AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Stary niedźwiedź… budzi się

Doktorantka w Zakładzie Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autorka artykułów dotyczących performatywnego wymiaru fotografii oraz recenzji teatralnych. Współpracowała m.in. z Fundacją Malta oraz z Nową Siłą Krytyczną.
A A A
Fot. Monika Lisiecka  

Nie jest rzeczą łatwą mówić o czyimś cierpieniu. Może nawet nie tyle niełatwą, co niewykonalną. Twierdzić, że rozumie się ciężar traumy, z jaką dana osoba musi się zmagać, to stawiać swój rozum ponad współczucie. Autorka tekstu do Ene, due, rike, fake, Marzena Matuszak, jest chyba świadoma tego problemu. Nowa premiera Teatru Polskiego to raczej próba poradzenia sobie z czymś, co literatura fachowa nazywa traumatyzacją zastępczą niż próba przedstawienia „nieprzedstawialnego”.

Traumatyzacji zastępczej doświadczają osoby, które z niespodziewanym i bolesnym wydarzeniem zetknęły się niebezpośrednio, występowały w nim w roli świadka. Bardzo często (choć nierzadko nieświadomie) podlegają jej np. fotoreporterzy wojenni, ratownicy medyczni, mimowolni obserwatorzy wypadku samochodowego czy też ci, którzy o nieszczęściu dowiadują się z przekazu ustnego ofiary, poszkodowanej np. w zamachu bombowym czy będącej obiektem molestowania. Już samo wysłuchanie opowieści o cudzej tragedii może wywołać w nas niepokój, problemy ze snem, rozdrażnienie, a nawet przewlekłą depresję. Niełatwo przyznać się przed sobą do takich dotkliwych reakcji. Niektórzy twierdzą, że nie mają wręcz prawa źle się czuć, bo prawdziwą traumę przeżywa
tylko ofiara, której opowieści wysłuchujemy.

Ene, due, rike, fake  jest, w moim mniemaniu, formą sublimacji społecznych i indywidualnych lęków oraz smutku, pojawiających się w każdym spośród nas (a przynajmniej w osobach wrażliwych na cudze cierpienie), kiedy dowiadujemy się o kolejnym przypadku pedofilii. Marzenę Matuszak uhonorowano nagrodą główną (ex aequo z Maliną Prześlugą) 6. edycji konkursu dramaturgicznego „Metafory Rzeczywistości 2013” organizowanego przez Teatr Polski w Poznaniu. Ene, due… to jej debiut dramatopisarski. Z tematem seksualnego wykorzystywania dzieci mierzyła się najpierw jako dziennikarka. Reporterzy starają się dotrzeć do przyczyn i potencjalnych rozwiązań patologicznych zachowań, jednakże w tej konkretnej kwestii brak w dalszym ciągu jakichkolwiek rozwiązań. Czy spektakl teatralny może stać się medium lepszym od prasowego artykułu dla wytłumaczenia „niewytłumaczalnego”?

Spektakl w reżyserii Joanny Grabowieckiej takich ambicji nie ma. Zadaje raczej pytania, niż daje odpowiedzi. Przekonuje do tego, by ofiary pedofilii głośno mówiły o swoich cierpieniach i trudnościach w ponownym włączeniu się w życie społeczne. Jednak czy w ten sposób rzeczywiście uleczą swoje rany? Nie wystarczy tylko mówić – trzeba być jeszcze wysłuchanym. Twórcy Ene, due… zdają się nas przekonywać o tym, iż jako społeczeństwo zupełnie nie wiemy, co z takimi świadectwami począć.

Głównymi bohaterkami dramatu Marzeny Matuszak są trzy kobiety, które w dzieciństwie przeszły przez piekło molestowania seksualnego: Alicja (Anna Sandowicz), Marysia (Marcela Stańko) i Lala (Marzena Wieczorek). Mieszkają razem (cała historia rozgrywa się w jednym pokoju, przypominającym trochę celę więzienną pozbawioną zbędnych mebli i ozdób), dzieląc się własnymi wspomnieniami i dziecięcymi wyliczankami. Od czasu do czasu próbują też o swojej rozpaczy opowiedzieć za pomocą różnych, na stałe zapisanych w popkulturze, piosenek. Wspólnie też wybierają na świadka swoich traumatycznych opowieści Katy (Barbara Krasińska) – ciotkę Alicji, która przybywa do nich zza oceanu, by porozmawiać o pewnej sprawie z przeszłości (tą „sprawą” okazuje się jej mąż, Big Zbig, który molestował Alicję). Katy zostaje posadzona  na krześle tyłem do widowni, stając się dla trzech kobiet swoistym „ekranem”, na który „rzucają” one swoje lęki, wyrzuty, agresję i rozpacz. Postać ciotki jest dla mnie metaforą społeczeństwa, które z jednej strony stara się ofiarom pedofilii jakoś pomóc (nieudolnie, niestety), a z drugiej – wszelkie jego działania paraliżuje poczucie (współ)winy – oprawcy pochodzą przecież z tego samego społeczeństwa, które ewidentnie nie potrafi ich zidentyfikować i w porę powstrzymać od haniebnych czynów; na tej samej zasadzie Katy nie potrafiła zahamować niezdrowych popędów swego męża.

Czy spektakl teatralny może stać się medium lepszym od prasowego artykułu dla wytłumaczenia „niewytłumaczalnego”?Głównym tropem przewijającym się przez narrację spektaklu są wyliczanki – wierszyki, za pomocą których dzieci wybierają osobę szukającą w ciuciubabce czy goniącą w grze w berka. Niewinne, kojarzące się z wesołą zabawą rymowanki w ustach dorosłych kobiet nabierają zgoła odmiennego znaczenia. W programie Ene, due… czytamy, iż pierwotnie wyliczankami posługiwano się w celu wylosowania ofiary. Używali ich np. pasterze, którzy w ten sposób wybierali z trzody zwierzę ofiarne czy też zwycięscy żołnierze, odliczając co dziesiątego wojownika z wrogiej armii na stracenie. W jednej ze scen przedstawienia Lala odlicza do trzech, wskazując na poszczególnych widzów, informując ich przy tym, iż według badań co trzecie dziecko w Polsce jest lub było molestowane. Na kogo wypadnie – na tego bęc? Jeśli to rzeczywiście nie ludzkie doświadczenia i konkretne działania, a tylko po prostu  nieprzychylny los miałby decydować o tym, kto zostanie ofiarą, mielibyśmy wówczas do czynienia z prawdziwą antyczną tragedią, opisania której nie powstydziłby się sam Sofokles.

Alicja, Marysia i Lala pozostały dziewczynkami. Nie potrafią dojrzeć, odciąć się od traumatycznego dzieciństwa. Ta niedojrzałość została podkreślona wizualnie. Odpowiedzialna za stylizację i kostiumy Izabela Świrkowska ubrała je w stroje, które przywdziewają uczennice szkół przedlicealnych. Alicja nosi więc zwiewną spódniczkę à la baletnica (obszerną na tyle, by pomieścić nienarodzone jeszcze dziecko), a infantylności dodaje jej jeszcze trzymana niemal przez cały spektakl w ręce figurka Snoopiego, która w przedstawieniu funkcjonuje jako pierworodny syn Alicji. Marysia to typ elegantki, która nosi się na czarno-biało i ma zawsze nienaganną, skromną fryzurę. Urzeka (choć czasami i denerwuje) swoją łagodnością i naiwnością. Lala natomiast jest buntowniczką noszącą potargane krótkie spodnie i równie sfatygowane koszulki. Klnie jak szewc, a jak trzeba – to wrzaśnie i nie zawaha się użyć przemocy. Marzena Wieczorek stworzyła najbardziej wyrazistą, a równocześnie najbardziej wiarygodną z postaci Ene, due…. Wyrazistości dodaje jej jeszcze sposób, w jaki przekleństwami szafuje Alicja – w jej ustach brzmią one bowiem jakoś niewyraźnie (jakby były pozbawione jakichkolwiek emocji). Aktorskiego popisu pogratulować można także Wojciechowi Kalwatowi, odgrywającemu rolę Taty (bliżej nieokreślonego pedofila). Chociaż na scenie pojawia się dopiero w końcowych momentach spektaklu, jego monolog wzbudza wstręt i chęć mordu (którego zresztą, w naszym imieniu, dokonuje Lala). Dosyć wstrząsający (i inteligentny) jest również pomysł skontrastowania jego mowy na temat chłopców, którzy sami proszą się o kontakt seksualny (czy tylko mi kojarzy się ona ze stwierdzeniami pewnego polskiego hierarchy kościelnego?), z wyliczanką Stary niedźwiedź mocno śpi oraz fragmentem Hymnu o miłości z Listu świętego Pawła. Ten ostatni tekst wypowiada Katy w taki sposób, jakby próbowała dać sobie i innym (molestowanym) nadzieję, że miłość wszystko przetrzyma i ostatecznie zwycięży. Nie zwycięża jednak. Zabicie kolejnego pedofila nie gwarantuje ulgi i wyzwolenia się ofiary od swojego oprawcy. Co więc zrobić, by „stary niedźwiedź” nigdy się nie obudził – ani w rzeczywistości zewnętrznej, ani we wspomnieniach?

Ene, due, rike, fake nie daje nam na to pytanie odpowiedzi. Czasami razi zmianą dynamiki gry (niektóre sceny można by po prostu skrócić) i gadulstwem. Pada w nim przykład Lewisa Carrolla, którego badacze podejrzewają o pedofilskie ciągoty, zwłaszcza wobec Alicji Liddell (pierwowzoru tytułowej bohaterki Alicji w Krainie Czarów), którą pisarz chętnie fotografował w dość wyzywających pozach. Może gdyby skupić się na historii jednej postaci (np. Alicji Liddell właśnie) i wpleść w tę opowieść pewne współczesne wątki, widz nie miałby poczucia, że spektakl jest miejscami przegadany? Podkreślam, że chodzi mi tutaj o samo dzieło teatralne, a nie o problem pedofilii, którego za przegadany uznać nie można. Niemniej jednak  Ene, due… pozostaje ważnym głosem w toczącej się w dalszym ciągu (choć wydaje się, że zagłuszanej) dyskusji na temat wykorzystywania seksualnego dzieci. Stary niedźwiedź mocno śpi, ale niestety zawsze w końcu się budzi.

15-1-2014

 

Teatr Polski w Poznaniu
Marzena Matuszak
Ene, due, rike, fake
reżyseria, przestrzeń sceniczna i opracowanie muzyczne: Joanna Grabowiecka
stylizacja i kostiumy: Izabela Świrkowska
obsada: Anna Sandowicz, Marcela Stańko, Marzena Wieczorek, Barbara Krasińska, Wojciech Kalwat
premiera: 10.01.2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę: