AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Skyfall: „sieroty to najlepsi rekruci”

Teatrolog i filmoznawca.
A A A
 

Kiedy w 1953 roku zasłużony dla brytyjskiego wywiadu dziennikarz Ian Fleming wydał swoją pierwszą powieść o agencie 007, nikt nie przypuszczał, że kolejne przygody Jamesa Bonda odniosą wielki sukces, a sam bohater stanie się ikoną – przede wszystkim dzięki kinu. W 1962 roku odbyła się premiera pierwszego z filmów o agencie Jej Królewskiej Mości z licencją na zabijanie. Doktor No w reżyserii Terence’a Younga, z Seanem Connerym w roli Bonda, zapoczątkował serię do dziś cieszącą się popularnością, dynamicznie ewoluującą wraz z rozwojem kinematografii i filmowych mód. Interesujące, jak seria ta rezonowała z zimnowojennymi lękami Brytyjczyków, potęgowanymi przez obawy o sprawność i wiarygodność angielskiego wywiadu, wówczas skompromitowanego ujawnieniem licznych przypadków współpracy jego agentów z KGB.

Co jednak w Skyfall może przyciągnąć uwagę widza tropiącego teatralne ślady i inspiracje? Co w dwudziestym trzecim filmie o niezwykle sprawnym, przystojnym i niezmiennie urzekającym agencie może kojarzyć się z teatrem albo dramatem? Zaskakująco wiele.

Skyfall najczęściej porównywano do filmów Christophera Nolana, wskazując, jak wiele im zawdzięcza. Ale warto spojrzeć na obraz Sama Mendesa również z innej perspektywy i dostrzec w nim ślady – jakkolwiek nieoczekiwanie to zabrzmi – szekspirowskie i szerzej – teatralne. Jeśli bowiem analizować Skyfall nie tylko jako perfekcyjnie zrealizowane widowisko, w którym muszą pojawić się, to jasne, nawiązania do poprzednich filmów serii, ale jako konstrukcję opartą na klasycznych wzorcach dramaturgicznych i przede wszystkim wykorzystującą sceniczne myślenie o przestrzeni czy kompozycji sceny – robi się jeszcze ciekawiej.

James Bond (Daniel Craig) w filmie Mendesa, agent po przejściach, który został poświęcony przez M (Judi Dench) w tureckiej misji, musi zmierzyć się z wyzwaniami na miarę tych, przed jakimi stają bohaterowie Szekspira. Ale – co dużo bardziej interesujące, bo w końcu przed podobnymi rozterkami zazwyczaj stają ci, którzy walczą za króla i ojczyznę – porusza się w świecie kreowanym niczym teatralna scenografia, z całym jej pięknem, przepychem, a jednocześnie iluzyjnością i symboliką.

W pierwszych sekwencjach, kiedy James Bond musi poświęcić życie innego agenta, zostawiając go rannego w stambulskim punkcie kontaktowym, Sam Mendes zastosował chwyt nachalnie teatralny: sylwetka Daniela Craiga wyłania się z mroku, jej zamglony zarys (choć widz domyśla się, kogo widzi) jest tyleż niepokojący, co tajemniczy. Reżyser odwołuje się w tych ujęciach do estetyki niemal gotyckiej, która w tym przypadku służy niezbyt wyrafinowanemu budowaniu napięcia, a przecież ma nie tyle zaskoczyć, ale właśnie zaniepokoić. Tak jakby Mendes od początku chciał wprowadzić niski ton, z odrobiną kiczowatego efektu, po to by potem nieustannie grać: z widzem, jego poczuciem smaku i stylu, zdolnością do zabawy w niskie i wysokie. I ta zasada: balansowania między tym, co banalnie efekciarskie, a tym, co dotkliwe w swej przenikliwej diagnozie i urzekająco, nieoczekiwanie piękne – wydaje się podstawową zasadą Mendesowskiego Skyfall

Skyfall to film, a właściwie jeden z filmów tego sezonu, który mówi o umieraniu Europy.Można powiedzieć: dobrze, ale takie chwyty znane są nam z każdego filmu o Bondzie, każdy inny reżyser w nie do końca serio opowieściach o szpiegu z licencją na zabijanie odwoływał się zarówno do tradycji bondowskiej, jak i stosował pastisz. Obok siebie umieszczał zapierające dech w piersiach pościgi – o których przecież wiedzieliśmy, że nie mogły mieć miejsca naprawdę – i sceny będące grą z widzem, tyleż jawną, co przynoszącą publiczności przyjemność i – mimo wszystko – dreszczyk emocji. Że nie wspomnimy o romansach Bonda, jego dziewczynach i seksapilu.

Ale u Mendesa to wszystko wybrzmiewa jednak inaczej. Bo Skyfall to film, a właściwie – co ciekawe, ale to już temat na osobne opowiadanie – jeden z filmów tego sezonu, który mówi o umieraniu Europy. I całkiem serio podejmuje temat walki o dobro. Bo o ile w poprzednich bondowskich filmach ów topos był, rzecz jasna, obecny, to jednak na innej zasadzie. Mendes mówi do widza: starzejący się Bond, skazany na nieistnienie i powracający z niebytu na wieść o zniszczeniu siedziby MI6, podejmuje grę nie w imię przygody czy zawodowych obowiązków. „Zapominasz o mojej miłości do ojczyzny” – powie Bond swemu wrogowi podczas spotkania, jakie reżyser umiejscowił dokładnie w połowie filmu. Bond, wykazujący, jak stwierdził psychiatra, „patologiczne nieuznawanie władzy, spowodowane traumą z dzieciństwa” nie ratuje MI6 czy swoich zwierzchników, nie ratuje nawet Imperium, ale świat. I u Mendesa czyni to jak najbardziej serio. Ale też bez wstydu – a czy wyobrażamy sobie, by jakiś inny bohater filmowy (wyłączając z tego nieznośnie ideologiczne filmy hollywoodzkie) z taką prostotą i szczerością mówił po prostu o „miłości do ojczyzny”? W kinie europejskim to właściwie nie do pomyślenia.

Mendes nieprzypadkowo zatem odwołuje się do dramaturgicznych schematów, jakie nietrudno wytropić, jeśli tylko przyjmiemy odpowiednią perspektywę. Owo łączenie trywialnego ze wzniosłym wyda się wówczas najprostszym sposobem na osiągnięcie celu, jaki najwyraźniej wyznaczył reżyser: przebicia się przez skorupę bondowskich chwytów i klisz, po to by opowiedzieć kolejny odcinek w zupełnie innym stylu. Co ciekawe – i z pewnością fakt ten stanie się tematem filmoznawczych esejów – niedługo po realizacji Skyfall Sam Mendes wyreżyserował Króla Leara w National Theatre w Londynie.

„Tak śmiało wkroczył pan w nasz mały dramat” – powie Bondowi piękna i tajemnicza kochanka jego wroga. Ale równie fascynujące, jak przebieg owego dramatu, są scenerie, w jakich się rozgrywa. I znów, zostawiając całą przyjemność widzom, wspomnę tylko o dwóch.

Kryjówką Silvy (Javier Bardem) jest opuszczona wyspa, którą mieszkańcy opuścili w popłochu po fałszywej wiadomości o skażeniu chemicznym. Owa wyspa – istniejąca naprawdę – to dekoracja, jakiej mógłby Mendesowi pozazdrościć niejeden reżyser. Japońska Hashima, zwana „martwą wyspą” lub „martwym miastem”, w istocie opuszczona przez górników, w Skyfall staje się metaforą umierającej Europy właśnie (na co wskazuje również modernistyczna architektura zrujnowanych budynków). A fakt, że mamy do czynienia z autentycznymi ruinami, sprawia, że imponujące, ale drapieżne obrazy azjatyckiej metropolii, jaką podziwiamy kilka sekwencji wcześniej, stają się jeszcze bardziej złowieszcze i przerażające.

Drugą niezwykłą „dekoracją” jest rodowa siedziba Bonda, w jakiej rozegra się finał walki z Silvą. To stara szkocka posiadłość, położona z dala od ludzkich oczu, pogrążona w wiecznej mgle. Skojarzenia z Szekspirowskim Makbetem wydają się oczywiste – to tutaj musi rozegrać się ostateczna konfrontacja dobra i zła. Tak by świat dowiedział się o niej jak najmniej. I mimo że współczesność dopadła już nawet tak odległe i – zdawałoby się – niedostępne profanom rejony (rodzinną kolekcję broni zakupił „kolekcjoner z Idaho”), one wciąż zdają się mieć starą moc. Moc, o której – na szczęście – niewiele wiemy, a która pozwala światu przetrwać.

20-08-2014

Skyfall
scenariusz: Neal Purvis, Robert Wade, John Logan
reżyseria: Sam Mendes
USA, Wielka Brytania 2012

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: