AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Spotkamy się za pół wieku

50. Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora
Doktorant Wydziału Nauk Społecznych na Uniwersytecie Wrocławskim. Absolwent Filozofii oraz Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Wrocławskim. Współpracuje z czasopismem naukowym "Znaczenia".
A A A
Janusz Gajos „Msza za miasto Arras”,
fot. Krzysztof Zatycki Z-Studio  

Schodzimy do Piwnicy Świdnickiej we Wrocławiu. Na zewnątrz hula i szaleje Olimpiada Teatralna, dlatego zebranie nasze ma posmak podziemnej konspiracji artystycznej. Żadnych reżimów, rzecz jasna, obalać nie zamierzamy. Tu chodzi o historię. Najstarsza restauracja w Europie, która działa od 1273 roku i którą odwiedzili niegdyś Chopin, Słowacki i Goethe, znowu, jak pół wieku temu, gości najstarszy na świecie festiwal teatrów jednego aktora.

Lata 60. ubiegłego stulecia dla wrocławskiego życia teatralnego bez wątpienia były okresem wyjątkowym. Do kamieniczki przy Ratuszu wprowadza się Teatr Laboratorium i wystawia Księcia Niezłomnego. Z wielkim powodzeniem kolejne programy przygotowuje Teatr Pantomimy Henryka Tomaszewskiego. Własną scenę przy ulicy Kuźniczej otwiera Teatr Kalambur, gdzie wkrótce powstają legendarni Szewcy w reżyserii Włodzimierza Hermana. Szczególną atrakcją staje się Wrocławski Festiwal Polskich Sztuk Współczesnych.

W tej atmosferze 17 października 1966 roku w Piwnicy Świdnickiej dochodzi do pierwszych spotkań, które obecnie noszą rozpoznawalny w mieście skrót WROSTJA (Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora). 17 października 2016 roku czeka nas już pięćdziesiąta edycja tego unikatowego festiwalu, podczas którego szczególnego znaczenia znowu nabiera owo słowo „spotkania”. Bowiem po tych wszystkich latach, oprócz tego samego miejsca, mamy tych samych ludzi. Tych, którzy byli u początków. Przede wszystkim niezmiennego dyrektora i pomysłodawcy festiwalu Wiesława Gerasa, ale też Janusza Deglera, Lecha Śliwonika, Tomasza Miłkowskiego i Krzysztofa Kucharskiego. Jak napisze o WROSTJA w specjalnym jubileuszowym programie Tomasz Miłkowski: „Formuła jest właściwie bardzo prosta: trzeba wiedzieć, co i do kogo się mówi. Nawet jeśli mówi się bez słów. Od tej reguły nie ma wyjątków, choć przecież każdy, komu zdarzyło się być w teatrze kilka razy w życiu, mógł zauważyć, że nie zawsze tak jest. Także w teatrze jednego aktora, ale wtedy to prawdziwa katastrofa”. 

Trudno byłoby wymyślić lepsze rozpoczęcie imprezy niż wzruszający występ Tadeusza Malaka. Po pięćdziesięciu latach jeszcze raz powraca na tę malusieńką scenę i znowu z kompilacją różnych utworów Tadeusza Różewicza. Był to już czwarty taki pokaz. Tekst ciągle się zmieniał, ewoluował, nabierał nowych znaczeń, skojarzeń i odniesień. W 1967 roku, kiedy aktor dostał Nagrodę Główną na 2. Ogólnopolskim Festiwalu Teatrów Jednego Aktora, nosił tytuł W środku życia. W 2001 i 2011 należało mówić o W środku życia – ciągu dalszym. Tym razem Tadeusz Malak nazwał swój występ Powrotem do źródeł… od Różewicza… i dalej… Powrót ów stał się czymś w rodzaju bardzo prywatnego spotkania aktora z nieżyjącym już poetą. Cytaty z wywiadów i dramatów, dogłębnie przyswojone przez artystę, niezauważalnie przechodziły w liczne fragmenty wierszy. Twórczość autora Kartoteki i Kartoteki rozrzuconej (między jedną a drugą jest różnica 37 lat) jak widać świetnie nadaje się do podobnego zbierania, wycinania i układania. Kilka tygodni temu dobitnie dowiódł tego Paweł Miśkiewicz, wystawiając we Wrocławskim Teatrze Współczesnym Naukę chodzenia.

Przyznam się, że nadprogramowym wykonaniem wierszy Różewicza bardziej niż premierą sztuki Do źródeł. Głos cichego odmętu wzruszyła i uwiodła mnie Lidia Danylczuk ze Lwowa. W spektaklu zagrała perfekcyjnie, wcielając się w rolę młodej dziewczyny, która w nieludzkich warunkach Hołodomoru próbuje uratować własną rodzinę. Za cały rekwizyt i dekoracje aktorce posłużyły zapisane kartki białego papieru. Wyszło jednak dzieło, moim zdaniem, nazbyt emocjonalnie ciężkie i przygnębiające, jak gdyby zagrane na jednej długiej, tragicznej, rozdzierającej serce nucie. Czego nie można powiedzieć o Różewiczu. Miał zarówno w sobie, jak i we własnej twórczości niekwestionowalną wielowymiarowość. Lubił żartować, niekiedy dość zjadliwie i sarkastycznie, ale niemal od razu nadrabiał to rozbrajającą szczerością. Wielkim poetą był, wielką postacią, którą, mam nadzieję, jeszcze uda się nam w pełni docenić.

Polskim poetą zainteresowali się: autor ponad stu dramatów, wykładowca uniwersytecki i dziennikarz Mohammad Czarmszir oraz urodzony w Teheranie irański aktor Attila Pessyani. Pierwszy stworzył na podstawie różnych dzieł Różewicza (patrz wyżej) tekst Punkt wyjścia, w centrum którego znajduje się okaleczony żołnierz próbujący na nowo poukładać swoje życie. Drugi zaś odtworzył zamysł Czarmszira na scenie. Wynik tej współpracy można będzie obejrzeć 15 i 16 listopada w ramach specjalnych pokazów festiwalowych w Instytucie Grotowskiego. Dwa dni później czeka nas solowy występ Zdzisława Kuźniara, który w tym roku też obchodzi jubileusz związany z liczbą pięćdziesiąt. Przez tyle sezonów gra we Wrocławskim Teatrze Współczesnym. Spektakl Ja, Feuerbach miał premierę trzy lata temu, jednak dwadzieścia lat wcześniej jubilat już zagrał w spektaklu o tym samym tytule. W wykonaniu Kuźniara, który występował z tym spektaklem podczas poprzednich spotkań. Aktor nasycił rolę wielością emocjonalnych i psychologicznych niuansów i tekst Tankreda Dorsta o starzejącym się aktorze nabiera w jego wykonaniu szczególnej autentyczności.

Jubileuszowa edycja znacznie rozszerzyła swoją geografię. Oprócz wspomnianej Piwnicy Świdnickiej przedstawienia, spotkania, czytania i rozmowy miały miejsce w niedawno otwartym Wrocławskim Domu Literatury, Wrocławskim Teatrze Lalek, Instytucie Jerzego Grotowskiego, Klubie Muzyki i Literatury oraz Centrum Sztuki Impart. Do tego należy dodać specjalny pokaz Stand-up Witkacy w Teatrze Polskim oraz Novecento w Teatrze Capitol. A przecież w ubiegłych latach festiwal dało się „zmieścić” na kilku scenach w budynku PWST przy ul. Braniborskiej. W tym roku dla uczelni teatralnej wydzielono specjalny dzień, z konferencją Dlaczego warto być twórczym? Badania psychologiczne wybitnych aktorów polskich, pokazami prac studentów różnych lat i projektem badawczym dr hab. Eweliny Ciszewskiej pt. Eurydyka

Ważnymi wydarzeniami stały się spotkania promujące trzy nowe książki z serii Czarna książeczka z Hamletem. Książki, z powodu swych niewielkich rozmiarów (rozmiarów, a nie objętości) nazywane przez wydawców książeczkami, rzeczywiście są czarne, a na okładce mają obraz tytułowego bohatera jednej z najbardziej znanych sztuk Szekspira. Jednak, rzecz jasna, nie okładka stanowi o wyjątkowości tego wydawniczego przedsięwzięcia. Jest to bodaj jedyna tego rodzaju seria całkowicie „poświęcona ruchowi teatrów jednego aktora i sylwetkom wybitnych aktorów polskich i zagranicznych”. W ciągu niecałych dziesięciu lat Wrocławskiemu Towarzystwu Przyjaciół Teatru i Ośrodkowi Kultury i Sztuki udało się wypuścić w świat małą tematyczną biblioteczkę. Przy czym, ze względu na niewielki nakład, tuż po wydaniu każda z książek stawała się prawdziwym białym krukiem. Na całe szczęście pomysłodawcy projektu zadbali, żeby tytuły trafiły do ważniejszych bibliotek w kraju. W ostatnim czasie swoich książeczek doczekali się Tadeusz Malak (Wypowiedź człowieka. Poezjoteatr Tadeusza Malaka autorstwa Katarzyny Flader-Rzeszowskiej oraz Lidia Danylczuk z Ukrainy (Lidii Danylczuk droga ku sobie Iryny Wolickiej-Zubko). Tomasz Miłkowski natomiast stworzył wyjątkową mapę drogową dla wszystkich zainteresowanych teatrem jednego aktora – 166 monodramów. Przewodnik po teatrze jednego aktora.

Najlepszą frekwencją, taką z dostawianiem krzeseł i upychaniem widzów, odznaczyło się przedstawienie Msza za miasto Arras we wspaniałym wykonaniu Janusza Gajosa. Aktor nikogo i niczego nie grał, to znaczy nie próbował wcielać się w poszczególne postacie, tylko spokojnie, wnikliwie opowiadał historię jednego średniowiecznego miasta, które w ciągu kilku miesięcy ogarnia najprawdziwsza zbiorowa histeria. Ludzie płoną na stosach, zaczyna się polowanie na niewiernych, obcych, podejrzanych. Tekst Andrzeja Szczypiorskiego, wydany w 1971 roku, nadal brzmi porażająco aktualnie, udowadniając, że mroczne średniowiecze drzemie w każdym z nas, a wszystko, co działo się w Arras, dość łatwo może się powtórzyć tu i teraz. Podkreśla to zarówno współczesny kostium wykonawcy, jak ostatnie wydarzenia społeczno-polityczne, ze spaleniem kukły Żyda na wrocławskim rynku na czele.

Nie mniejsze zainteresowanie wzbudził występ Doroty Stalińskiej, która już nie pierwszy raz pojawia się we Wrocławiu z kultowym monodramem Żmija. O tym godzinnym monologu rewolucjonistki z przypadku można by napisać osobną rozprawę. Skoro już tyle było o liczbach, wspomnę, że spektakl ten jest tylko nieznacznie młodszy od festiwalu – miał swoją premierę w 1978 roku. Od tego czasu aktorka zagrała go ponad cztery tysiące razy. Niemniej jednak w ten specjalny wieczór poświęcony jej twórczości nie było w ogóle mowy o żadnym zmęczeniu materiału. Wciągający, bardzo dynamiczny spektakl ogląda się jednym tchem. Wzrusza, bawi i przestrzega, udowadniając, że cztery tysiące razy to żadna granica. Tak samo jak pięćdziesiąt lat. To tylko liczby. A jeżeli te wyjątkowe wrocławskie spotkania miałyby nas czegokolwiek nauczyć, to tego, że człowiek jest od nich znacznie ważniejszy. Nawet jeżeli jest sam. Na scenie czy poza nią.

9-11-2016

50. Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora, 17-24.10.2016

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę: