AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Sokrates Północy

Włodzimierz Herman, Filozof na scenie, czyli moja przygoda teatralna z Kierkegaardem. Wrocławska nostalgia
Doktorant Wydziału Nauk Społecznych na Uniwersytecie Wrocławskim. Absolwent Filozofii oraz Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Wrocławskim. Współpracuje z czasopismem naukowym "Znaczenia".
A A A
 

Filozof na scenie, czyli moja przygoda teatralna z Kierkegaardem – taki długi tytuł nosi książka Włodzimierza Hermana. I to nie koniec, bo jest jeszcze podtytuł: Wrocławska nostalgia. Wydana została przez Oficynę Wydawniczą Atut we współpracy z Instytutem im. Jerzego Grotowskiego i z dofinansowaniem Duńskiej Fundacji Velux, Okręgowej Izby Radców Prawnych we Wrocławiu oraz pana Henryka Smajewskiego. Podając tak szczegółowe dane, chciałem tylko zaznaczyć, jak długie, kręte i… niespodziewane drogi musi przejść nawet nie sama ta książka, tylko szerzej – większość tego rodzaju dzieł, zanim pojawi się szansa na spotkanie z czytelnikiem.

Książka tak naprawdę ma trzech, a zważywszy na liczbę błyskotliwych cytatów z dzieł samego Kierkegaarda, nawet czterech autorów. Zacznijmy od Aleksandra Prokopskiego, który napisał obszerny, pięćdziesięciostronicowy wstęp, będący właściwie osobnym, wprowadzającym do filozofii „Sokratesa Północy”, esejem filozoficznym: Kierkegaard, czyli wybór maski. Sam autor nazywał go „nie tylko estetyczno-satyrycznym” esejem. W rzeczy samej trudno jednoznacznie określić ramy gatunkowe tej minirozprawy o różnych maxi-sprawach. Innymi zresztą filozofowie się nie zajmują. Prokopski zapewnia, że chodziło mu o możliwie najrzetelniejsze oddanie scenicznego eksperymentu duńskiego filozofa, ale rzecz jasna „nie tylko”.

Søren Kierkegaard (już sam wymowa nazwiska potrafi wywołać żarliwą debatę), poeta i teolog, prekursor chrześcijańskiego nurtu filozofii egzystencjonalnej, był przekonany, że epoka, w której przyszło mu żyć, „stawała się epoką tłumu, masy, gminu”. I to bez względu na to, że ówczesna Kopenhaga, miasto, z którym filozof był związany przez całe życie, w którym urodził się w 1813 roku i w którym skończył swoje krótkie życie, liczyła wówczas niewiele ponad sto tysięcy mieszkańców. Taki mniej więcej dzisiejszy Płock czy Opole. „To, co ogólne, masowe, abstrakcyjne, demoralizuje indywiduum, gubiąc je w iluzorycznej idei społeczeństwa, gatunku itp.” Dlatego jednym z centralnych pojęć jego skomplikowanego światopoglądu stało się pojęcie den Enkelte (Pojedynczy). Tak, liczy się tylko ten Pojedynczy.

Ten dziwak, przedmiot sporej liczby niezbyt łaskawych anegdot, a nawet karykatur z pisma satyrycznego „Korsarz”, łączył w sobie głęboką religijność i odziedziczoną po ojcu obsesję grzechu. Do tego doszły: wyjątkowa wrażliwość estetyczna, niewątpliwy talent pisarski, zapotrzebowanie na wielkie emocje, skłonność do samozaparcia i poświęcenia. Tę mieszankę uczuć, przeczuć i przemyśleń, z nutką antyintelektualizmu, sam filozof streszcza w ubolewaniu: „Jaki to nonsens, kiedy człowiek, zamiast naśladowania Chrystusa i Apostołów oraz znoszenia cierpień, które oni znosili – kiedy zamiast tego człowiek zostaje profesorem. I to czego? – Ano tego, że Chrystusa ukrzyżowano, a Apostołów biczowano”. Przy czym Kierkegaard w swych poglądach na religię jest przerażająco, do bólu szczery i nieprzejednany. Rezygnuje ze zbytecznych i próżnych prób racjonalizacji, scholastycznego dzielenia włosa na czworo i nie ulega presji autorytetów. Jak by to paradoksalnie nie zabrzmiało, próbuje przywrócić religii chrześcijańskiej to, co sama zawsze uważała za najważniejsze, czyli wiarę. Wiarę jako osobisty, odpowiedzialny skok w nieznane i niemożliwe do udowodnienia. Wiarę jako „bojaźń i drżenie” i religię jako „chorobę na śmierć”, w której nie ma zgoła nic z pragmatycznej kalkulacji możliwych korzyści w świecie pod- i nadksiężycowym.

„W pogaństwie teatr był kościołem – w chrześcijaństwie kościół stał się teatrem” – napisze Kierkegaard w swoim Dzienniku. Niemniej jednak filozof miał swoje stałe miejsce w kopenhaskim Teatrze Królewskim, Szekspira „stawiał prawie na równi ze Starym Testamentem”, a ulubionej aktorce Johannie Heiberg poświęcił rozprawę Kryzys i kryzys w życiu pewnej aktorki. I znów, wbrew pozorom, nie zależało mu przy tym na popularności, sławie i uwielbieniu. Ciągle używał pseudonimów, a nawet, można by powiedzieć, całej kolekcji filozoficznych masek, za pomocą których ukazywał swój wewnętrzny świat w całej różnorodności i ciągłym ścieraniu się i uzupełnianiu się różnych punktów widzenia. Każda maska, jak i każda strategia narracyjna miała być nowym sposobem dotarcia do serc i dusz odbiorców.

W podobny sposób różne maski będą przemierzane w sztuce Włodzimierza Hermana Kierkegaard, czyli z papierów jeszcze żyjącego – przedstawienia na dwóch aktorów i aktorkę „w formie inscenizowanego teatru czytanego” z motywami z Don Giovanniego Mozarta w tle. Zapewne te zasugerowane motywy sprawiły, że czytany przeze mnie tekst „widziałem” w scenerii słynnego Amadeusza Miloša Formana. Moim zdaniem ten kultowy film nieźle oddaje panujący w sztuce klimat. Poza tym sztuka napisana jest z nie mniejszą niż dzieło Petera Shaffera, rzadko dziś spotykaną wnikliwością, starannością i kunsztem. 

Dla Włodzimierza Hermana nie było to pierwsze podejście do tematu. W 1982 roku miała miejsce premiera dramatu Ostatnie dnie Kierkegaarda, z której, mimo dość przychylnych recenzji, autor nie był szczególnie zadowolony. W nowej sztuce postawił na nieustanną zmianę nastroju i karnawał owych „filozoficznych masek”. Liczba ciętych ripost, zgryźliwych uwag, mądrości i aforyzmów sprawiła, że gdzieś w połowie lektury „zdechł” mi podkreślacz. „Ci, którzy nudzą innych, to masa, tłum, głupcy… ci, co nudzą się sami sobą, to elita, wybrani, artyści, uczeni” – to tylko jeden z licznych zaznaczonych przeze mnie fragmentów. Przy czym autor sprytnie unika dwóch głównych pułapek: z jednej strony nie próbuje zbytnio idealizować swego bohatera, którego można by nieraz oskarżyć o ewidentną hipokryzję; z drugiej zaś nie próbuje udawać, że chodziło mu o jak najbardziej obiektywne, wszechstronne uchwycenie tego „fenomenu”, którym był i nadal pozostaje ten kontrowersyjny myśliciel; nie ukrywa więc własnych emocji i przywiązania do bohatera. Sztuka pozostaje ową tytułową „przygodą teatralną”. Piękną, wciągającą, głęboką i wielowymiarową „przygodą”.

Natomiast rozdział Wrocławska nostalgia jest dokładnie tym, czego można było się po nim spodziewać – kawałkiem świetnej, z wielką rezerwą i autoironią napisanej autobiografii „syna szewca”, z kultowym już przedstawieniem Szewcy Teatru Kalambur oraz całą biurokratyczno-cenzuralną machiną PRL-u w tle. Doskonała okazja, żeby przypomnieć sobie początki tego, co w swoim kończącym książkę Liście do przyjaciela Janusz Degler, w ślad za artykułem Wojciecha Giełżyńskiego w „Polityce”, nazwie „Cudem nad Odrą”. Czytając to pełne przywiązania i sympatii posłowie, trudno oprzeć się sformułowaniu: „jak to jedna nostalgia spotyka się z drugą”. Cóż, ja akurat uwielbiam podobne „spotkania”. Zwłaszcza że i do nich jak ulał pasują motywy Don Giovanniego.

14-03-2016

 

Włodzimierz Herman, Filozof na scenie, czyli moja przygoda teatralna z Kierkegaardem. Wrocławska nostalgia, Oficyna Wydawnicza ATUT, Wrocław 2015.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę: