AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Stare komedie po nowemu

Muzyk i polonistka, w latach 50. XX w. aktorka Teatru na Tarczyńskiej i Teatru Poezji UW, później wieloletnia nauczycielka muzyki w Szkole Podstawowej nr 15 w Warszawie, profesor Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina i publicystka „Ruchu Muzycznego”. Doktor habilitowana nauk humanistycznych, autorka książek o teatrze muzycznym i polskich artystach. Publikowała też w „Teatrze”, „Dialogu”, nowojorskim „Przeglądzie Polskim”,„Pamiętniku Teatralnym”. Współpracuje z ISPAN i z Teatrem Wielkim – Operą Narodową.
A A A
Gianni Schicchi, reż. Natalia Kozłowska  

W poprzedniej relacji z wydarzeń Sceny Młodych Warszawskiej Opery Kameralnej 2014 (Współczesność w cieniu greckich mitów), opisywałam przedstawienia prapremierowe, wprawdzie inspirowane antykiem i mitologią, lecz operujące współczesnym językiem muzycznym i teatralnym. Pozostały one wszakże w mniejszości; przeważyła klasyka obca i polska, przemykająca przez repertuary teatrów częściej (Pergolesi, Mozart) lub rzadziej (Kurpiński, Moniuszko, Puccini), ale jednak klasyka. I wszystko to były komedie, jak wiadomo, najtrudniejszy gatunek teatru. Nawet Don Giovanniego, swą arcyoperę, Mozart opatrzył określeniem dramma giocoso („wesoły dramat”), a tymczasem według Piotra Kamińskiego, autora kompendium Tysiąc i jedna opera, jest to najzwyczajniej opera buffa.

Początek temu właśnie gatunkowi dała w kulturze europejskiej La serva padrona Pergolesiego (1733) na dwoje tylko śpiewaków, mima i pięć-sześć instrumentów. W tradycji wykonań warszawskich zapisała się świetnie Bogna Sokorska (Serpina) z Bernardem Ładyszem (Uberto) oraz występujący obok nich Bronisław Pawlik w niemej roli Vespone. La serva padrona w takiej bajecznej obsadzie, wystawiona przez Stefana Sutkowskiego w Starej Pomarańczarni, stanęła u narodzin Warszawskiej Opery Kameralnej (1961). Później teatr grywał tę buffę niejednokrotnie, łącznie z wersją dla Sceny Marionetek WOK. Ale najlepiej wryło mi się w pamięć wykonanie przez uzdolnioną komediowo Agnieszkę Kurowską i basa Piotra Nowackiego (1988) – reżyserka Jitka Stokalska nie osadziła Uberta w konwencji starego zrzędy z komedii dell’arte, lecz stał się on, zgodnie z wiekiem, młodym „starym kawalerem”. Obecni realizatorzy ze Sceny Młodych dali całkiem nowe ujęcie.

Zespół Muzyki Dawnej Gradus ad Parnassum zaprosił do współpracy Anetę Groszyńską, niedawną absolwentkę Wydziału Reżyserii Akademii Teatralnej i funkcjonującego w jej ramach Instytutu Opery. W pewnym stopniu (ma w swym dorobku prace różnorodne) wywodzi się ona zatem z muzykalnej „stajni” reżyserskiej Ryszarda Peryta. A gwarantem oryginalności jej inscenizacji okazał się Błażej Twarowski, lalkarz i tancerz, ustawiony w roli współczesnego chłopaka w dżinsach i adidasach, zarazem spiritus movens całego spektaklu. Ubrany w T-shirt z napisem VESPONE i numerem, jakim w sportowych drużynach oznacza się zawodników, przebiegał przez scenę i penetrował jej kąty, przyglądał się zachowaniom śpiewaków w stylowych kostiumach i fotografował ich telefonem komórkowym. Przy nogach stołu – jedynego elementu dekoracji – siedziały dwie lalki: miniaturki Serpiny i Uberta. Vespone nadawał im życie, pociągając za sznurki. Odgrywały wtedy własne scenki, przedrzeźniały aktorów, a nawet wchodziły z nimi w interakcje. Popis pantomimiczny dał Twarowski jako rzekomy narzeczony Serpiny, kapitan di Tempesta. Spowity w czarny płaszcz Uberta, z twarzą całkowicie przesłoniętą kapeluszem, dawał się przesuwać i przestawiać niczym na poły groźny, na poły śmieszny bezgłowy manekin. Recytatywy i małe arie dwojga bohaterów biegły wartko; muzyka, brzmiąc niekiedy zbyt głośno, dodawała wigoru zdarzeniom, w których sprytna sługa (la serva) poślubia swego gderliwego pana, zostając panią (padrona).

Serpiną, w chłopięcej fryzurze i prostej sukience z epoki, była wdzięczna i dobrze śpiewająca Barbara Zamek. W staroświecką figurę Uberta zmienił się Hubert Zapiór. Ustrojony w białe pończochy, pantofle z klamrami i surdut o długich połach, swobodnie odśpiewał rolę. Nie przeszkadzała mu peruka ani mocna charakteryzacja rodem z klownady. Zapiór ma 21 lat; kształci swój baryton na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina (w klasie Włodzimierza Zalewskiego), a jednocześnie studiuje w warszawskiej Akademii Teatralnej, co daje mu aktorską pewność. Utalentowany młodzieniec z Brzeska od paru lat doskonali się wokalnie i scenicznie. Nie opuszczał lokalnych ani ogólnopolskich konkursów i telewizyjnych castingów, zdobywał wyróżnienia. Podczas Sceny Młodych WOK miał swoje wielkie dni. Oprócz Uberta w La serva padrona wystąpił jako Don Giovanni. To rola nad role; marzą o niej wszystkie barytony, a nawet niejeden tenor. Na 35 scen dwu aktów opery bohater intensywnie obecny jest aż w 22! Zapiór dostosowywał śpiew do następujących po sobie konfiguracji z partnerami; żywy jak iskra, nie miał w sobie nic z elegancji hiszpańskiego Dona – tylko bezczelność.

Dałby sobie pewnie radę w każdej inscenizacji, nie tylko w tej stworzonej dla studentów UMFC przez ich pedagoga i aktualnego dziekana Wydziału Wokalno-Aktorskiego, Ryszarda Cieślę. Ten wieloletni solista Teatru Wielkiego, żywiąc ambicje reżyserskie spełnił je w Don Giovannim – w zaskakującej, bo niszczącej styl Mozarta estetyce amerykańskiego komiksu. Swego czasu sławny Amerykanin Peter Sellars rozgrywał Don Giovanniego w latynoskich barach Harlemu, a skandalizujący Hiszpan Calixto Bieito na parkingu przy autostradzie (Dona Anna wyglądała u niego na „tirówkę”…). Warszawska studenteria w dziwacznych, jaskrawo punktowanych ubiorach (scenografia Karoliny Fandrejewskiej) prowadziła akcję chyba gdzieś na ulicy, przed wejściem do modnego klubu, gdyż w głębi sceny jarzył się neon „Yes to all”. Zapiór-Don Giovanni obuty był w zielone adidasy, kostki owijały mu złote łańcuszki, na gołych nogach miał przezroczysty tiul („spodnie”?). Zdradzanej Elwirze na przeprosiny wręczał czekoladki „Merci”, w scenie ostatniej kolacji pałaszował jedzenie z McDonald’s.

Bez związku z nadanym XVIII-wiecznej operze współczesnym kontekstem Ryszard Cieśla zamieścił w programie kierującą nim reżyserską ideę, by pokazać obok uwiedzionych i poranionych przez Don Giovanniego kobiet także poranionych mężczyzn. Nie potrafił jednak przełożyć tego na teatralne znaki. Leporello (Dominik Opaliński) był leniwy, Ottavio (Emil Ławecki) ubrany na różowo (w kolor gejów) upijał się już na uwerturze, a Masetto (Jasin Rammal) zbyt niepewnie śpiewał, by cokolwiek wyrażać. Ospała, acz obdarzona pięknym sopranem Dona Anna (Karolina Ciwis) od początku miłośnie wieszała się na szyi Don Giovanniemu, więc jej rzekome poszukiwanie mordercy ojca nie przekonywało. Zerlina (Anna Szostek) skupiła się na arii i duecie, a pełna temperamentu Elwira (Bożena Bujnicka) po prostu wspaniale śpiewała. Przez całe przedstawienie przewijały się czarne postaci (Chór Warszawskiego Towarzystwa Scenicznego). To do nich kierowały swoje żale Anna i Elwira, z nimi ucztował Don Giovanni. I one odegrały decydującą rolę w oryginalnym rozwiązaniu finału.       
   
W libretcie Lorenza da Ponte Leporello ustawicznie skarży się na swego pana, Don Giovanniego, a Ottavio i Masetto zapowiadają zemstę na uwodzicielu. Tutaj reżyser owe skargi i zapowiedzi przemienił w czyn. Kiedy duch Komandora wszedł na wieczerzę i nakłaniał do skruchy swego nonszalanckiego zabójcę, a Don Giovanniego ogarnął wreszcie strach i wściekle zaczął się bronić, to Leporello pierwszy wbił mu w brzuch barwną świetlówkę (pasowałby tu lepiej baseballowy kij…). Ottavio z Masettem, którzy dotąd krążyli mściwie po scenie w szpiczastych czapach Ku-Klux-Klanu, dokładali swoje ciosy. Wreszcie zewsząd wypełzły czarne postacie i nakryły kłąb ciał. Czy miały uosabiać mozartowskie demony? Biorąc pod uwagę ich intensywną obecność w przedstawieniu i wymowę całości, ilustrowały raczej cytat z Sartre’a: „Piekło to inni”. Po takim linczu nie było już miejsca na kunsztowny sekstet, który Mozart powierzył szóstce poszkodowanych, ani na ich moralizatorską przestrogę: „Kto źle żył, ten kończy źle! Kto za życia diabłu służył, ten swą duszę do piekieł śle!”. Warto podkreślić, że w owej  wyczerpującej finałowej szarpaninie Hubert Zapiór w upartym sprzeciwie wobec piekła i innych wciąż Mozarta śpiewał (dobrze!), nadając głosowi poruszająco dramatyczny ton. Studentom towarzyszyła Sinfonietta Warszawskiej Opery Kameralnej – czemu tak słabo? WOK utrzymuje przecież Don Giovanniego w repertuarze już ponad dwadzieścia lat! Spektakl prowadziła kolejna przedstawicielka nowego pokolenia dyrygujących kobiet, Lilianna Krych.

Dla młodzieży artystycznej chcącej realizować się w formach operowych orkiestra stanowi poważny problem. Kiedy warszawsko-krakowska grupka z Jakubem Lisem (producentem spektaklu) postanowiła zająć się postponowanym, a ważnym w naszej kulturze operowej Karolem Kurpińskim, ich inicjatywę wsparł orkiestrowy Zespół przy Warszawskiej Operze Kameralnej. Nazbyt dobitna jego gra w nazbyt oszczędnym składzie rodziła przypuszczenie, iż został zebrany ad hoc, ale był i grał w Zamku na Czorsztynie (19, 20 XII) pod dyrekcją Pawła Kapuły. Kurpiński do grania łatwy nie jest. Do śpiewania też nie. Pięcioro wokalistów starannie prowadziło głosy i artykułowało teksty mówione i śpiewane, choć do treści zachowywało dystans. Według czytelnej koncepcji reżysera Błażeja Peszka dawna komedio-opera o duchach w zamku, miłości i smacznej kolacji posłużyła młodym za podniecający temat klubowej zabawy. Sądząc po meblu (wielka czerwona sofa) i modnych ubiorach (szaliki chłopców, wełniana czapka, T-shirty), taka zabawa mogła odbyć się… choćby wczoraj. Blondynka Wanda (Iga Caban) w ślubnej sukni z niekończącym się trenem skwapliwie ćwiczyła z Bojomirem (Jarosław Bielecki) czar przedmałżeńskich upojeń. Wyzywająca brunetka Łucja (Hasmik Sahakyan) w ostrym makijażu i czarnej tiulowej spódniczce głębokim dekoltem wabiła Nikitę (Stanisław Olejniczak) z kompanem do zamku, czyli za kulisy i na sofę.

Na scenie panowało ledwo wyczuwalne napięcie, w muzyce następowały pauzy i zwolnienia. Wszystko prowadziło do finałowej niespodzianki. Przy końcowym kwintecie „Co za chwila, o radości!” bohaterowie stłoczyli się na sofie, Łucja z diabolicznym uśmiechem wyciągnęła wielką szprycę i… dała sobie i kolegom w żyłę: rozległ się pisk szczęścia, zapadła ciemność i kurtyna. Rozumiem, że najpopularniejszy niegdyś fragment opery, czyli polonezowa aria Bojomira „Jeszcze za króla Michała”, nie pasował do obrazu; uległ wykreśleniu. Błażej Peszek stworzył nierzadki obecnie typ inscenizacji operowej, w której teatr zyskuje przewagę nad muzyką. Zamek na Czorsztynie (1819) i tak ma szczęście. Jedyna to partytura operowa Kurpińskiego (z kilku ocalałych) opublikowana po wojnie przez krakowską oficynę PWM (1968), stąd też czasem wystawiana. Ostatnio (w 2011 r.) Zamek… miał koncertowe wykonanie w Filharmonii Narodowej. Późniejsze, półsceniczne wykonanie w Radziejowicach (2012), z solistami przygotowanymi przez Ryszarda Karczykowskiego i Polską Orkiestrą Sinfonia Iuventus, znalazło się na płycie CD wydanej przez firmę DUX (nr katalogowy 0955) i Pałac w Radziejowicach. Bowiem librecista Zamku na Czorsztynie, Józef Wincenty Krasiński, hrabia i żołnierz patriota, był właścicielem tej wspaniałej rezydencji i założył w niej magnacki teatr.

Z operetki młodego Moniuszki Nocleg w Apeninach (1839), którą Zespół Szkół Muzycznych im. Fryderyka Chopina w Warszawie z ul. Bednarskiej wstawił na afisz Sceny Młodych WOK (28, 29 XI) zachowały się ledwie szczątki nut. Niektóre więc arietki wykonywano z towarzyszeniem fortepianu, jeden i drugi ansambl zinstrumentował Edward Sielicki; on też skomponował pompatyczną Uwerturę i finałowego Poloneza. Grała je z ferworem szkolna orkiestra. Siłą rzeczy w tym przedstawieniu również dominował teatr, lecz pióra samego Aleksandra Fredry. Uczniowie, mądrze kierowani przez pedagoga Wydziału Wokalno-Aktorskiego szkoły i reżysera Małgorzatę Kaczmarską, staroświeckiej fabuły i słów Fredry nie uznali za „obciach”. Spotkanie przygnanych przez burzę podróżnych w górskiej gospodzie stało się dla nich okazją do ciekawej teatralnej przygody. Sceniczny wdzięk i zadatki na dobrego tenora pokazał Rafał Żurek w roli szałaputa Antonia, upartego w miłości do Rozyny uwożonej przez niechcianego narzeczonego Fabricia. W tej ostatniej roli wysoki i szczupły Jan Piasecki stworzył śmieszną postać sztywnego złośnika, a i lekkim barytonem operował sprawnie. Justyna Kantorowicz jako obsługująca gości Lizeta ze swobodnym uśmiechem i takimż śpiewem snuła intrygę, by swego brata Antonia połączyć z ukochaną.      

Należy mieć nadzieję, że ci początkujący w trudnym zawodzie artysty operowego adepci osiągną poziom swych starszych kolegów, jakim olśnił przywieziony z Gdańska Gianni Schicchi Pucciniego (20, 21 XI). Organizatorem wyprawy (z własną, ponad 30-osobową orkiestrą!) była Fundacja Tutti. Powstała dwa lata temu, gdy kończący dyrygenckie studia w Akademii Muzycznej w Gdańsku Rafał Kłoczko postanowił wystawić studenckimi siłami, acz z pomocą Opery Bałtyckiej debiutancką operę Pucciniego Willidy (maj 2012). Udało się nadzwyczaj i grupka realizatorów podjęła kolejne działania. Reżyserka Willid Natalia Kozłowska, wychowanka Instytutu Opery Peryta, ma za sobą znakomity dyplom (Dydona i Eneasz Purcella, Collegium Nobilium w Warszawie, 2010), a m.in. na Wybrzeżu reżyserie innych oper Pucciniego, w 2014 zaś polskie premiery Franceski da Rimini Rachmaninowa (Centrum św. Jana w Gdańsku) i Agrippiny Händla (Teatr Stanisławowski w warszawskich Łazienkach). Znajdowała się na liście nominowanych do Paszportu „Polityki”. Przy niektórych przedstawieniach współpracowała z Rafałem Kłoczką, który sam również osiągnął już niemało. Oboje tworzą mocne trio ze scenografką Olgą Warabidą i to właśnie oni wystawili Gianniego Schicchi.

Puccini pod koniec życia skomponował Tryptyk (1918) złożony z opery werystycznej (Płaszcz), dramatycznej (Siostra Angelika) i farsowego Gianniego Schicchi z wątkiem zaczerpniętym z Boskiej Komedii. Całość rzadko pojawia się na afiszach, a osobne jednoaktówki – też nieczęsto. Wybór Gianniego potwierdza słuszne upodobania młodych artystów do tytułów niesłusznie pomijanych. Tym bardziej niesłusznie, że partytura Pucciniego jest mistrzowska, a akcja tak nieprawdopodobna, że aż… naturalna. Bo czyż nie jest naturalna walka o spadek przy łożu nieboszczyka? Zgodnie z sytuacją Kozłowska ubrała liczną rodzinę zmarłego w szaro-czarne (niekiedy – brunatne) kostiumy, tyle że z czerwonymi akcentami (róża wpięta w suknię, szal, rękawiczki). Przy odpowiednich kolorach uszminkowanych twarzy i kształtach fryzur oraz wyrazistej mimice otrzymaliśmy czysty styl ekspresjonistycznego teatru – akurat z doby, w której Tryptyk powstał. Ustawiczny ruch dziesięciorga solistów budził zachwyt: ta gromadka tasowała się i rozpraszała po scenie, układała w szereg lub piramidę, otaczała kołem jedną postać itp. Wszyscy swe wokalno-aktorskie zadania spełniali znakomicie, ale troje sam Puccini uczynił motorami intrygi.

Miłosz Gałaj tytułową rolę szalbierza odegrał brawurowo! Najpierw był ulicznym cwaniakiem pośród godnych mieszczan, potem udawał umierającego i zmieniał testament wedle oczekiwań rodziny, by w rezultacie cały majątek chytrze przeznaczyć sobie. W całej tej wielkiej, kulminacyjnej scenie jego baryton brzmiał charakterystycznie, ze starczym spłaszczeniem, co jest niełatwą sztuczką techniczną. Przemysław Baiński (Rinuccio) zadziwił mocnym, pięknym tenorem o włoskiej barwie. Małgorzata Chmielecka (Lauretta) nie zawiodła w ślicznej arii „O mio babbino caro” – aria przysporzyła operze popularności i jest wbrew pozorom prośbą kierowaną do tatusia-Gianniego, by próbował odwrócić testamentowy werdykt (prośba ta zostaje z naddatkiem spełniona…). Dodajmy, iż Hubert Zapiór, poznany w innych warszawskich przedstawieniach, tutaj wystąpił w dwóch epizodach: jako Lekarz i Notariusz. Olga Warabida na tylny ekran sceny rzucała projekcje wnętrza domu, o którego dziedziczenie toczył się spór, albo panoramę Florencji, co pozwoliło Baińskiemu wyśpiewać pochwałę miasta zamieszkałego przez przedsiębiorczych ludzi… Na tle projekcji ukazywał się w dymkach (jak w komiksie) polski przekład tekstu libretta. Orkiestra Tutta Forza pod batutą Kłoczki grała świetnie, niosąc z fosy muzykę absolutnie skorelowaną ze sceniczną akcją.

Gdański Gianni Schicchi podczas stołecznej prezentacji w WOK okazał się przedstawieniem doskonałym w każdej minucie przebiegu. Jego rejestracją powinna zainteresować się telewizja i pokazywać w TVP Kultura w dobrym czasie antenowym: jest krótkie, śmieszne i uniwersalne w treści, bo o ludzkiej chciwości. A ta trójka: Kłoczko, Kozłowska, Warabida mogłaby otrzymać we władanie jakiś polski teatr operowy, niemieckim wzorem z budynkiem, orkiestrą i niewielkim chórem. Obsady kompletowaliby doraźnie (dowiedli kompetencji w tym względzie). Nie wiem, czy poradziliby sobie organizacyjnie. Ale za parę wybornych przedstawień – ręczę!

19-01-2015

galeria zdjęć Scena Młodych Warszawskiej Opery Kameralnej, Teatr Warszawskiej Opery Kameralnej  Scena Młodych Warszawskiej Opery Kameralnej, Teatr Warszawskiej Opery Kameralnej  Scena Młodych Warszawskiej Opery Kameralnej, Teatr Warszawskiej Opery Kameralnej  Scena Młodych Warszawskiej Opery Kameralnej, Teatr Warszawskiej Opery Kameralnej ZOBACZ WIĘCEJ
 

SCENA MŁODYCH  WARSZAWSKIEJ  OPERY KAMERALNEJ  (24 X – 20 XII  2014 ) c.d.

Giovanni Battista Pergolesi
La serva padrona
kierownictwo muzyczne: Krzysztof Garstka
reżyseria: Aneta Groszyńska
scenografia: Tomasz Walesiak
kostiumy: Warszawska Opera Kameralna
obsada: Barbara Zamek, Hubert Zapiór, Błażej Twarowski, Zespół Muzyki Dawnej Gradus ad Parnassum
04-05.12.2014

Wolfgang Amadeusz Mozart
Don Giovanni
kierownictwo muzyczne: Rafał Janiak
dyrygent: Lilianna Krych
reżyseria: Ryszard Cieśla
scenografia: Karolina Fandrejewska
choreografia i ruch sceniczny: Aleksandra Dziurosz
obsada: Hubert Zapiór, Dominik Opaliński, Karolina Ciwis, Bożena Bujnicka, Jasin Rammal, Emil Ławecki, Anna Szostek, Chór Warszawskiego Towarzystwa Scenicznego, Sinfonietta Warszawskiej Opery Kameralnej
24.10.2014

Karol Kurpiński
Zamek na Czorsztynie, czyli Bojomir i Wanda
kierownictwo muzyczne i dyrygent: Paweł Kapuła
reżyseria: Błażej Peszek
obsada: Jarosław Bielecki, Stanisław Olejniczak, Iga Caban, Hasmik Sahakyan, Marcin Korbut, zespół przy Warszawskiej Operze Kameralnej
19-20.12.2014

Stanisław Moniuszko
Nocleg w Apeninach
opracowanie muzyczne: Edward Sielicki
kierownictwo muzyczne: Sławomir A. Wróblewski
reżyseria: Małgorzata Kaczmarska
scenografia i kostiumy: Elżbieta Tolak
choreografia: Monika Gut
obsada: Jan Bukowski, Rafał Żurek, Justyna Kantorowicz, Jan Piasecki, Katarzyna Hamziuk, Dominik Mazan, Orkiestra Zespołu Państwowych Szkół Muzycznych im. F. Chopina w Warszawie, Marta Jarczewska (fortepian)
28-29.11.2014

Giacomo Puccini
Gianni Schicchi
kierownictwo muzyczne: Rafał Kłoczko
reżyseria, inscenizacja i kostiumy: Natalia Kozłowska
scenografia multimedialna: Olga Warabida
charakteryzacja: studentki Wyższej Szkoły Artystycznej w Warszawie
obsada: Miłosz Gałaj, Magdalena Chmielecka, Przemysław Baiński, Monika Cichocka, Róża Borzdyńska, Paulina Wilczyńska, Janusz Żak, Mateusz Teliński, Hubert Zapiór (i inni) oraz Orkiestra Tutta Forza
20-21.11.2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę: