AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Spektakl, który chciał latać

Doktorant Wydziału Nauk Społecznych na Uniwersytecie Wrocławskim. Absolwent Filozofii oraz Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Wrocławskim. Współpracuje z czasopismem naukowym "Znaczenia".
A A A
 

Volare, drugi spektakl z cyklu Dekalog, to nie jedno, tylko cztery, co najmniej cztery różne przedstawienia, z których każde wabi widza na swój własny sposób.

Gdzieś na obcasie włoskiego buta leży miasteczko Copertino. Coperto po włosku znaczy „zakryty”. Copertino zatem należałoby przetłumaczyć jako „Zakrytek”. W tym oto Zakrytku  urodził się mały Józek, syn zwykłego stolarza, który miał zostać Józefem z Kupertynu – jednym z najdziwniejszych świętych całego XVII wieku. Będąc „intelektualnym nielotem” – jak go określił reżyser, Marcin Wierzchowski – w życiu codziennym latał bez większych problemów. I to w sensie dosłownym. Istnieje co najmniej siedemnaście udokumentowanych przypadków jego lewitacji. Józef mógł nagle unieść się w górę i zastygnąć nieruchomo. Potrafił latać do tyłu. Czasami lądował na ołtarzu, wzbudzając podziw wiernych i niechęć inkwizycji. Jednym ze świadków tych niebywałych zdolności był papież Urban VIII. Józef z Kupertynu zmarł w roku Pańskim 1663. Wkrótce po jego śmierci Newton ogłosił całemu światu swoje wielkie odkrycie – prawo powszechnego ciężenia. Volare po włosku znaczy „latać”.

Obecnie Copertino liczy około 25 tys. mieszkańców. Św. Józef, jak nietrudno się domyślić, został patronem lotników, astronautów i wszystkich podróżujących drogą powietrzną. Nawet pilotów wojsk NATO. Niezwykła historia jego życia przyciąga do południowych Włoch nie tylko osoby religijne, ale i takich poważnych badaczy jak Dariusz Czaja. Swoje wrażenia i przemyślenia na ten temat krakowski antropolog umieścił w książce eseistycznej Gdzieś dalej, gdzieś indziej. Ten tekst, jak wyznaje reżyser, był początkiem jego długiej fascynacji zagadkowym franciszkaninem. Wzbudził zachwyt i niepokój. „Niepokój […] był związany z tym, co począć z tą historią. Co, jeżeli dać temu wiarę i powiedzieć »tak się zdarzyło«, czym to skutkuje? A co, jeżeli powiedzieć: »nie, to tylko taka figura«”. Po dwóch latach dociekań, wywiadów i podróży Marcin Wierzchowski wystawia na wałbrzyskiej scenie Volare. Bardzo osobisty spektakl o „poszukiwaniu jasnej, świetlistej siły do tego, żeby sobie radzić, aby pokonywać to, co każdego dnia stanowi ograniczenie”.

Wielkie oklaski dla dzieciaków i Karoliny Jefmańskiej, reżyserki tego miniprzedstawienia. Jakież ograniczenie jest większe niż to wyznaczane przez gatunek? Człowiek, zwierzę, ptak czy ryba. Ręce, łapy, skrzydła czy płetwy. Na to wszystko jest się z góry skazanym. Nie ma ucieczki i nie ma dyskusji. Nie da się tego przezwyciężyć ani przeskoczyć. „Czyżby?” – chytrze pyta reżyser. Mamy rok 2027. Dokładnie sto lat wcześniej Nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny odebrał austriacki lekarz psychiatra Julius Wagner-Jauregg. Między innymi prowadził obszerne badania nad kretynizmem. Tego wszystkiego dowiadujemy się od niejakiego profesora Szpaka. Jednego z sześciu naukowców, zaproszonych wraz z całą widownią na konferencję naukową, której tematem jest – ni mniej, ni więcej – zadziwiający skok ewolucyjny szympansów. Dokonał się tak skutecznie, że nieuniknioną, drażliwą i bardzo delikatną kwestią stał się status etyczno-społeczny tych nowych „zwierząt rozumnych”. Co należy zrobić? Czy zasługują na status osoby? Czy możemy pozwolić im zamieszkać w naszych miastach? Małżeństwa mieszane? Prawa obywatelskie? Pytania. Całe stosy pytań, jak zapewne i stosy książek, które na ten temat zostaną napisane. Tylko, że dla tych już-nie-małp wolność, którą chcąc nie chcąc uzyskały, nie jest żadną teorią, czy dobrym tematem na rozprawę habilitacyjną. Jest rzeczywistością.. Muszą z nią jakoś żyć. Muszą ją utrzymać i wywalczyć dla niej miejsce. Niełatwa to rzecz, zwłaszcza gdy wybrane narzędzie walki to teatr.

W drugiej części spektaklu (czy w drugim spektaklu) żadnych małp już nie ma. Zamiast tego mamy Polskę lat 90., która dopiero zaczyna swoją przygodę z wolnością i współczesnym kapitalizmem. Scenografia w najlepszej tradycji Dogville Larsa von Triera. Szare wnętrza typowego bloku mieszkalnego. Krzesło, kanapa, stolik, szafa. Przejścia oznaczone taśmą klejącą. Wszystko dość schematyczne, ale nie bez ciekawych szczegółów. Zresztą, najważniejsi są mieszkańcy. Jest ich dość sporo i na początku nawet można się nieco  pogubić. Sceny się zderzają, przeplatają ze sobą, tworząc wielowymiarową i wielowarstwową opowieść o ludziach zagubionych w codzienności, znużonych i niepewnych. Każdy z bohaterów ma swój własny dramat życiowy. Jeden boi się, że jego syn rośnie na nieroba bez celu w życiu. Druga ulepiła ponad setkę pierogów, a dzieci nie przyjechały. Trzeci wylicza, ile ma zarabiać, żeby pozwolić sobie na dziewczynę. Czwarta po wypadku, rehabilitacji i wskutek niemożności powrotu do pracy boi się wyjść z własnego mieszkania. Piąta lęka się odwiedzić ojca, który jest ciężko chory… Można by wyliczać. Wszystkich bohaterów łączy mniej lub bardziej świadome pragnienie wolności. Chociaż wątpię, żeby któryś z nich potrafił wytłumaczyć, od czego dokładnie chciałby się uwolnić.

Po dwóch latach dociekań, wywiadów i podróży Marcin Wierzchowski wystawia na wałbrzyskiej scenie Volare. Trzecia część spektaklu (czy trzeci spektakl) pt. O kurze, która chciała latać… miał swoją premierę jeszcze w marcu. Przygotowany został przez Mały Teatr „Frędzle”, który działa przy Wałbrzyskim Ośrodku Kultury. Cóż mogę powiedzieć? Wielkie oklaski dla dzieciaków i Karoliny Jefmańskiej, reżyserki tego miniprzedstawienia. Trudno się dziwić, że młodzi aktorzy mają już na swoim koncie niejedną nagrodę teatralną. Chociaż cała historia streszczona jest w tytule, to jako część spektaklu Volare nabiera nowych sensów i podtekstów, śmiało puszczając oko do dorosłego widza.

Wreszcie po dwudziestominutowej przerwie i zmianie scenografii, która teraz ma nawiązywać do estetyki współczesnych linii lotniczych, celem naszej podróży staje się wspomniane wyżej miasteczko Copertino. Lecimy tam razem z Mariuszem (Marcello), reżyserem teatralnym, który jak i Marcin Wierzchowski od dawna zafascynowany jest postacią św. Józefa. W tym momencie przedstawienie nabiera tempa. Wyraźnie zrywa z dosłownością i śmiało miesza wspomnienia, sny, wizje i objawienia naszego bohatera. Wykład z podstaw fizyki newtonowskiej sąsiaduję z kolejną sceną pt. Gdyby Freud był w pobliżu, w której dorosły Józef próbuje przezwyciężyć dziecinne frustracje małego Józia. Wszystko staje się bardzo niepewne. Zresztą, czym jest fakt w obliczu cudu?

2-05-2014

 

Teatr Dramatyczny im. J. Szaniawskiego w Wałbrzychu
Marcin Wierzchowski
Dekalog: Volare
reżyseria: Marcin Wierzchowski
muzyka: Michał „Litwa” Litwiniec
scenografia: Matylda Kotlińska
współpraca dramaturgiczna: Michał Pabian
choreografia: Baśka Gwóźdź
obsada: Joanna Łaganowska, Małgorzata Łakomska, Irena Sierakowska, Irena Wójcik, Michał Kosela, Rafał Kosowski, Filip Perkowski, Tomasz Pisarek, Tadeusz Ratuszniak, Czesław Skwarek, Piotr Tokarz
oraz Mały Teatr „Frędzle” w składzie: Alicja Baranowska, Emilia Dereń, Sandra Janik, Klaudia Janik, Justyna Pacoń, Miłosz Baranowski, Bartek Motyl
instruktorka: Karolina Jefmańska
premiera: 26.04.2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę: