AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Show na osiem palet

Historyk teatru, krytyk teatralny i literacki oraz tłumacz książek. Pracowała w Instytucie Sztuki PAN, Ministerstwie Kultury, była redaktorem naczelnym wydawnictwa Egmont. Współpracowała z TVP. Jest stałą współpracownicą Polskiego Radia. Publikowała w czasopismach poświęconych sztuce, literaturze i teatrowi (m.in. w „Dialogu” i „Teatrze”).
A A A
 

Show na cztery palety – na sześć palet – nawet na osiem europalet, jeśli artysta ma ADHD i nie mieści swej ekspresji na kawiarnianej scenie, nie musi z definicji być imprezą na czterdzieści fajerek. I One Mąż Show nią nie jest. Jest propozycją – takiej formuły używają zwykle zmuszeni do maksymalnej lapidarności autorzy opisów i ocen filmów w tygodniowych dodatkach telewizyjnych, jeśli nie chcą czegoś totalnie zjechać, ale i reklamować z czystym sumieniem im trudno – „dla miłośników gatunku”.

Gatunek to stand-up, jednoosobowy show, do którego trzeba mieć poczucie humoru, gadane i esprit. Można mieć to napisane (patrz: udana współpraca autora Michała Walczaka i aktora Rafała Rutkowskiego w show Ojciec polski i tegoż aktora oraz Macieja Łubieńskiego w produkcji Seks polski; dla przybliżenia szerokiej publiczności dodam, że obaj ww. autorzy odpowiedzialni są za 14 odsłon Pożaru w burdelu). Można mieć trochę napisane – jak w historycznej komedii dell’arte, polegającej na improwizowanej realizacji scenariusza z numerami scen przez aktorów przypisanych do określonego prawidłami gatunku emploi – a trochę improwizowane. Szymon Majewski – wbrew wszystkim zapowiedziom prasowym – nie napisał sztuki. On robi sztukę. Jest Dottore, Capitano, Arlekino, Pantalone oraz comico inamorato/inamorata w jednym. Materiał jest amorficzny, wymienny, może być krótszy lub dłuższy (z tolerancją do półtorej godziny; na premierze aktor/autor dawał z siebie wszystko przez trzy godziny; podczas regularnej eksploatacji poprzestaje na 90-100 minutowym występie – z pożytkiem dla wszystkich zainteresowanych). Słusznie – zważywszy koleje jego kariery w show-biznesie – zakłada, że skoro umie prowadzić interesującą narrację, to powinno mu się za to płacić, a nie on powinien płacić ( np. za sesje psychoanalityczne). Na jego miejscu po debiucie w Och-Teatrze zdecydowanie zrezygnowałabym z wszelkich form leczenia, poza medycyną dla siebie naturalną, czyli występami publicznymi w każdej formie, od maksymalnie kameralnych po milionowe audytoria.  

A, wracając do wątku, zrobił to tak – wypisał sobie zestaw tematów związanych z własnymi doświadczeniami życiowymi w kochającym się związku małżeńskim, luźno – jako ściągawki – porozrzucał je na podłodze i postawił na improwizację. Emploi kochającego i zarazem nierozumiejącego żony męża o bardzo długim stażu ma wyrobione od lat, a tematy ganc przepracowane w felietonach ze „Zwierciadła”. Tezy nie są nowe – nudno, choć przystępnie przedstawia je dzieło poradnikowe Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus niejakiego Graya (to nie jest ten Gray od 50 twarzy Graya, tylko ten drugi); nudno i śmiesznie (co się nie wyklucza) film Marka Koterskiego Baby są jakieś inne. Poza tym Majewski ma od lat stały i owocny układ sado-maso z Krystyną Jandą, więc kiedy zgłosił swój banalno-niebanalny „projekt”, projekt ów przeszedł i doczekał się realizacji na deskach teatru, jak zwie się dziś eufemistycznie estradkę z europalet.

Szczerze się uśmiałam. Szkoda tylko, że na początku, nie na końcu. Bardzo lubię Szymona Majewskiego, plasującego się w absolutnej czołówce polskich showmanów, jeśli chodzi o inteligencję, szybkość reagowania i ludzką empatię. I jak nie kocham i nie potrzebuję do życia telewizji, to nie wyłączałam nigdy Szymon Majewski Show w TVN, póki tam sobie hulał. Owszem, miałam pretensje, kiedy w moim banku w dawnym kinie Moskwa elegancką rzeźbę Mirosława Bałki z różowawych, obracających się z wolna solnych kręgów, którą lizałam po kryjomu dla uzupełnienia niezbędnych elektrolitów przy każdej wizycie w kasie, zastąpił kiczowaty helikopterek Majewskiego, ale bankowy cieć mi wyjaśnił, że reklama musi być, więc zrozumiałam i przyjęłam. Majewski, co podają wraże aspołeczne portale, zarobił na tej reklamie trzy koma coś tam miliona w dwa lata, co budzi zrozumiały szacunek. Dlatego poszłam na Majewskiego (pozbawionego dziś owych lukratywnych dochodów) do teatru, z czystej ciekawości, co jeszcze taki niespokojny duch może wymodzić.

Nie ukrywam, że ujął mnie początek, nudny i zabawny zarazem, co, jak podkreślam, wcale się nie wyklucza, czyli puszczona trzy lub cztery razy w kółko kultowa pieśń Franka Sinatry z 1955 roku (dwanaście lat przed przyjściem na świat Majewskiego) Love and Marriage. Tekst jest prosty jak drut, ale w tłumaczeniu Majewskiego metafory typu „love and marriage/ are like a horse and carriage” nabierają lekkości, wdzięku i posmaku absurdu – „serce i kobierce/ jadą razem w jednej erce”. Dalej napięcie powinno narastać. Niestety, raczej zdychało, mimo celnych popremierowych i wykorzystanych w popisie rad Krystyny Jandy: mów wolniej i głośniej; nie za długo; nie patrz w podłogę; nie pluj. Uważam, że wszyscy szanujący swój warsztat aktorzy, monologiści i nie tylko, powinni z nich korzystać. Złota zasada Hitchcocka – ta o trzęsieniu ziemi i dalej wzrastającym napięciu – tu się niestety nie sprawdziła. Na mnie się nie sprawdziła, na innych wyondulowanych i niedzielnie wystrojonych babach też nie, bo baby są jakieś inne. Z doświadczenia wiem, że jak po 40 minutach pięć razy wyślepiam się w ciemności na zegarek, wyczekując końca, to przedstawienie jest dobre, ale nie bardzo. Połowa facetów empatycznie się wczuła w niedole narratora, więc jednak się śmiała.

Czy zatem One Mąż Show szowinistyczno-świńskim produktem jest? A broń Boże. Jest emanacją czystej miłości, poczciwości i zadziwienia. Jak ze szkółki niedzielnej. Jest produktem nudnawym, zrobionym z potrzeby serca dla pokrzepienia serc, ale nie bodzie ostrogą jak Rota Marii Konopnickiej, niestety. A czym mógłby być, gdyby nie był tak obsesyjnie monotematyczny, gdyby nie zamykał miłości do słoika po ogórkach, gdyby nie epatował przydeptanym kapciem i odbudową płaszcza lipidowego, imitacją codziennego teatru jednego aktora w wykonaniu małżonki, usypiającym wsysaniem przez kanapę, produkcją i podaniem ciasta, połówką cytryny do herbaty i pogodą na Maderze, a nade wszystko buntem, objawiającym się tym, że „w szlafroku nie wyjdę na spacer z psem”.

Mógłby być śmieszny, gdyby autor, czyli JA (wielkie, tłamszone, ale rwące się do buntu ego), bardziej zawierzyło czynnikowi wymienionemu przeze mnie na początku jako „esprit”. To trudno definiowalne pojęcie ja rozumiem jako szybkie i dowcipne, niejako mimochodem czynione reagowanie na rzeczywistość. Nie obrabianie punktów stałych. Nie przypisy naukowe. Reaktywność, żywość, aktualność – słowem życie samo w najlepszym, bo niewymuszonym komentarzu. Na moim przedstawieniu – a była to niedziela, dzień przed ujawnieniem przez „Wprost” afery podsłuchowej na szczeblu rządowym – Szymon Majewski zagwarantował nam, widzom, nienagrywanie tego, co zostanie powiedziane tu, teraz, zaraz w Instytucie Pamięci Narodowej Krystyny Jandy. Szczerze się uśmiałam. Szkoda tylko, że na początku, nie na końcu.

27-06-2014

galeria zdjęć One mąż show, reż. Szymon Majewski, Och Teatr w Warszawie One mąż show, reż. Szymon Majewski, Och Teatr w Warszawie One mąż show, reż. Szymon Majewski, Och Teatr w Warszawie One mąż show, reż. Szymon Majewski, Och Teatr w Warszawie ZOBACZ WIĘCEJ
 

Och-Teatr (Och-Cafe)
Szymon Majewski
One Mąż Show
opieka artystyczna: Krystyna Janda i Maria Seweryn
premiera: 13.06.2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę: