla narracji biograficznej – pokazuje pisarza w gorącym tyglu zmian, zmuszonego do nieustannej korekty własnej tożsamości. Gombrowicz w ujęciu Suchanow jest bohaterem w ruchu, migotliwym, niejednoznacznym, samostwarzającym się w nieustannym zwarciu z rzeczywistością. Pozostaje zawsze na kontrze – wobec swojej sfery społecznej, wobec koterii literackich, polskiej emigracji, konwencji towarzyskich i stylów życia. Zależnie od okoliczności bywa paniczykiem, outsiderem, błaznem, kawiarnianym guru, konserwatystą bądź lewicowcem. Czasem autorce udaje się uchwycić go bez maski, jak wówczas, gdy otrzymuje wiadomość o śmierci matki albo w chwili rozterki, kiedy nie wie jeszcze, jaką przyjąć rolę na użytek świata. Tak dzieje się w drugiej połowie lat pięćdziesiątych, gdy po długich i żmudnych staraniach Ferdydurke wreszcie trafi na europejski rynek księgarski. Gombrowicz staje się wówczas literackim odkryciem, osobistością, której nazwisko wymienia się jednym tchem z Sartrem, Butorem, Borgesem, Genetem i innymi luminarzami egzystencjalizmu. To moment, w którym wypada wybrać strategię autopromocyjną. Autor Transatlantyku nie chce uchodzić za zapóźnionego debiutanta, emigracyjnego rozbitka czy osobliwość peryferyjnej kultury – od wydawców domaga się honorariów, odpowiednich dla pisarza najwyższej rangi, krzywi się na eksponowanie w przedmowach swojej polskości, pragnąc uchodzić za twórcę uniwersalnego. W budowaniu pozycji liczy się też wizerunek, a na tym Gombrowicz zna się jak mało kto, toteż pół żartem, pół serio zastanawia się, w jakiej pozie ukazać się światu: czy to ma być „Olimp Goethego? A Erazm lub Leonardo? Tołstoj z Jasnej Polany? «Dandyzm metafizyczny» Jarry’ego czy Lautreamonta? Tycjan lub Poe”. Paleta możliwości jest szeroka, ważne byle jak najdalej od modelu „wieśniaka z Sandomierskiego”. Co ciekawe, gdy wiosną 1963 roku znajdzie się w Paryżu, będzie szokował oprowadzającego go po francuskich salonach Konstantego Jeleńskiego pozą staromodnego konserwatysty, kręcącego nosem na francuskie nowinki. Gdy przyjaciel stawał na głowie, by przedstawić go jako pisarza na miarę nowoczesnego Zachodu, Gombrowicz – jak zauważa Suchanow – „sprowadzał ten Zachód do parteru”. Ostentacyjnie manifestowana anachroniczność bywa nie tylko gestem nonkonformizmu, ale również narzędziem nieustraszonej gombrowiczowskiej dialektyki. Chodzi o to – objaśniał – by „najświeższe trucizny przewozić na starej, prowincjonalnej bryczce”.

W karierze Gombrowicza, mimo precyzyjnie wytyczonych celów, nie brak geograficznych paradoksów. Po wojnie bycie polskim pisarzem oznaczało dwie możliwe drogi – przyjęcie statusu literata emigracyjnego, bądź współpracę z reżimem, zainstalowanym w Warszawie, za cenę apanaży i wielkonakładowych publikacji. Suchanow opisuje dramatyczną walkę autora Ferdydurke o to, by nie utknąć w żadnej z tych kolein i zachować niezależność. Bycie outsiderem okazało się trudne, choć czasem pozwalało czerpać profity z obu źródeł: Gombrowicz po wielu latach życia w skrajnej biedzie otrzymuje szansę na małą stabilizację dzięki posadzie w „reżimowym” Banco Polaco oraz zgadza się na wznowienie Ferdydurke w Polsce, czym narazi się nieprzejednanym środowiskom polonijnym. Z drugiej strony – nawiązuje stałą współpracę z paryską „Kulturą” i pisuje felietony dla Radia Wolna Europa. To jednak nie publikacje emigracyjne dadzą mu międzynarodowy rozgłos, lecz popularność w Polsce podczas październikowej odwilży. Rozszczelnienie żelaznej kurtyny spowodowało wzmożone zainteresowanie lewicujących elit francuskich tym, co się dzieje na wschodzie Europy. Sam Gombrowicz jakby nie dowierzał, że zapyziała Polska może stać się trampoliną dla jego twórczości, co opóźniło pojawienie się jego dramatów na scenie. Po 1956 roku z kraju posypały się propozycje: gotowość wystawienia Ślubu zgłosił Tadeusz Byrski w Kielcach, wprowadzenie go do repertuaru rozważał również Teatr Narodowy. Tadeusz Kantor z kolei był gotów wystawić Iwonę, księżniczkę Burgunda. Gombrowicz pokrzyżował część tych planów. Będącemu już w próbach Byrskiemu oświadczył kategorycznie, że nie zgadza się, „aby Ślub miał debiutować na prowincji, prowincjonalnymi siłami, przed kielecko-radomską publicznością”, ponieważ „bomba nie jest po to, aby wybuchła na peryferiach”. Nie widział też miejsca dla swoich sztuk w teatrach eksperymentalnych, co z kolei odebrało szansę projektowi Kantora. Ostatecznie w 1957 roku udało się wystawić prapremierę światową Iwony, księżniczki Burgunda w stołecznym Teatrze Dramatycznym, w inscenizacji debiutującej w roli reżyserki Haliny Mikołajskiej.

Z rangi pisarskiej Ślubu zdawały sobie sprawę środowiska emigranckie. Maria Kuncewiczowa organizowała w Londynie czytania sztuki, by zainteresować nią miejscowych ludzi teatru. W rozważaniach na temat potencjalnego reżysera, jakie snuła w listach do Gombrowicza, pojawiło się nawet nazwisko Petera Brooka. W Stanach Zjednoczonych Litka de Barcza, znajoma Witolda z czasów warszawskich, rozpoznawała grunt w Hollywood. Ślub trafił nawet w ręce Jean-Louisa Barraulta, z którym los zetknął Gombrowicza w Argentynie. Ostatecznie palma pierwszeństwa przypadła Jerzemu Jarockiemu, który wystawił sztukę w teatrze studenckim w Gliwicach, choć za prapremierę światową zwykło się uważać inscenizację Jorge Lavellego, zrealizowaną w 1963 roku w Paryżu.

Co ciekawe, w tym samym czasie, w którym twórczość Gombrowicza nabierała rozgłosu w Europie, pozostawał pisarzem prawie zupełnie nieznanym w Argentynie, gdzie przeżył 24 lata. Gdy w 1962 roku do Buenos Aires przybyła światowa czołówka pisarzy zaproszonych na Kongres PEN Clubu, Gombrowicz, dla którego nie znalazło się miejsce na liście gości, mógł oglądać ich co najwyżej przez szybę.

Mapa recepcji drastycznie rozmija się wówczas z geografią twórczości. Argentyna, choć prawie w niej nieobecna, okazuje się siłą sprawczą i nieocenionym źródłem inspiracji dla kolejnych książek. Próżnia, w jakiej znalazł się Gombrowicz po zejściu na ląd z pokładu Chrobrego, a potem niemal dekada klepania biedy w obcym środowisku, bez stałego zajęcia i widoków na przyszłość, okazały się przestrzenią wolności. Ten wymuszony reset, konieczność zaczynania wszystkiego od zera w obcym środowisku, bycie anonimowym cudzoziemcem z nieznanego kraju – mimo skrajnego ubóstwa – dawały poczucie swobody i możliwość życia w zgodzie z własną naturą, bez presji konwencji towarzyskich, bez konieczności respektowania norm własnej sfery i zmagań, by sprostać oczekiwaniom rodziny. Ten „ciemny” okres, będący czasem zanurzenia w wolność przy równoczesnym braku aktywności pisarskiej, jest jedną z najbardziej frapujących części opowieści Suchanow. Bujne życie erotyczne, przygody z chłopcami z dzielnicy Retiro, nierzadko kończące się kradzieżą bądź zatrzymaniem na komisariacie, afronty ze strony miejscowej Polonii, dla której przestawał być człowiekiem z dobrego towarzystwa, niejasne kontakty z uwikłanym w działalność wywiadowczą kuzynem, coraz gorzej rokujące próby uzyskania finansowego wsparcia, wreszcie – nawiedzanie styp nieznanych nieboszczyków, by chyłkiem najeść się do syta, wszystko to w barwnym, niestroniącym od drastycznych szczegółów opisie autorki przypomina scenariusz powieści łotrzykowskiej. Suchanow ustala fakty i tropi prywatne mitologie gombrowiczowskie, wyhodowane już później, gdy to pierwsze „dotkniecie” obcego świata dojrzało do sublimacji literackiej. Bo doświadczenie argentyńskie owocuje nowym przypływem twórczej energii. Po „wynurzeniu” z odmętów lat wojny i uzyskaniu względnej stabilizacji dzięki posadzie w Banco Polaco Gombrowicz znów zaczyna pisać. Powstają: Ślub, Transatlantyk, Pornografia, Dzienniki. Autorka odnajduje w nich tropy autobiograficzne, co pozwala zobaczyć te teksty w nieco innym świetle. Właściwie dobrze jest je przejrzeć raz jeszcze, czytając równolegle książkę Suchanow. W tym kontekście szczególnego dramatyzmu nabiera lektura Ślubu. Gdy Gombrowicz, siedząc w ciemnym pokoju przy ulicy Venezuela, rzucał na papier pierwsze sceny dramatu, w których Henryk z trudem rozpoznaje wykoślawione rysy dworu w Małoszycach, nie wie jeszcze, czy ktokolwiek z rodziny przeżył wojnę. Ale sen, z którego wyłania się zdegradowana rzeczywistość szlacheckiego gniazda, jest poniekąd proroczy. Małoszyce wprawdzie zostały sprzedane tuż przed wojną, ale dom w Bodzechowie, w którym część familii spędziła lata okupacji, już nie istnieje. Majątek został rozparcelowany, jego gospodarz, Janusz Gombrowicz, rozpoznany na ulicy przez byłego fornala, który wstąpił na służbę do UB, zostaje oskarżony o działanie przeciwko partyzantce. W powstaniu spłonęło warszawskie mieszkanie Gombrowiczów, matka i siostra znalazły schronienie w wynajętym pokoju w Kielcach. Rodzina jest w rozsypce. To koniec ziemiańskiego świata i zagłada całej konstelacji kulturowej, która uformowała Gombrowicza. Nie ma już żydowskich przyjaciół pisarza – Brunona Schulza, o którego wciąż dopytuje się w listach do kraju, i gwiazdy jego literackiego stolika, Zuzanny Ginczanki. W książce te dwa plany się przenikają: z jednej strony jest Argentyna, w której pracujący nad Ślubem Gombrowicz usiłuje złożyć sobie z doniesień prasowych, korespondencji i relacji pierwszej fali powojennych emigrantów jakiś obraz tego, co zostało z Europy, z drugiej – parcelacja majątku w Bodzechowie, losy mebli i obrazów, domów i kawiarń – całej mapy miejsc gombrowiczowskich, które legły pod gruzami dziejowej katastrofy.

Równolegle z książką Suchanow warto też czytać Transatlantyk, by zobaczyć, jak odcisnęły się w nim przeżycia Gombrowicza z czasów argentyńskiej „inicjacji” oraz późniejsze doświadczenia z Banco Polaco, będącego dobrze zakonserwowaną enklawą przedwojennej Polski. To właśnie tam korzystający z protekcjonalnej synekury pisarz rozczytywał się w godzinach urzędowych w staropolskich pamiętnikach, z których czerpała natchnienie stylizacja językowa Transatlantyku. Publikacja książki mocno zirytowała Polonię, odezwali się nawet współpasażerowie z rejsu na Chrobrym. Okoliczności pozostania pisarza w Argentynie wydały się nagle podejrzane, zarzucano mu nawet dezercję. Gombrowicz nie pozostawał dłużny, korzystając z każdej okazji, by wyprowadzić rodaków z równowagi. Suchanow zajrzała do zapisków pracownika Banco Polaco, Kazimierza Rytla, w których zachował się opis, w jaki sposób pisarz dręczył go przez kilka dni, poprzedzających śmierć Stalina: „Gombrowicz – notował Rytel – zamęcza mnie wielkością i niemal świętością Stalina. Powołuje się na notatki (obrzydliwe) z prasy i rozczula się, że miliony stoją na mrozie i opłakują niechybną śmierć tego najszkaradniejszego dyktatora. (…) Twierdzi o moralności tego zbrodniarza! Napoleon był zerem w porównaniu ze Stalinem”. By ostatecznie przygwoździć przeciwnika, pisarz dodawał: „Oj wy, Polaczki, Polaczki, nie wiecie, co świat i ludzkość traci z odejściem tego największego geniusza”.

Warto też zobaczyć Gombrowicza, jak tworzy kolejne stoliki, przy których gromadzą się młodzi chłopcy, przyszli pisarze i intelektualiści, zaciekawieni jego osobowością. Przy jednym z nich, w kawiarni Rex w Buenos Aires, powstanie hiszpański przekład Ferdydurke. Inny, utworzony w miasteczku Tandil, stał się poligonem ćwiczebnym dla Pornografii. Studia biograficzne Suchanow rzucają ciekawe światło na relacje Gombrowicza z młodością jako obiektem erotycznej fascynacji i podatną materią do eksperymentów w dziedzinie formy międzyludzkiej. Co ciekawe, dar pisarza do przyciągania młodych nie słabnie mimo upływu lat. Przy jego stolikach przesiadują chłopcy z różnych generacji. Bywalcy Rexa są wychowankami mieszczańskiego świata, zapatrzonymi we wzorce francuskie. Chłopcy z Tandilu są już zafascynowani kulturą amerykańską: słuchają Elvisa Presleya, czytają beatników, niektórzy dają się uwieść idei marksistowskiej. Bo do Argentyny zbliża się rewolucja, w sennych miasteczkach dorastają jej przyszli herosi. Kilku znajomych Gombrowicza zwiąże z nią swoje losy, starzejący się pisarz będzie miał okazję śledzić, jak marksistowskie fantazje, w których krystalizują się marzenia o nowym, bardziej sprawiedliwym ładzie, opanowują umysły jego młodych przyjaciół. Destabilizacja Ameryki Łacińskiej, przez którą przetaczają się kolejne przewroty prawicowe i lewicowe, pilnie śledzone przez Gombrowicza (w przypadku rewolucji peronistowskiej nawet z bardzo bliska), znajdą odzwierciedlenie w Operetce. Doświadczenia osobiste pisarza, obserwującego dynamikę sytuacji powojennej z kontynentu, który właśnie stracił dawną „formę” i stał się poligonem dla nowych projektów politycznych, pozwala nieco inaczej spojrzeć na ten tekst, który zwykło się interpretować z perspektywy doświadczeń europejskich.

Monumentalnych rozmiarów materiał biograficzny, zgromadzony przez autorkę, okazuje się przydatny nie tylko w lekturze jego dzieł. Koncepcja książki-atlasu, pełnej szczegółowo rozrysowanych map szlaków życiowych, kulturowych kontekstów i transkontynentalnych interakcji, pozwala dostrzec jeszcze jeden wymiar egzystencjalnej sytuacji Gombrowicza jako pisarza bez miejsca i kulturowych zobowiązań, swobodnie przemieszczającego się pomiędzy polską peryferyjnością i intelektualnymi centrami świata. Suchanow w pasjonujący sposób pokazuje determinację swego bohatera, by wyswobodzić się od presji ze strony współrodaków, uchylić od gestów lojalności i politycznych deklaracji. Ta niechęć do zaangażowania dość drastycznie kłóciła się czasem z regułami środowiskowej solidarności, jak wówczas, gdy Gombrowicz odmówił podpisania deklaracji poparcia w sprawie Czesława Miłosza, po zerwaniu poety z Polską komunistyczną. Po raz kolejny zademonstrował wtedy swoją niechęć do opowiadania się po którejkolwiek ze stron, oznajmiając, że pragnie pozostać „sam jak palec (…) póki tylko to nie będzie karane więzieniem”.

Walka Gombrowicza o pisarską autonomię, o bycie „gdzie indziej”, ponad zależnością od miejsca i terytorium wyprzedzała epokę ponowoczesnosci, w której człowiek przestał być produktem swojego zakorzenienia i otrzymał możliwość uczestnictwa w swobodnym przepływie tożsamości. 

Książka Klementyny Suchanow, pisana z detektywistycznym nerwem, zadowoli tropicieli gombrowiczowskich zagadek. Sferą niedomówień, owianą wieloma legendami, jest choćby życie erotyczne pisarza. Zainteresowanie nim podsyciła publikacja Kronosa. Autorka książki pisze o przygodach intymnych Gombrowicza bez pruderii, wtajemniczając czytelnika w okoliczności pierwszych doświadczeń erotycznych, fascynacje ciałami parobków, inicjacyjne wyprawy w krzaki Powiśla i flirty z pensjonarkami. Śledzi rejestry dostawców płatnej miłości płci obojga i odsłania tajną mapę homoseksualnej stolicy. Zagląda do książeczki wenerycznej pisarza i docieka losów jego kartoteki w aktach policyjnych w Buenos Aires. Usiłując znaleźć dla preferencji seksualnej Gombrowicza odpowiednią kategorię, wskazuje na efebofilię jako skłonność, która mogłaby wytłumaczyć erotyczną fascynację pisarza młodością. Z jej książki wyłania się jednak znacznie bogatszy repertuar tożsamości, w liście do jednej z przyjaciółek Witold wyzna nawet, że czuje się kobietą.

Nieuchwytna i wielobarwna osobowość Gombrowicza prowokuje do wycieczek w dzieciństwo. Miłośnicy rebusów psychoanalitycznych niejednokrotnie zwracali uwagę na relacje pisarza z matką, niepozbawione okrucieństwa ze strony usiłującego wyzwolić się spod wpływu rodzicielki syna. Suchanow wydobywa z cienia postać Antoniny Gombrowicz, rozwiewając wiele mitów na jej temat. Z jej dociekań wyłania się portret kobiety inteligentnej i świadomej, nieomal feministki, domagającej się na łamach prasy ziemiańskiej wyzwolenia kobiet spod opieki prawnej mężczyzn, rozprawiającej o uczestnictwie kobiet w życiu publicznym i wychowaniu dzieci. Otrzymujemy też wgląd w rozgrywający się w domu Gombrowiczów dramat rodzinny – odrzucenie Antoniny przez męża (sam Witold podejrzewał, że jego poczęcie mogło być następstwem gwałtu), jej samotność, niełatwe relacje z dziećmi i upokorzenie niemal jawnie zdradzanej żony. Wszystko to złożyło się na niestabilność emocjonalną, która wyrobiła jej opinię kobiety neurotycznej, trochę dziwaczki, będącej łatwym celem prowokacji nawet dla własnych synów.

Suchanow wydobywa z przeszłości jeszcze jeden, niedostrzeżony dotąd, wątek formacyjny w biografii pisarza. Była nim wojna 1920 roku. Gdy Armia Czerwona zbliżała się do Warszawy, niemal cała klasa Witolda prosto z ław szkolnych trafiła na front. Presja, by wziąć udział w patriotycznym zrywie, była potężna. Chłopcy, którzy nie przywdziali jeszcze munduru, byli na ulicach zawstydzani przez rówieśniczki. Gombrowicz właśnie wtedy zdał sobie sprawę, jak obca jest mu służba w wojsku, i jak dalece nie pasuje do obowiązujących w jego sferze standardów męskości. Na fali ogólnonarodowej mobilizacji trudno było uniknąć jakiegoś gestu zaangażowania, toteż zapobiegliwa matka znalazła mu zajęcie na miejscu, zapisując do pomocy w Czerwonym Krzyżu, gdzie przygotowywano paczki na front.

Po raz kolejny Gombrowicz znajdzie się pod presją patriotycznego obowiązku w latach wojny, gdy wysłannicy polskiej misji wojskowej poszukiwali w Ameryce Południowej ochotników. Operacja ta nie przyniosła wielkich rezultatów, ale pisarz, by uniknąć kłopotliwych pytań o powód uchylania się od służby wojskowej, starał się schodzić rodakom z oczu.

Zwraca uwagę skąpość jego związków z teatrem. Jeden z najwybitniejszych polskich dramaturgów raczej nie był namiętnym widzem. Z przeglądu, jaki zrobiła autorka książki, wynika, że Gombrowicz nie interesował się zanadto awangardowymi prądami w przedwojennym polskim teatrze. W latach szkolnych miał za to okazję poznać dobrze świat operetki, i to z tej formy skorzystał później w Iwonie, księżniczce Burgunda i w Operetce, by „nowoczesne trucizny przewozić na starej bryczce”. 

Klementyna Suchanow przypomina, że jednym z najciekawszych projektów performatywnych Gombrowicza był on sam – samostwarzający się, „wrzucony w byt” podmiot, którego tożsamość ustalała się w toku skomplikowanych negocjacji – z innymi ludźmi, z geografią, kulturą, historią. Na tę dynamiczną sieć powiązań nakłada się proces twórczy samej autorki, jej książka bowiem jest nie tyle biografią napisaną, ile doświadczoną. Suchanow odwiedziła niemal wszystkie miejsca związane z życiem swojego bohatera realnie i potencjalnie, włącznie z archiwami Akademii Szwedzkiej, w której ważyły się losy kandydatury Gombrowicza do Nagrody Nobla. Chodziła tymi samymi ulicami, szukała śladów miejsc, których już nie ma, chłonęła widoki, na które mógł patrzeć. Praktyczne dotkniecie tamtych przestrzeni i próby odtworzenia zmysłowych doznań okazały się nieocenione w pozyskaniu wiedzy, niedostępnej dla badacza pracującego wyłącznie przy biurku. Suchanow zachowuje przy tym wzorowy dystans do swojego bohatera, bodaj tylko raz znacząc opowieść o jego życiu osobistą sygnaturą. W opisie chrztu Witolda, który odbył się 6 września 1904 roku, autorka jakby mimochodem kieruje wzrok na kartkę z kalendarza, stwierdzając zadziwiającą zbieżność: był to dzień świętego Witolda i… Klementyny!

17-01-2018

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (2)
  • Użytkownik niezalogowany Maciej Kosiński
    Maciej Kosiński 2018-01-17   20:43:15
    Cytuj

    Ciekawy trop ,podrózujemy z Suchanow za cieniem Gombrowicza,Znakomita recenzja,wyjatkowej książki.

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2018-01-17   11:38:09
    Cytuj

    "ŚLUB" - prapremiera litewska: Wilno, maj 1994 w Teatrze na Pohulance (Rosyjskim Teatrze Litwy), na zlecenie MKiS