AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Ślub. Próba generalna

Pomiędzy, reż. Ewa Ignaczak, Teatr Gdynia Główna
Absolwentka Uniwersytetu Gdańskiego, doktor nauk humanistycznych. Referentka krajowych i międzynarodowych konferencji naukowych poświęconych literaturze i kulturze. Publikowała m.in. w internetowym „Dzienniku Teatralnym” oraz w miesięczniku „Teatr”. Współpracowała z Centrum Sztuki Współczesnej „Łaźnia” i Nadbałtyckim Centrum Kultury w Gdańsku. Mieszka w Gdyni.
A A A
Fot. Marek Głuszczak  

Ewa Ignaczak wróciła do Gombrowicza. Jeszcze przed premierą Pomiędzy pomyślałam sobie, że taki tytuł dla adaptacji Ślubu bardzo trafnie podsumowuje kondycję widza, który ma się – dzisiaj, tu i teraz – zmierzyć z teatralną realizacją tego właśnie dramatu. Tak, ja, widz, czułam się bardzo mocno „pomiędzy”.

Z jednej strony słyszałam nakaz Henryka: „Porzućcie wszelkie wspomnienia! Naprzód! Niech nikt do niczego nie wraca!”. Ale z drugiej strony, schodząc do podziemi gdyńskiego Dworca Głównego, czułam, że wkraczam w gęstwinę skomplikowanych związków i (re)interpretacji, w które wplątany (i wplątywany wciąż) jest dramat Witolda Gombrowicza. I od których nie ma i tak naprawdę nigdy nie było ucieczki.

Bo nawet jeśli koncept inscenizacji nie zakłada uobecniania jakichkolwiek powinowactw, te atakują przecież już na poziomie samego tekstu – w autokomentarzach, ale też jako składniki budujące wersy główne dramatu, od inicjalnego monologu Henryka, skonstruowanego na fundamentach poetyckiej frazy Paula Valéry’ego począwszy. Później może być już tylko gęściej. Głośna inscenizacja Jorgego Lavelli z 1963 roku, która wprowadziła Gombrowicza na światowe sceny, i polskie losy Ślubu, nierozerwalnie związane z Jerzym Jarockim, mierzącym się z dramatem aż sześciokrotnie na przestrzeni trzydziestu lat. A do tego wszystkiego setki stron artystycznej krytyki, która w naszą recepcję Ślubu wplotła nazwiska Krasińskiego, Mickiewicza, Wyspiańskiego, Calderona, Szekspira, Goethego, Rebelais’go i Jarry’ego. „(…) sam trochę się gubię w tym gąszczu… oczywiście to między nami, żeby nie zapeszać reżysera” – wyznał Gombrowicz w liście do brata. „Obawiam się, że ta okolica jest przeklęta…” – mówi w dramacie Henryk.

Nie dajmy się zwieść mnogości tropów. Klucz do odczytania spektaklu Ewy Ignaczak znajdujemy u samego Gombrowicza, w moim przekonaniu już w pierwszych, znamiennych słowach Henryka: „Kurtyna wzniosła się…”. To krótkie zdanie ustanawia w tekście dramatu „przeklętą okolicę”, a jednocześnie bardzo wyraźnie zaznacza jej teatralny, (wy)reżyserowany charakter. „Ślub (…) to nie tylko dramat pisany dla teatru, ale, przynajmniej w zamierzeniu swoim, to sama wyzwalająca się teatralność istnienia” – napisał w 1954 roku Gombrowicz. Co ciekawe, ta teatralność w większości nie ma statusu ukonstytuowanego, gotowego, lecz raczej jest w niej coś z teatralnej próby, improwizowanych jeszcze częściowo przygotowań, uruchamiania teatralnej machiny już po raz wtóry i w celach ćwiczeniowych. W Pomiędzy ta teatralność, a w zasadzie to „próbowanie” widoczne jest od samego początku przedstawienia, zainicjowanego zresztą jakby mimochodem. Stoimy w sali Teatru Gdynia Główna, niskiej, ciemnej i surowej, pozbawionej podziału na scenę i widownię. Chyba nikt nie oczekuje pojawienia się aktorów w tej właśnie części teatru, bardziej czekamy na zaproszenie do sąsiedniej sali, z tradycyjną widownią i wyodrębnioną sceną. Ale aktorzy pojawiają się właśnie tu, pośród nas stojących, trochę zniecierpliwionych, szepczących. Po prostu w pewnej chwili rozmowy milkną i zauważamy pośród nas obecność Matki (Ida Bocian) i Ojca (Bartłomiej Sudak) w strojach zubożałej szlachty, wykłócających się niby „pod nosem”, ale wyraźnie sztucznie i efekciarsko. Henryk (Łukasz Dobrowolski) i Władzio (Marek Sadowski) wchodzą w tę rzeczywistość, jakby naprędce zaimprowizowaną, także jakby mimochodem, a ich pierwsza rozmowa jest w pewnym stopniu odbiciem struktury Ślubu, w którym pierwszą kwestię sceniczną poprzedzają różnorakie „wskazówki” i streszczony „przebieg akcji”. W zabawnej, sprawiającej wrażenie w dużej części improwizowanej rozmowie Henia i Władzia „teoria” teatralna miesza się z plotką i anegdotą. Mężczyźni dyskutują o najświeższych teatralnych zdarzeniach („dyrektor Klapa”), specyfice aktorskiej pracy, warunkach lokalowych. Poprzez ten niezobowiązujący na pozór dialog i jego sąsiedztwo – afektowaną rozmowę Matki i Ojca – ustanawia się w spektaklu Ignaczak graniczny charakter scenicznej rzeczywistości. Świata „pomiędzy” – życiem a teatrem, gotowym, ukształtowanym dziełem a jego wersją w próbach. W pewnej chwili dystans pomiędzy parami aktorów zaciera się, zaczynają oni dostrzegać swoją obecność, przyglądać się sobie. „A może nie jestem sam…” – zaczyna Henryk, a w jego słowach zawiera się jakiś trudny do zdefiniowania zalążek samookreślenia, odczytania siebie w narzuconej z zewnątrz roli. „U Gombrowicza jesteśmy cały czas świadkami (…) próby i aż do końca nie znamy jej rezultatów dla Henryka” – powiedział w rozmowie z Piotrem Gruszczyńskim Jerzy Radziwiłowicz, Henryk z ostatniego Ślubu Jerzego Jarockiego. W spektaklu Ignaczak Henryk przede wszystkim „próbuje” – siebie w roli, która nagle stała się jego udziałem, ale, co najistotniejsze, nie jest mu obca. Bo to nie jest zwykły sen, podpowiada nam Ewa Ignaczak, to déjà rêvé. To wszystko było już śnione, grane. Wyraźnie dostrzegamy tę powtarzalność, wpisaną niemal genetycznie w struktury powstającego (a raczej odtwarzanego) na naszych oczach świata. Bardzo wyraźnie rozróżniamy jego poszczególne warstwy. Słowną i pozawerbalną, zawartą w geście, ale przede wszystkim w spojrzeniu, które bardzo szybko stwarza na scenie siatkę współzależności. Henryk szybko i z rosnącym zaciekawieniem podchwytuje grę, rozsmakowuje się w niej. Po chwili dochodzi do jakiegoś dziwnego pojednania, czwórka bohaterów, zerkając na siebie wymownie, ukradkiem, wznosi toasty wódką. Jest w tym geście coś silnie sztucznego, fałszywego. Zawartość kieliszków nie zostaje wypita, lecz wylana na nienaturalnie przekrzywiony stół, jedyny element scenograficzny w tej „przechodniej” przestrzeni. Tak jakby jednoczący gest, powtarzany już po wielokroć, stracił swą moc i stał się jedynie pustym, steatralizowanym aktem. My, widzowie, powoli zaczynamy „odgadywać” ten świat, który z jednej strony „właściwie nie jest na serio”, ale z drugiej – coś nam w nim przeszkadza, coś uwiera.

Idziemy dalej. Aktorzy zachęcają nas do przejścia do następnej sali, w której kwadrat sceny z trzech stron otaczają siedzące miejsca dla widzów. Pośrodku stoi drewniany stół, pod ścianą dostrzegamy zaśniedziałe lustro w ozdobnej ramie. Jesteśmy świadkami kolejnej „próby”, kolejnego wejścia w role. Z wulgarnego, prostackiego języka Matki i Ojca wyrasta obraz karczmy – świata zdegradowanego, zdezintegrowanego, zrujnowanego. „Syn nie syn, a lepi z daleka (…). A mnie nikt nie będzie ściskał” – pusty, sztuczny gest pojednania z pierwszej części spektaklu zostaje zintensyfikowany w ostrych słowa Ojca. W tej części spektaklu Ignaczak zauważamy nagle zwodniczość świata, który zarysowany został w inicjalnych partiach Pomiędzy. Nie ma możliwości wyjścia z roli, którą Henryk, zwabiony pojednawczymi spojrzeniami i gestami, tak ufnie podjął. Władzio, dotychczas przychylny, „swojski”, w bliźniaczym czarnym stroju, ujawnia nieoczekiwanie, że wcale nie uczestniczy w „próbie” na tych samych zasadach, które regulują w niej obecność Henryka. Władzio opuszcza kwadrat sceny i zasiada w pierwszym rzędzie widowni. W nonszalanckiej pozie, rozbawiony, przygląda się pozostałym bohaterom. Trochę jak widz, a bardziej chyba – jako reżyser czy dramaturg. Atmosfera „próby” gęstnieje. Gesty Matki i Ojca stają się jeszcze bardziej steatralizowane, sztuczne, karykaturalne. Ciało, tak istotne w twórczości Ewy Ignaczak, jest w Pomiędzy nośnikiem przeinaczonych, zdegradowanych znaczeń. Bardzo plastyczne ruchy aktorów, ułożone w powtarzające się kombinacje celowo spowolnionych, zwulgaryzowanych i wyolbrzymionych gestów, budują na równi ze słowem zdefektowany, skarlały świat. Fragmenty deziluzyjne, wplecione gęsto w materię pierwszej części przedstawienia, mają tutaj inny charakter – z ich obrębu wyraźnie zostaje wyłączony Henryk, który nagle traci swoją podmiotowość i staje się narzędziem, ożywionym kostiumem, niezbędnym do usankcjonowania się nowych tożsamości Władzia, Ojca i Matki. W „plugawej atmosferce popijawy”, jak pisał o Ślubie tuż po śmierci Gombrowicza Konstanty Puzyna, dokonuje się nieoczekiwana transgresja, opuszczenie dotychczasowych ról i podjęcie nowych – Pijaka, Króla i Królowej.

Idziemy dalej. Wchodzimy do ostatniej części dworcowych podziemi, rozświetlonej ostrym blaskiem reflektorów. Widownia i scena to tym razem dwa wąskie, równoległe pasy, w przestrzeni których stoją małe stoliki z porcelanową zastawą. Część sceny znajduje się na niewielkim podwyższeniu, w jej głębi, przy ścianie, widzimy metalowe regały do przechowywania akt. Każda z szuflad jest podpisana. Nazwy urzędów z czasów „dawnej Polski” i białe, ozdobne kołnierze Króla i Królowej wskazują nam dworski charakter przestrzeni, w której znaleźli się tym razem bohaterowie Ignaczak. Ostatnia część spektaklu zdominowana jest przez postać Pijaka, który występuje tu w charakterze reżysera finałowych fragmentów „próby”. Interesujący zabieg przemiany Władzia w Pijaka, którym zaskoczyła nas środkowa część spektaklu, zaczyna nabierać niepojącego znaczenia. To już nie tylko ofiara niezbędna do ostatecznej afirmacji nowego władcy, „napompowanego boskością” Henryka. U Gombrowicza Władzio jest figurą łączącą sen i jawę, teatr i życie, swą prostoduszną, „swojską” obecnością Władzio demitologizuje sen Henryka, rozbija nawarstwiającą się iluzję. W adaptacji Ewy Ignaczak Władzio nie wprowadza życia w przestrzeń teatru, lecz odwrotnie – pozwala, aby teatr wylał się ze swych ram w obręb życia właśnie. A dzieje się to w ostatnich scenach przedstawienia, kiedy do „próby” włączony zostaje, dosłownie i w przenośni, „prawdziwy” Władzio, czyli wskazany przez Pijaka jeden z widzów. Ów akt przeniesienia ma w Pomiędzy dwuetapowy charakter. Zaczyna się niewinnie, od zabójstwa Mani. W przedstawieniu Ignaczak Mania nie istnieje fizycznie na scenie, symbolem jej milczącej niemal zawsze obecności jest lustro. Kwiaty, które Pijak nakazuje układać wyłonionemu spośród widzów Władziowi, unieważniają istnienie narzeczonej Henryka w sposób łączący trywialność ze skrajną brutalnością. Finałowe samobójstwo Władzia ma zaskakująco podobny przebieg. „Zadziewa się” jakby mimochodem, przy okazji, jest jakby naprędce zaimprowizowane. A my, widzowie, oglądając ostatnie sceny tego świetnego, znakomicie (bez wyjątku) zagranego spektaklu, ze strachem myślimy o celowości tej próby, być może nawet próby generalnej. I niemal słyszymy echo autorskiego komentarza Gombrowicza: „A jednak ten świat odpowiada jakiejś rzeczywistości, coś wyraża”. Idziemy dalej?

8-01-2016

galeria zdjęć Pomiędzy, reż. Ewa Ignaczak, Teatr Gdynia Główna Pomiędzy, reż. Ewa Ignaczak, Teatr Gdynia Główna Pomiędzy, reż. Ewa Ignaczak, Teatr Gdynia Główna Pomiędzy, reż. Ewa Ignaczak, Teatr Gdynia Główna ZOBACZ WIĘCEJ
 

Teatr Gdynia Główna
Pomiędzy
według Ślubu Witolda Gombrowicza
scenariusz i reżyseria: Ewa Ignaczak
obsada: Ida Bocian, Łukasz Dobrowolski, Marek Sadowski/ Piotr Srebrowski, Bartłomiej Sudak
premiera: 11.12.2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2016-01-09   00:27:32
    Cytuj

    nie o przedstawieniu, którego nie widziałem, tylko o sztuce, która jest genialna, a tu przez p. dr nauk skutecznie zaciemniana i prowadzona nie wiadomo dokąd... A to przecież o rodzeniu się zła (!) między ludźmi i próbie przywrócenia ładu i harmonii, co wyradza się w swoje przeciwieństwo i totalitarny "porządek". Dlatego nie "kurtyna wzniosła się", a "tyle zdrowia a tak chore postępowanie? tyle rozsądku a jednak tyle szleństwa?" stanowi o sednie tego - nie żadnej "próbie", czy "pomiędzy" - m o r a l i t e t u , bo tym ma być ślub w świecie, gdzie wszystko (np bez ślubu) dozwolone; u autora, który rozpaczliwie szuka formy dla tego, co z formy wypadło, albo jej zostało pozbawione - moralności nawet bez Boga...