AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Słanie małżeńskiego łoża

Fot. Bartek Warzecha  

Premiera Seksu nocy letniej w Teatrze im. J. Osterwy w Lublinie to jeszcze jeden przykład, że twórczość Woody’ego Allena jest już obecna na stałe w repertuarach polskich teatrów: Seks… zrealizowano w ostatnich sezonach także w Białymstoku i krakowskiej Bagateli (spektakl Andrzeja Majczaka).

Bóg i Zagraj to jeszcze raz, Sam były przebojami warszawskiej Polonii oraz nowohuckiego Teatru Ludowego. Lubelski teatr również nie unikał tego autora. Nakręcony w 1982 roku Seks nocy letniej zdobył wprawdzie Złotą Malinę, czyli miano najgorszej produkcji roku, jednak w twórczości Allena ma miejsce specjalne, kusi reżyserów teatralnych efektownym miksem czechowowsko-szekspirowskich motywów, erotycznym podminowaniem niemal każdej sceny. A polska publiczność? Widzowie kochają Woody’ego Allena i jego sposób opowiadania o sprawach damsko-męskich z humorem językowym i sytuacyjnym. W dodatku w galerii różnorodnych Allenowskich postaci każdy z nas może się odnaleźć.

Paweł Aigner – reżyser, który wcześniej na lubelskich deskach z powodzeniem wystawił Księcia i żebraka według Marka Twaina, sięgając po ten tekst, stanął przed dylematem, co z niego wydobyć. Odnalazł w nim interesujący problem grupy 40+, czyli ludzi, którzy już wiele przeżyli, ale ciągle są otwarci na nowe doświadczenia. Z jednej strony przywykli do stabilizacji, z drugiej już mocno czują się nią znudzeni. Ten statystyczny środek życia wydał mu się ciekawym momentem, w którym gra świadomego z nieświadomym może nabrać szczególnej dramaturgii. Aignera kusiła także szansa zbudowania widowiska, w którym doświadczenia wyniesione z teatru lalkowego poprowadzą jego inscenizatorską wyobraźnię i raczej odwrócą uwagę publiczności od tych poważniejszych kwestii ze scenariusza Allena. W rezultacie przedstawienie nie ma jednorodnej konwencji. Pierwszy akt jest właściwie w stylu realistycznym. Drugi oscyluje wokół burleski. Do przerwy wydaje się, że Aigner będzie próbował psychologizować w sprawach wierności i zdrady. Po antrakcie już widać, że spektakl raczej zmierza w kierunku parodii, kompromituje naczelny temat, przy czym reżyser nie szczędzi ani sobie, ani nam przerysowanych aż do granic wulgarności scen erotycznych i związanych z tą dziedziną żartów. Pojawia się też coraz więcej negliżu. Rośnie liczba uatrakcyjniających scenę wynalazków: świecą, strzelają, fruwają, dymią. Wszystko dzieje się w coraz żywszym tempie. Dopełnieniem tej parady atrakcji staje się muzyka ( Piotr Klimek) i śpiew. Z oddali dochodzą nas nikłe echa arii operowych w wykonaniu Profesora i piosenki zaśpiewane z werwą przez kobiece trio. Wszystko to zostało oprawione rytmami nowoorleańskiego jazzu.

Pierwsza scena wprowadza nas do ogrodu, a właściwie na wypielęgnowany trawnik (scenografia: Pavel Hubička). Z boku widać fragment domu z balkonem i werandą, na której kobieta w stylowej sukni układa kwiaty w wazonie, rozmawiając z mężem o oczekiwanych gościach. W głębi rozległej zielonej przestrzeni stoi tylko szezlong, a za nim w tle, na wzniesieniu, widzimy pozłacaną figurę pary amorów w miłosnym uścisku. Spokój chwili burzy nagle sunąca z góry ku nam dziwna sylweta ze skrzydłami. To pan domu testuje kolejny ze swych wynalazków. A kiedy już podnosi się z bolesnego upadku, rozpoczyna bezskuteczne emablowanie małżonki. Widać, że problem jest nabrzmiały, bo używa argumentu „raz i będziemy mieć to z głowy”.

Tak poznajemy finansistę z Wall Street – Andrewa (Przemysław Gąsiorowicz), odpoczywającego w towarzystwie żony w domu za miastem. Mimo urlopu nie czują się zrelaksowani, bo brakuje im pożycia małżeńskiego. Oziębłość Adrian (Marta Ledwoń) wpędza męża w coraz większą frustrację, którą stara się rozładować różnymi zajęciami konstruktorskimi. Teraz jednak czekają ich dwa dni, podczas których nie będą sami, tylko w gronie znajomych. Przyjeżdża do nich zaprzyjaźniony chirurg – Maxwell (Krzysztof Olchawa), w towarzystwie młodziutkiej, bardzo urodziwej i wyzwolonej pielęgniarki Dulcy (Halszka Lehman), oraz profesor Leopold (Janusz Łagodziński) z narzeczoną o znaczącym imieniu Ariel (Lidia Olszak), którą ma nazajutrz poślubić. I stajemy się naraz świadkami tego, jak te sześć osób przez jedną noc będzie próbowało na nowo ułożyć relacje między sobą, jak będzie się na wszelkie sposoby konfigurowało. Zobaczymy resentymenty odżywające z niebywałą siłą, ale też świeże porywy serc i zmysłów. 

Aby lepiej zrozumieć przyczynę tych roszad, wypada przyjrzeć się uważniej wstępnej sytuacji. Jak już wspomniałam, gospodarze już od pół roku obywają się bez seksu. Żona jakiś czas temu doznała zahamowania, którego przyczyn nie potrafi wyjaśnić, chociaż usiłuje mnożyć hipotezy. Z czasem prawda wyjdzie na jaw, teraz jednak oboje bezskutecznie dociekają podłoża tego stanu. Lekarz, zatwardziały kawaler, skacze z kwiatka na kwiatek. Jego weekendowa towarzyszka to dziewczątko biegłe w sztuce miłosnej, które myśli o dobrej zabawie, a nie o budowaniu czegoś trwałego. Profesor wydaje się poszukiwać związku opartego na porozumieniu dusz ludzi skupionych przede wszystkim na konsumpcji sztuki wysokiej, a jego sporo młodsza narzeczona z dwuznaczną przeszłością, czując teraz szansę na urządzenie się w życiu, wchodzi w rolę kobiety zafascynowanej jego intelektem.

Tak więc każdemu z nich czegoś brakuje. Andrewowi seksu albo chociaż niewinnych uniesień, jakie w nim wyzwalała Ariel. Maxwellowi kobiecego oporu, więc nagle zaczyna pragnąć kobiety najbardziej niedostępnej. Dulcy jeszcze nie ma w swojej kolekcji kogoś z takim cenzusem, zatem stary profesor staje się interesujący. Wreszcie Adrian, zaniedbana żona wynalazcy, którą jednorazowe  zbliżenie z Maxwellem przygniotło wyrzutami sumienia na długie sześć miesięcy, marzy o zrzuceniu brzemienia winy. Pokusy są wielkie, ale i wiele jest też do stracenia. Seks nocy letniej pokazuje, jak ciężko jest wyważyć proporcje między tymi dwoma siłami.

Zanim jednak maski zostaną uchylone, aktorzy robią wszystko, abyśmy ich postaci poznali – jakby to powiedzieć – w wersji oficjalnej. Marta Ledwoń w roli Adrian prezentuje się jak postać rodem ze sztuki Czechowa (częściowo za sprawą kostiumu Marty Wołosiuk), krząta się przy flakonie niczym wokół samowara. Natomiast psychicznie bardziej przypomina Iwonę Gombrowicza. Początkowo jakoś się tak w sobie „ciamka”. Mówi więcej od niej, ale też tak jakoś „wsobnie”. Przemysław Gąsiorowicz postrzega swego Andrewa jako małżonka uciążliwego, Wróżę temu widowisku długą obecność w repertuarze.który nie mając w sobie nic podniecającego, daje sobie wszakże prawo domagania się erotycznych świadczeń. Seks w tym małżeństwie wyraźnie staje się czynnikiem opresyjnym. A nieposkromiona pasja wynalazcza, wciąż kończąca się niepowodzeniami, tylko go infantylizuje. Zupełnie inny typ prezentuje Maxwell Krzysztofa Olchawy, znakomicie odpowiadający wizerunkowi lowelasa. Jego cynizm nie pozbawia go wdzięku i razem z pełną dynamiki i seksapilu Halszką Lehman w roli Dulcy tworzą piękny duet. Trzecia para początkowo odróżnia się dostojeństwem i spokojną bliskością. Janusz Łagodziński to Leopold, z którego emanuje profesorskie wyrafinowanie umysłu i czar dojrzałej męskości. Oczywiście poza chwilami, w których dodaje swej postaci lat przerysowaną nieporadnością ruchów. Wystarczy jednak, że po chwili uwalnia się z symptomów zniedołężnienia i od raz ustaje się atrakcyjnym panem w sile wieku. Choć przecież głównym jego atutem pozostaje świeży umysł, co podkreśla każda jego kwestia w scenariuszu. Lidia Olczak zadbała, by na pierwszy rzut oka jej bohaterka wydawała się jego znakomitym dopełnieniem. Jest czuła, ale stonowana w zachowaniu, jak przystało na kogoś, kto ma wejść do uniwersyteckiego towarzystwa.

Jednak wkrótce okaże się, jak pozorne są to wizerunki. Kobietę aseksualną zobaczymy jako niecierpliwą kochankę. Doktora hedonistę na kolanach przed nową wybranką. Doradca finansowy przestanie być wiernym, choć niezaspokojonym małżonkiem i spróbuje nadrobić poniechania z młodości. Panna młoda in spe na parę godzin przed własnym ślubem wyprawi się nad jezioro – czyli w las ateński, odwzorowany w rzeczywistości Seksu nocy letniej. Profesor natomiast straci całą powagę, biegając w niekompletnym stroju za pielęgniarką, a kiedy już ją dopadnie, to się dosłownie „rozsypie”… 

Ale zanim Eros przypomni o związku z Tanatosem piosenka śpiewana w drugim akcie przez wszystkie trzy bohaterki (z wiodącym głosem Marty Ledwoń) będzie mówiła o drzemiącym w człowieku niepokoju, czy aby życie alternatywne nie byłoby dla każdego z bohaterów znacznie lepsze niż to, które wiedzie teraz. I o nieposkromionym apetycie człowieka na nowe, skrajnie różne doznania. Tekst Wojciecha Szelachowskiego „Ja bym chciała” jest wyliczanką wymarzonych kochanków, w której Rasputin sąsiaduje z Chopinem. Oto cały dylemat natury ludzkiej podany w rozrywkowej formie.

Tytuł scenariusza Allena sugeruje związek z dziełem Szekspira, ale jest on jednak dosyć powierzchowny. Stratfordczyk podszył swoje dzieło głęboką metafizyką, Woody Allen zaś, a za nim Aigner, zastąpili ją prześmiewczą formą refleksji nad bytem. W lubelskim przedstawieniu symbolika świata irracjonalnego rozciąga się od Kupidyna do spirytualistycznej podglądarki szalonego wynalazcy. Oba znaki stały się tylko śladem działań Puka i Oberona, bo przecież nie mają oni czarodziejskiej mocy. Nie należą do świata pozarozumowego ani tak naprawdę nie ułatwiają z nim kontaktu. Putta (Marta Sroka, Paweł Kos) tylko kibicują postępowaniu człowieka, a działanie maszyny to raczej alibi dla umęczonego autoanalizą i odpowiedzialnością za siebie człowieka. Zdarzenia niekontrolowane mają tu miejsce niejako za przyzwoleniem człowieka, który intuicyjnie przeczuwa, że ta chwila „bezwolności” daje mu szansę na odkrywczy eksperyment. W istocie władają nim tylko tęsknoty i żądze.

Ale w tym rozrywkowym widowisku niewesołe refleksje filozoficzne zostały przesłonięte pragmatyką bycia we dwoje i koncentrują się na pewnej niesymetrii praw. Wolność poszukiwań, którą przyznajemy sobie, budzi nasz gwałtowny sprzeciw, kiedy staje się praktyką partnera. Ale w paradoksalny sposób to właśnie nowo otwarta pula krzywd i win przywraca stabilność w małżeństwie gospodarzy. Andrew i Adrian splatają się w miłosnym uścisku. Dwie pary wracają do siebie. W finałowej scenie animowana szczęka symbolizująca zmarłego profesora, który teraz staje się duchem namiętności i szaleństw, przekazuje nam swoje pouczenie. Różowo-biały mechanizm odrealniony powiększeniem zwraca się do nas jak w szekspirowskiej komedii: „I ty się widzu staraj/ na wawrzynach nie leż/ w małżeństwie tak się wyśpisz, jak sobie pościelesz”.

Wróżę temu widowisku długą obecność w repertuarze.

15-12-2014

galeria zdjęć Seks nocy letniej, reż. Paweł Aigner, Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie Seks nocy letniej, reż. Paweł Aigner, Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie Seks nocy letniej, reż. Paweł Aigner, Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie Seks nocy letniej, reż. Paweł Aigner, Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie ZOBACZ WIĘCEJ
 

Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie
Woody Allen
Seks nocy letniej
adaptacja: Jürgen Fischer na postawie scenariusza Woody’ego Allena
przekład: Monika Muskała
reżyseria: Paweł Aigner
muzyka: Piotr Klimek
scenografia: Pavel Hubička
obsada: Krzysztof Olchawa, Przemysław Gąsiorowicz, Paweł Kos, Marta Ledwoń, Lidia Olszak, Janusz Łagodziński, Halszka Lehman, Marta Sroka
premiera: 29.11.2014 

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: