AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Przyszłość, której nie było

Festiwal Dramatu we Wrocławiu
Doktorant Wydziału Nauk Społecznych na Uniwersytecie Wrocławskim. Absolwent Filozofii oraz Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Wrocławskim. Współpracuje z czasopismem naukowym "Znaczenia".
A A A
Między nami dobrze jest, reż. Radu Afrim,
Teatr Narodowy w Bukareszcie  

Przyszłość, zgodnie ze znanym powiedzeniem Yogi Berra, już nie jest taka jak niegdyś. Prognozy nie napawają optymizmem. Postapokaliptyczne wizje świata wyrastają w ciemnym lesie zbiorowych lęków niczym grzyby po toksycznym deszczu. Po światowym kryzysie gospodarczym, Krymie, Aleppo, ISIS i Brexicie w Stanach Zjednoczonych na głowę państwa wybrano miliardera, który ma troszczyć się (sic!) o pokrzywdzonych i przegranych, i wreszcie, wreszcie uczynić Amerykę wielką. Again! Żeby tego dokonać, mający niemieckiego dziadka i słoweńską żonę prezydent planuje zbudować wielki mur, który uchroni kraj emigrantów przed emigrantami. Taki plan.

Tymczasem Europa boryka się z nastrojami nacjonalistycznymi, sceptycznymi, ksenofobicznymi… Coraz mniej w tym zmaganiu zwykłego zdrowego rozsądku, a nawet tak chwalonego chłopskiego rozumu. Coraz więcej natomiast krzyku, buty, bezpardonowości i ignorancji. Nikt nie chce niczego argumentować, jak gdyby na takie głupstwa nie było już czasu. Przyszła pora na jednoznaczne deklaracje: za czy przeciw. Po czyjej jesteś stronie, Bracie? A liczba stron kurczy się proporcjonalnie do ilości wspomnianych postapokaliptycznych wizji. W swoim czasie pewien wysoko postawiony przedstawiciel Cerkwi prawosławnej w otwartym liście do Nikołaja Bierdiajewa prosił filozofa o prostą i jednoznaczną odpowiedź na proste i jednoznaczne pytanie: „Czy pan jest zwolennikiem czy przeciwnikiem Cerkwi prawosławnej?”. Tak czy nie? Bez wykręcania się! Lecz „naiwny” i „bezczelny” Bierdiajew nadal pisał długie książki, z których wynikało, że sprawa nie jest ani tak prosta, ani jednoznaczna.

Cóż wobec takiej przyszłości? Zwrócić się ku przeszłości? Piękna Przeszłości! Ileż to marzeń i nadziei! Jednak i tu nie ma szans na odnalezienie oazy westchnienia i sanktuarium spokoju. Przeszłość bowiem też już jest bardzo „inna” niż niegdyś. Pewien sławny rosyjski komik zatytułował jeden ze swoich występów Rosja – kraj z nieprzewidywalną przeszłością. Oto widzimy i słyszymy, że Polska też staje się obecnie krajem z nieprzewidywalną przeszłością. Tyle ostatnio w tej naszej przeszłości się wydarzyło, że jej! A na ile to jeszcze intrygujących wydarzeń z przeszłości po cichu nas przygotowują, jeden tylko heglowski duch historii chyba wie – albo i nie wie. Tymczasem językoznawcy z Oxfordu na słowo roku A. D. 2016 wybierają hasło „postprawda”.

Tyle różnych myśli, tych i nie tylko, krążyło po mojej głowie podczas Festiwalu Dramatu, który w ramach zakończenia i swoistego podsumowania czteroletniego projektu Strefy Kontaktu 2016 zorganizował Wrocławski Teatr Współczesny. Impreza nawiązywała do tradycji wrocławskiego Festiwalu Polskich Sztuk Współczesnych, który pod tą nazwą istniał ponad trzydzieści lat. Powiem wprost – przedsięwzięcie się udało. Czegoś takiego Wrocław z pewnością potrzebował. Sale na wszystkich przedstawieniach były wypełnione. Najczęściej po same brzegi. Co ważniejsze, festiwal odznaczał się sporą dawką przeróżnych emocji. Obojętności nie zauważyłem. Działo się i wrzało!

Po ośmiu przedstawieniach i trzech czytaniach pozostałem z uczuciem, że współczesność jest boleśnie ściśnięta między wyżej opisaną przeszłością a przyszłością. Miewa napady klaustrofobii oraz nerwicy pourazowej i przedurazowej. Ustami aktorów i piórami autorów próbuje się jakoś, nie wiem, usprawiedliwić, lecz robi to w sposób niezbyt oczywisty – z zaciekłością atakując wszystko i wszystkich. W ciągu sześciu festiwalowych dni lista nie pretensji nawet, lecz wprost wyrażonych oskarżeń o najgorsze wydłużyła się do imponujących, zachęcających do katalogowania i uporządkowania rozmiarów.

Ironiczno-sarkastycznie festiwal kończył spektakl Michała Borczucha pt. Apokalipsa. Rzadko kiedy, muszę powiedzieć, nazwy festiwalowych przedstawień tak ładnie się łączą w jednolitym dość przekazie. Śpiesząc się na Apokalipsę (kalambur godny panujących na festiwalu nastrojów), widzowie opuszczali budynek Teatru Współczesnego, gdzie przed chwilą gościli na czytaniu jeszcze nieukończonej sztuki Artura Pałygi pt. Wściekłość, która najprawdopodobniej będzie nosić tytuł Muzułmanie. Czytanie z dnia poprzedniego, a tak naprawdę prawie że gotowy spektakl, nosiło nazwę Sztuka mięsa. Na tekst Weroniki Murek, traktujący owo tytułowe mięso nie zawsze w sposób metaforyczny, Agata Duda-Gracz nałożyła jeszcze mniej metaforyzującą reżyserię. Aktorzy, zaczynający przedstawienie, przepraszam – czytanie, w śnieżnobiałych kostiumach, za pół godziny byli po uszy upaćkani w sztucznej krwi. Nadal przed oczyma mam skarpetki odpowiadającego za muzykę na żywo Cezarego Studniaka. Skarpetki czerwone niczym chusta pioniera. Jednym słowem, klimaty jak z rzeźni. Najniewinniejszy, jak się wydaje, tytuł, tytuł z niejaką nawet nutką optymizmu i ludzkiego ciepła, brzmiał Między nami dobrze jest. Lecz każdy, kto zna ten tekst Masłowskiej, pamięta, jak to „dobrze” wygląda. Od czasu jego publikacji między nami stało się jeszcze „dobziej”. Na tyle, że słowa z wyżej wspomnianej Sztuki mięsa o tym, że „człowiek człowiekowi mięsem” i „człowiek człowiekowi potrawą”, zaczynają nabierać coraz dziwniejszych skojarzeń i możliwości interpretacyjnych.

Spektakl Między nami dobrze jest Teatru Narodowego w Bukareszcie, jak mniemam, nie tylko dla mnie pozostał największym zaskoczeniem festiwalu. Grzegorz Jarzyna, wystawiając Masłowską w Warszawie osiem lat temu, poszedł w stronę abstrakcji i scenicznego ascetyzmu. Radu Afrim natomiast postawił na konkretność i detal, mnóstwo detali – w scenografii, aktorstwie i rozwiązaniach scenicznych. Ponadto Radu Afrim nie do końca zawierzył autorce. Pociął tekst, pomieszał sceny, wprowadził nowe postacie, pozmieniał stare, urozmaicił utwór od strony emocjonalnej. Wyszło ostro, dowcipnie, oryginalnie i na temat. Na szczególne brawa zasłużyła Mała Metalowa Dziewczynka grana przez Dorinę Chiriac. Jej końcowy monolog o pragnieniu nie-bycia Polką, lecz kimś „normalnym”, w trakcie którego po policzkach aktorki, grającej zazwyczaj role komediowe, płynęły szczere (wierzę w to) łzy, było jednym z najbardziej wzruszających przeżyć tych sześciu dni.

To wypieranie się polskości („polskiego nauczyłem się z kaset zostawionych przez sprzątaczkę”) stało się jednym z czterech tematów przewodnich festiwalu. Polskość uwierała znaczną część bohaterów. Drugim tematem przewodnim okazało poczucie zagrożenia ze strony muzułmanów i „barbarzyńskiego” Wschodu z Orianą Fallaci jako symbolem „ruchu oporu” wobec nadciągającego wroga. Włoska dziennikarka pojawiła się jako jedna z postaci w Apokalipsie. Jej nazwisko jest ciągle przywoływane we Wściekłości.

Trzeci temat-problem to wojna. Inaczej nawet – WOJNA!!! Wojny, których nie przeżyłam Weroniki Szczawińskiej po raz kolejny uzmysłowiły, przy okazji dowaliwszy prawie wszystkim – od Kubricka po Kapuścińskiego, że każda próba przybliżenia tego doświadczenia, próba ujęcia go za pomocą dzieł sztuki, nawet tych z najwyższej półki, narażona jest na definitywną klęskę. Będzie tylko bladym cieniem, namiastką, przeestetyzowanym obrazkiem czy naiwnym mędrkowaniem.Co wcale nie przeszkadza naukowcom z Instytutu Wojen Nieprzeżytych. Zamknięci w laboratorium niczym w klasztorze, wydają się nie zauważać absurdalności całego przedsięwzięcia. Oddają mu się z żarliwością i poświęceniem, wywołując w widzach zarazem salwy śmiechu i dreszcz niepokoju. 

Patriotyczny one man show Rafała Rutkowskiego pt. Żołnierz polski, pełen szyderstwa, autoironii, nieprzyzwoitych i niepoprawnych politycznie dowcipów oraz różnej maści obrazoburstwa, też śmieszy i przeraża. Chociażby dowcipami o Ministrze Obrony Narodowej, który w każdej musze widzi rosyjski minidron. Przecież to ktoś, kto ma kierować obroną naszego państwa?!Ponadto tekst Macieja Łubieńskiego i Michała Walczaka, biorąc wszystko w gruby nawias komizmu, wprost wykłada istotę przewodniego tematu za numerem cztery, czyli, upraszczając, coraz wyraźniejsze starcie na arenie politycznej „sił prawych” i „sił lewych”. Lejtmotyw ten zresztą bezpośrednio i na różne sposoby łączy się ze wszystkimi poprzednimi. Z jednej strony „lewactwo”, nie chcąc powiększyć zwartych szeregów „prawdziwych” Polaków, osłabia kraj, który musi przygotowywać się do wojny (Żołnierz polski). Z drugiej zaś istnieje „nadzieja”, że nadchodząca wojna wypleni to „paskudztwo” raz na zawsze (Wściekłość). Pomogą w tym, rzecz jasna, muzułmanie. No i wtedy na pewno między nami wreszcie będzie dobrze, albowiem „na tym polega demokracja wy kurwa tępe dzidy na przemocy i to nie symbolicznej. Żeby mieć wokół siebie ludzi podobnych do siebie” (Nie-Boska komedia. Wszystko powiem Bogu!).

Na koniec chciałbym dorzucić jeszcze temat piąty, uzupełniający, czyli narastającą niechęć do kapitalizmu w jego drapieżnej wersji oraz problem rosnącej przepaści między najbiedniejszymi a najbogatszymi. Długo by mówić. A jeżeli krótko, to widmo rewolucji krąży po Europie (patrz pod: Nie-Boska komedia. Wszystko powiem Bogu! Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego), a w Polsce popularności nabiera czasopismo „Nie Dla Ciebie” (Między nami dobrze jest). Nie wiem, być może niezdecydowany w swym stosunku do Cerkwi prawosławnej Bierdiajew miał rację, twierdząc, że demokracja bywa fantastyczna tylko w żywiole rewolucji. Mamy szansę się o tym przekonać. Z pewnością zastanowiłbym się nad innymi słowami rosyjskiego filozofa: „Wolność to pozbycie się nie tylko panów, ale również niewolników”. Bowiem obecnie sprawa wygląda tak, że nawet zwalczając panów, zwiększamy tylko liczbę niewolników.

28-12-2016

Festiwal Dramatu, 1-6.12., Wrocław

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: