AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Śmierć, formy i Metaformy!

XIV Międzynarodowe Spotkania Szkół Lalkarskich METAFORMY, 23-26 października 2019, Wrocław
Doktorant Wydziału Nauk Społecznych na Uniwersytecie Wrocławskim. Absolwent Filozofii oraz Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Wrocławskim. Współpracuje z czasopismem naukowym "Znaczenia".
A A A
Materiały organizatora  

Metaformy słusznie są nazwane przez organizatorów międzynarodowym spotkaniem. Bo spotkanie to inna, obecnie rzadka i przez to pożądana jakość. I chyba o nią przede wszystkim chodziło. Szkoły lalkarskie z różnych krajów Europy przyjechały do Wrocławia, żeby przez cztery dni dzielić się własnymi doświadczeniami, wizjami artystycznymi, techniką, zaangażowaniem, troskami i marzeniami.


1.
Spotkania mają też to do siebie, że są ze swej natury nieobliczalne i nieprzewidywalne. Już pierwszego dnia trzy niedługie występy, trwające łącznie jakieś półtorej godziny, nieoczekiwanie złożyły się na oryginalny tryptyk o śmierci. Każdy ze spektakli w intrygujący sposób korespondował z pozostałymi. Bez uprzedniego zamierzenia, jako że Death or about life to dzieło studentów z Akademija za umjetnost i kulturu u Osijeku, czyli gości z Chorwacji, dwa kolejne: Wykluczeni oraz Nondum, pochodzą co prawda z Polski, ale z dwóch różnych miast i uczelni – odpowiednio białostockiej Filii Akademii Teatralnej w Warszawie oraz wrocławskiej Filii Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie; że pominę szanownych patronów tych instytucji.

W Death or about Śmierć jest nie tylko jedną z głównych postaci (dlatego używam wielkiej litery), ale też narratorką i przewodniczką po świecie przedstawionym. W pierwszych scenach, które odgrywane są w korytarzu przed salą, w długim zakapturzonym płaszczu, nierozpoznana, cicho przechodzi między widzami. Nie wygląda na kostuchę z kosą ze średniowiecznych rycin ani na gotyckiego potwora. Jak sama niedługo wyzna, szczerze ubolewa nad tym, że ludzie nadal nie rozpoznali jej prawdziwej natury. Nie doceniają szlachetności pełnionej przez nią roli towarzyszki tej ostatniej podróży, która każdego z nas czeka. Obserwuje świat ludzi trochę jak aniołowie z Nieba nad Berlinem Wima Wendersa. Czegoś, jak chociażby niekończącej się jatki wojennej, nie potrafi zrozumieć, inne rzeczy ją przyciągają i fascynują. Śmierć nie czerpie więc frajdy z wykonywanego „zawodu”, chociaż ze swoich obowiązków stara się wywiązywać jak prawdziwa profesjonalistka. Stara się nie przywiązywać do tych, których „odwiedza”, chociaż nie zawsze się to udaje. Dookoła jednej takiej nietypowej relacji z młodą niewinną duszyczką kręci się sceniczna opowieść. Opowieść do ckliwości melodramatyczna, który to efekt wzmacnia wyciskająca łzy muzyka oraz dość banalna symbolika. Szkoda, bowiem trop Śmierci jako postaci tragicznej wart jest większego zachodu.

Są też rzeczy, których Śmierć ludziom niekiedy szczerze zazdrości. Zgadniecie? A jakże, zazdrości im śmierci właśnie! Tej możliwości zaprzestania istnienia. Zwrócenia Stwórcy – jak to nazywał Iwan Karamazow – „swojego biletu”. I tu światło, czy jak kto woli, cień na sprawę rzucają Wykluczeni, będąc próbą uchwycenia w jednym dłuższym ujęciu esencji Beckettowskiej Końcówki. Gdy patrzy się na dwójkę bohaterów – zniszczonych, zdegradowanych do wiązki podstawowych instynktów, samotnych i zmuszonych do rozpaczliwego błagania o iskierkę ciepła, współczucia czy chociażby o jeden jedyny dotyk innej żywej istoty, śmierć już się wcale nie wydaje aż tak mroczną i upokarzającą perspektywą. Odwrotnie, wygląda na szansę zachowania resztek ludzkiej godności. Anita Piotrowska i Oskar Lasota na chwilę uzmysłowiają nam tę przykrą alternatywę, w czym zasługa ich aktorskiej energii oraz rozsądnej oszczędności środków wyrazu. 

Tytułowy Nondum ze sztuki Lidii Amejko też mógłby być jedną z postaci wykreowanego w Wykluczonych beckettowkiego świata ludzi-strzępów. To człowiek „pusty” i „bez żadnego wątku”. Jego nędzny byt jest dosadną ilustracją stwierdzenia, że śmierci najbardziej boją się ci, którzy nigdy tak naprawdę i w pełni tego słowa znaczenia nie żyli. Zamiast tego siorbali ciepłą, wygodną i przewidywalną zupkę codziennej rutyny. Kiedy zaś zbliża się kres, zostaje im powtarzać niczym zaklęcie: „Jeszcze nie umarłem! Jeszcze nie!”. Tylko że sami nie do końca wierzą w skuteczność tego performatywu. Wykrzyknik na końcu zdania brzmi coraz bardziej pytająco, a drogocenny czas owego „jeszcze nie” i tak zostaje zmarnotrawiony przez hipnotyzujący i paraliżujący strach. Martyna Matoliniec i Aleksander Maciejczyk pod opieką pedagogiczną prof. Anny Twardowskiej wymyślili inscenizację iście godną jej głównego bohatera. Minimalistyczną, pełną tajemniczego, nawisającego nad wszystkim, wyczekującego ostatecznego triumfu mroku oraz niezbyt przyjemnych, zgrzytających metalowych dźwięków, w których Nondum widzi jeden z ostatnich dowodów na własne istnienie. Bo, jak podpowiada mu służąca Emilia, „ucho na ostatek umiera”.

Napisałem o tryptyku, lecz motyw śmierci właściwie nie odpuszczał i nie opuszczał widzów pierwszego festiwalowego dnia aż do samego końca, czyli do wieczorowego pokazu Andronicusa według znanej sztuki Szekspira. Tekst ten, przepełniony przemocą i okrucieństwem, stwarza dla teatru formy wdzięczną przestrzeń do eksperymentów, poszukiwań i popisów. Niestety, goście z Bratysławy nie skorzystali z tych wszystkich możliwości. Mógłbym im wybaczyć brak ciekawszej interpretacji całości tragedii, a nawet niepotrzebne wrzeszczenie, ale potraktowanie lalek jako zwykłego i, w tej koncepcji inscenizacyjnej, niezbyt zobowiązującego „dodatku do”, uważam za grzech niemalże śmiertelny.

Na tym tle czymś w rodzaju scenicznego manifestu, a jednoczenie wyznania wiary oraz sprawozdania z pewnej obsesji, wygląda mały eksperyment teatralny Michała Murawskiego z białostockiej filii Akademii Teatralnej. Jego Konteksty to dwudziestominutowy spektakl bez słów, w którym forma niemalże dosłownie prześladuje aktora. Jest obecna w samym jego sposobie myślenia o przestrzeni, ruchu i otaczających go przedmiotach. Korzystając ze stołu, taborety i jej miniaturowej kopii, drewnianej pałeczki, własnego ciała, światła i cieni – Murawski kreuje, modeluje i niszczy co raz to nowe konstrukcje i sytuacje. Stwarza owe tytułowe konteksty, które wzbogacają je w nowe, nie zawsze oczywiste sensy.

2.
Nie zabrakło też w bogatym programie spotkań rzeczy mniej więcej, nazwijmy to, klasycznych i w miarę ukończonych. Mających prawo po nielicznych zmianach i udoskonaleniach trafić do repertuaru teatrów lalkowych. Myślę tu o dwóch propozycjach gospodarzy imprezy. Każda, chętnie przyznam, na swój sposób ciekawa i oryginalna. Kiedy króla boli ząb w reżyserii Moniki Reks z jednej strony bierze znany trop narracyjny z figurą kapryśnego, egoistycznego króla pośrodku z próbującym mu dogodzić, kręcącym się dookoła niego dworem; z drugiej opowiada i ilustruje ją poprzez sztubacką zabawę trójki aktorów-uczniów (Marta Franciszkiewicz, Marcelina Kieres, Bartosz Jędraś), którzy dla własnej rozrywki improwizują małe teatralne show. Na zasadzie nie zawsze oczywistych, a przez to niekiedy naprawdę błyskotliwych i zabawnych skrótów, analogii i skojarzeń, „odnajdują” poszczególnych bohaterów tej powieści w porozstawianych na stojących półkołem krzesłach instrumentach muzycznych: od gitary po melodykę. W kilka sekund wydobywają z każdego z nich jego osobliwy charakter. Wychodzi miło, śmiesznie i, co ważne, dość świeżo.

Opowieści plastikowej torebki również urzekają formą – prostą, minimalistyczną, lecz przemyślaną i konceptualną. Sprawdza się pomysł na wielofunkcyjną, klockowatą scenografię. Dodatkowo reżyserujący i występujący w spektaklu Zuzanna Kotara i Mateusz Bernacik biorą na warsztat temat niezmiernie aktualny i ważny, próbują pracować nad wrażliwością ekologiczną widzów od sześciu lat wzwyż. Kreując świat po końcu świata, na śmietnisku którego nieoczekiwanie, jako ostatni przedstawiciele ludzkiej aktywności na tej ziemi, spotykają się filozofująca, doświadczona przez „życie” reklamówka oraz zarozumiały, niemogący się pogodzić z dewaluacją swej cenności diament. Nietypowa to parka z nietypową przeszłością. Symboliczna i zastanawiająca.

Gospodarze odznaczyli się również najbardziej muzycznym z pokazów. Kinderbal – wierszyki zastraszające to, moim zdaniem, wielce udany eksperyment zderzający różne techniki lalkarskie i estetykę początków XX wieku, w tym też przezabawne tintamareski z jakże rzadkim na lalkarskich scenach gatunkiem czarnej komedii dla nieletnich. Każda historyjka, jedna krwawsza od drugiej, to osobny popisowy numer muzyczny, a często też i choreograficzny, z niedwuznacznym morałem. Zebrane razem tworzą mroczny, a jednocześnie nieprzestający bawić karnawał dziecięcych strachów i fascynacji, który tak naprawdę więcej mówi o nas, dorosłych. Naprowadzają też na pytanie o względność i płynność ideałów i metod pedagogicznych.

3.
Wspaniale spisali się goście z Ukrainy. Z Charkowa przywieźli szopkę bożenarodzeniową. Jak twierdzą – tradycyjną. Składa się z dwóch części. Pierwsza opowiada o, jak nietrudno się domyśleć, narodzinach Chrystusa. Tylko że z perspektywy wydarzeń w pałacu Króla Heroda, bowiem tej postaci w ostatecznym rozrachunku poświecono najwięcej uwagi. W spektaklu ani przez chwilę nie przypomina bezwzględnego i okrutnego władcy, raczej jego głupawą i strachliwą karykaturę. Potrafi nawet niekiedy wzbudzać sympatię, chociaż na dłuższą metę nie daje mu na to szansy niewyrafinowana, lecz szczera, dla każdego zrozumiała kpina.

W drugiej części towarzyszymy bezimiennemu, ucieleśniającemu pewien zespół tradycyjnych o nim wyobrażeń, Kozakowi. Ten, podróżując po współczesnej Ukrainie, niczym posłannik z przeszłości i straż jej normatywności, po kolei napotyka postacie uosabiające poszczególne, naganne w jego oczach cechy dzisiejszej rzeczywistości. Reaguje dość gwałtownie. Czyli – nomem omen – „po kozacku”. Bez skrępowania sięga po swoją buławę i tym nieskomplikowanym sposobem „naprawia” przegięcia i przeginających. Wygląda to może i zabawnie, lecz mimo wszystko dość kontrowersyjnie w swej wymowie ideologicznej. Za swoistą ramę dla obu opowieści służą tradycyjne folklorystyczne motywy, rozegrane przed wielką – o dwóch miniscenach lalkowych – konstrukcją szopki (wiertiepu) oraz tuż za nią – z użyciem teatru cieni. Urzeka w tym wszystkim zaangażowanie wykonawców, którzy mieli też okazję do popisów wokalnych, oraz pomysłowa i dość skomplikowana maszyneria miniaturowych postaci. Wystarczyło, że drewniany żołnierzyk na służbie Heroda, wysłuchawszy rozkazu, uderzy malusieńką lancą w malusieńką tarczę i już dziecko w nas jest kupione tą czystą magią teatralną.

Podobnie było w wypadku drugiego przywiezionego przez charkowian spektaklu, a właściwie ulicznego performansu, Cloudy. W tym wypadku nie mogę nie zacytować notki programowej: „Historia Czerwonej Gwiazdy, która nie może znaleźć sobie miejsca w żadnej konstelacji. Wreszcie spada z nieba na Ziemię, gdzie ten dzielny płomyk podróżuje przez morze, powietrze i ląd w poszukiwaniu przyjaciół. Nie znajdując żadnego, rozświetla serce samotnego, nieczułego człowieka”. Proste? Naiwne? Tak. No i – jak podpowiada tytuł znanej książki Erlenda Loe – super. Nie będę twierdził, że spektakl ten powinien roztopić każde serce, a jeżeli tego nie uczyni, to znaczy, że osoba taka owego serca po prostu nie ma, ale wyszedłem z pokazu rozbawiony, uściskany i zadowolony. Chciało się żyć, uśmiechać się i być ciut lepszym. Niezbędne przygotowanie przed Czechami.

Bo Czesi, na zakończenie, pokazali swoją własną wersję końca świata. Bardzo czeską. W ogóle cały spektakl to połączenie czeskiego poczucia humoru z czeską metafizyką. Proszę tylko nie dopytywać, czym jest ta ostatnia, bo tu trzeba wyczucia i intuicji, a nie precyzyjnej definicji. Medulla to dziwna dziwność na czterech wykonawców. Za punkt wyjścia służy spojrzenie w mikroskop i odnotowanie tego prostego faktu, że świat jest inny, niż nam się wydaje na tym naszym względnym makro-poziomie. Pełen jest mikroorganizmów, całych lasów, miast i krajów różnorakich żyjątek, które nie zamierzają tolerować ustalonych przez ludzkość granic. Są wszędzie dookoła. Są w środku. Są świetnym faktycznym i metaforycznym dowodem na to, że racjonalne, przewidywalne, uporządkowane i poznawalne stanowi jedynie cieniusieńką powłokę, przez którą przypatruje się nam słynna nietzscheańska otchłań czy lacanowskie Rzeczywiste. Oprócz niemieckiego filozofa i francuskiego psychiatry przedstawieniu, w moim odczuciu, patronuje amerykański reżyser David Lynch. Wszystko to podane jest w wyestetyzowanej, nie od razu zdradzającej swą surrealistyczność oprawie plastycznej oraz w kostiumach nawiązujących do przełomu XIX i XX wieku. I kiedy po brawach podłoga wciąż będzie poruszać się od mniejszych i większych białych kulek, łatwo dojść do wniosku, że taka wersja apokalipsy ma jednak swoją nieuchwytną logikę, sens i… o, zgrozo, swoiste urok i piękno. Jest zwycięstwem formy, a raczej form, nad człowiekiem, który w pysze swojej uznał siebie za Metaformę. Jest też wspaniałą i wieloznaczną puentą dla wrocławskich spotkań. Puentą – nie epilogiem!

18-11-2019

XIV Międzynarodowe Spotkania Szkół Lalkarskich METAFORMY, 23-26 października 2019, Wrocław

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę: