AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Rycerze bez ideału

Raj wariatów, reż. Wawrzyniec Kostrzewski, Teatr Modrzejewskiej w Legnicy
Doktorant Wydziału Nauk Społecznych na Uniwersytecie Wrocławskim. Absolwent Filozofii oraz Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Wrocławskim. Współpracuje z czasopismem naukowym "Znaczenia".
A A A
Fot. Karol Budrewicz  

O najnowszym spektaklu Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy przed premierą dało się powiedzieć co najmniej dwie rzeczy. Po pierwsze, jest on oparty na zapomnianej i rzadko wystawianej sztuce Strindberga Klucze do Królestwa Niebieskiego. Po drugie, w tej zapomnianej i rzadko wystawianej sztuce sztokholmski mistrz, wbrew własnym przyzwyczajeniom, raczył sobie urządzić zabawę baśniowo-komediowymi motywami.

Cóż, napisana w 1892 roku sztuka, w odróżnieniu chociażby od wcześniejszej Panny Julii, rzeczywiście nie cieszy się i raczej nigdy nie cieszyła szczególną popularnością. Zresztą w tym samym roku Strindberg wydał trzy jednoaktówki, z których co najmniej dwie też raczej poszły w teatralną niepamięć. Tak już jest, że raz za razem wydawać arcydzieło dramaturgii potrafił tylko Szekspir, który niewątpliwie był kosmitą. Więc z tym „zapomnieniem” bardzo różnie bywa. Tak samo jak z bajkowością i komediowością. Podobno Mark Twain po przeczytaniu Klubu Pickwicka Karola Dickensa miał powiedzieć, że jeżeli w tej książce są śmieszne momenty, to nie udało mu się ich wyłapać. W wypadku przedstawienia Wawrzyńca Kostrzewskiego takie momenty akurat były i z ich lokalizacją uważny widz żadnych problemów nie powinien był mieć, tylko że cała ta baśniowość-komediowość jest tylko okładką. Widzimy ją w rozwiązaniach estetycznych, w niektórych wybranych konwencjach, w języku, doborze postaci. Jednak starczy spojrzeć ciut głębiej, żeby zorientować się, że spektakl jest o czymś zupełnie innym i całkiem inne niesie w sobie nastroje. I kiedy już to zrobimy, przed nami pojawi się główny problem legnickiej inscenizacji. Polega on właśnie na tym, że wspomniana sztuka, moim skromnym zdaniem, została zapomniana całkiem słusznie. W tym sensie, że to zdecydowanie nie jest najlepsze, najmocniejsze, najciekawsze czy jakiekolwiek inne naj (w pozytywnym sensie) dzieło Strindberga.

W centrum całej historii mamy eschatologiczne przygody pewnego bezimiennego Kowala, którego spotykamy już w pierwszej scenie, tylko że od razu na stole operacyjnym. Leży w samotności pod białym prześcieradłem. Za chwilę ma skonać. Ostatnie drgnięcia serca. Gdzieś z tylnych drzwi widowni wybiega Lekarz (Paweł Palcat). Za późno. Pacjent jest już tam, gdzie wszyscy kiedyś będziemy. Najlepszy czas, żeby wygłosić kilka ogólnych sentencji dotyczących marności ludzkiego losu. Doktorowi udaje się to na tyle dobrze, że ożywszy czy przekroczywszy granice życia i śmierci Kowal (okazuje się, że gra go Katarzyna Dworak) postanawia podzielić się własnymi przemyśleniami na ten sam temat. Zwłaszcza że jako świeżo upieczony nieboszczyk ma do tego święte prawo. Monolog, który usłyszymy, mimo całego piętrzącego się w nim patosu i nadekspresji, iskrzy swoistym poetyckim pięknem. Tylko że skończyć się musi machnięciem ręki i rezygnacją. Jak zobaczymy, w świecie – czy czymkolwiek jest to miejsce, gdzie przebywa nasz bohater – na „wielkie uczucia” jeszcze trzeba zapracować. 

Dowiadujemy się, że Kowal zamierza za wszelką cenę ponownie złączyć się z trójką wcześniej zmarłych dzieci. Lecz zanim dojdzie do tego spotkania, dobrym bajkowym obyczajem ma przejść przez kilka prób czy sprawdzianów. Tak naprawdę, o czym wprost wspomina jeden z trójki jego tajemniczych przewodników, ma odbyć podróż w głąb samego siebie. Jednym zdaniem – cognosce te ipsum.

Miejsca, przez które podróżuje, wcale nie przypominają „typowego” świata zmarłych. Po drodze spotyka doprawdy zadziwiający zestaw bohaterów, który bardziej odpowiadałby nie kowalowi (w tym wypadku chodzi o zawód), tylko jakiemuś profesorowi literatury czy historykowi sztuki. Najpierw zakochuje się w trędowatej Dulcynei (Gabriela Fabian), która z nie do końca dla mnie jasnych przyczyn przebrana jest za Amy Winehouse. Następnie uczestniczy w uroczystych obchodach srebrnego wesela Romea i Julii, gdzie bawią się między innymi Hamlet, Otello, Lady Makbet, Ofelia i Kapitan Cassio. Pod koniec zawita nawet do Stolicy Apostolskiej na audiencję do papieża (Robert Gulaczyk).  

Pięcio- czy sześciopoziomowa scena, niczym Drabina Jakubowa, ma odwzorowywać tę niełatwą drogę do raju. Tego raju, gdzie „wszyscy się spotkamy”. Ta ostatnia fraza staje się w przedstawieniu swoistym refrenem, kompasem i wielką obietnicą. Jest w tym coś z nauki o pustym piekle, którą głosił św. Grzegorz z Nyssy, ze wschodniochrześcijańskiej koncepcji apokatastazy, czyli nieuniknionego wybaczenia grzechów, wyzwolenia i zbawienia każdego, nawet samego diabła. Nie przez przypadek słowa te najczęściej słyszymy z ust św. Piotra (w tej roli bardzo charyzmatyczny i zabawny Paweł Wolak), którego jedyną bronią staje się ta nieugięta wiara w „ponowne spotkanie”.

Po piętnastominutowej przerwie za podnoszącą się kurtyną czeka na nas Schlaraffenland, Kukania, czyli Kraina Pieczonych Gołąbków, gdzie panuje obżarstwo i nicnierobienie. Nic się tu nie dzieje, bo żadna zmiana nie jest potrzebna ani pożądana. Wszyscy są z wszystkiego zadowoleni. Mieszkańcy cały czas leżą do góry nogami na olbrzymich poduszkach, niczym chłopi z obrazu Pietera Bruegla Kraina szczęśliwości. Naród śpi i jest mu z tym dobrze. Tylko zblazowana Królowa w wykonaniu Bogdana Grzeszczaka powoli szaleje od tego „nic-się-nie-dziania”. No i dostaje błyskawiczną rewolucję z Calineczkiem (Bartek Bulanda) na czele i zmieniającymi się co chwila żądaniami „bajkowego proletariatu”. Nie dziwię się, że akurat ta część spektaklu została chyba najlepiej, czyli w tym wypadku najżywiej odebrana przez publiczność. Dożyliśmy tych dziwnych czasów, kiedy samo słowo „minister” lub „opozycja” potrafi wycisnąć z widzów nerwowy chichot. Proszę jednak nie myśleć, że spektakl nagle stał się manifestem politycznym. Nic takiego. Tylko lekkie aluzje, które znajdują się raczej „w oku” patrzącego.

Odebrałem Raj wariatów jako ostre i bardzo nieprzyjemne oskarżenie, rzucone wprost całej naszej zachodniej cywilizacji. W spektaklu jawi się ona jako smutny karnawał masek, pod którymi dawno już nie ma żadnych twarzy. I tylko Don Kichot (rewelacyjny Rafał Cieluch) nie udaje, nie próbuje nic upiększać i udawać. Stracił wszystko, ale jeszcze nie stracił poczucia własnego upadku. Został więc jedynym prawdziwym bohaterem. Przy czym bohaterem we wszystkich znaczeniach tego słowa. I nieważne, że wygląda jak członek fanklubu lokalnego sklepu monopolowego. I niech jego wierny Rosynant bez przerwy popala sobie zielsko. W tym dymie nasza płynna ponowoczesność gdzieś sobie płynie, tylko nie za bardzo wiadomo, gdzie i po co. I skąd by to miało być wiadomo, skoro rycerze bez skazy i zmazy stali się rycerzami bez idei i ideału? Smutna to diagnoza. Ale czy prawdziwa? Miejmy nadzieje, że nie do końca.

4-01-2016

galeria zdjęć Raj wariatów, reż. Wawrzyniec Kostrzewski, Teatr Modrzejewskiej w Legnicy   Raj wariatów, reż. Wawrzyniec Kostrzewski, Teatr Modrzejewskiej w Legnicy   Raj wariatów, reż. Wawrzyniec Kostrzewski, Teatr Modrzejewskiej w Legnicy   Raj wariatów, reż. Wawrzyniec Kostrzewski, Teatr Modrzejewskiej w Legnicy ZOBACZ WIĘCEJ
 

Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy
August Strindberg
Raj wariatów
przekład: Marcus Wolfsdorff i Wawrzyniec Kostrzewski
adaptacja i reżyseria: Wawrzyniec Kostrzewski
scenografia: Ewa Gdowiok
muzyka: Piotr Łabonarski
ruch sceniczny: Helena Ganjalyan
obsada: Paweł Palcat, Magda Biegańska, Małgorzata Urbańska, Katarzyna Dworak, Paweł Wolak, Rafał Cieluch, Anita Poddębniak, Gabriela Fabian, Bartosz Bulanda, Magda Skiba, Bogdan Grzeszczak, Mateusz Krzyk, Albert Pyśk, Magda Drab, Robert Gulaczyk
premiera: 12.12.2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (2)
  • Użytkownik niezalogowany TEATROLOG
    TEATROLOG 2016-01-05   16:53:19
    Cytuj

    Urzekający język piszącego o teatrze! Świetnie!

  • Użytkownik niezalogowany Playgoer
    Playgoer 2016-01-04   17:51:31
    Cytuj

    Dlaczego nie chwalić , gdy jest napisane bardzo dobrze! Moje gratulacje !