AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Szybko, sugestywnie i skutecznie

Przedstawienie 'Hamleta' we wsi Głucha Dolna, reż. Paweł Szkotak, Teatr im. Juliusza Osterwy w Gorzowie Wielkopolskim
Profesor Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, doktor habilitowany. Teatrolog, kulturoznawca, performatyk, kierownik Zakładu Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autor, redaktor, współredaktor książek z zakresu historii teatru i teatru współczesnego, twórca wielu artykułów opublikowanych w Polsce (m.in. w „Teatrze” i „Dialogu”), a także za granicą.
A A A
 

Jerzy Grotowski w rozmowie ze Zbigniewem Osińskim określił reżysera teatralnego jako człowieka, który „reaguje szybko. Głupio, mądrze – nieważne, byle szybko, sugestywnie i skutecznie” (Tęsknota do teatru serio. „Opcje” 1997/4). Paweł Szkotak, niewątpliwie reżyser pełną gębą, zareagował na polską rzeczywistość ostatnich lat – szybko, sugestywnie i skutecznie.

Po pierwsze dlatego, że sięgnął po napisane w 1965 roku Przedstawienie „Hamleta” we wsi Głucha Dolna chorwackiego (wtedy jeszcze po prostu jugosłowiańskiego) autora Ivo Brešana. Po drugie, bo nie owijając w bawełnę, odniósł wydarzenia z rolnej spółdzielni produkcyjnej na Pogórzu Dalmatyńskim z drugiej połowy roku 1947 lub z zimy 1948 (a nie z lat sześćdziesiątych, jak podają liczne polskie opracowania) do powojennych realiów naszego kraju – od epoki stalinizmu po dzień dzisiejszy.

Przedstawienie „Hamleta” we wsi Głucha Dolna powstało w roku 1965, ale musiało poczekać na premierę w zagrzebskim Teatrze ITD całe sześć lat – komunistyczna cenzura ustąpiła dopiero w 1971 roku, gdy w Jugosławii zapanowała kolejna „odwilż na bazie kultury i oświaty”. Mało kto już dziś pamięta, że polska prapremiera dzieła chorwackiego dramaturga miała miejsce w listopadzie 1975 roku, w Lubuskim Teatrze im. Leona Kruczkowskiego w Zielonej Górze (reż. Andrzej Witkowski), za to pamięć teatromanów chętnie przechowuje dwie stołeczne realizacje tego dramatu – w Teatrze na Woli (reż. Kazimierz Kutz, premiera w czerwcu 1977) z niezapomnianą kreacją Tadeusza Łomnickiego w roli przewodniczącego-sekretarza Bukaricy zwanego Bukarą (obejrzałem ten spektakl kilka miesięcy po premierze i naprawdę do dziś z dreszczem go wspominam) oraz w Teatrze Telewizji (reż. Olga Lipińska, realizacja 1985, premiera marzec 1987 – dwa lata na półce!) z również niezapomnianym Januszem Gajosem w tejże samej roli wiejskiego kacyka. Od zielonogórskiej prapremiery do roku 1989 sztukę Ivo Brešana zainscenizowano w polskich teatrach piętnaście razy – od Szczecina po Rzeszów i od Olsztyna po Legnicę, nie licząc wspomnianej realizacji telewizyjnej. Ostatnia przed ustrojowym przełomem premiera miała miejsce w krakowskim Teatrze im. Słowackiego w styczniu 1989 roku. Potem nastąpiła dwudziestoletnia przerwa i dzieło to przypomniał polskiej publiczności dopiero Tomasz Obara (Teatr Ludowy w Krakowie-Nowej Hucie, kwiecień 2009).

Ostatnio jednak utwór chorwackiego dramaturga i prozaika coraz częściej trafia na afisze – najpierw mieliśmy premierę w Teatrze Polskim w Szczecinie (wrzesień 2017, reż. Tomasz Obara), a 24 lutego 2018 roku Paweł Szkotak wystawił ją w gorzowskim Teatrze im. Osterwy. Czyli reżyserzy reagują!

Lider Teatru Biuro Podróży podzielił swą inscenizację na pięć części z przerywnikami w postaci ekspresyjnych „tanecznych intermediów” połączonych ze zmianą kostiumów i dekoracji, a także z komunikatami płynącymi z radia. Komunikaty owe nie są jednak mistrzowsko ułożonymi przez Brešana przykładami medialnej jugosłowiańskiej nowomowy (fakt – ciut, jak na dzisiejsze czasy, przydługimi), lecz krótkimi, zwięzłymi wprowadzeniami, które informują widzów, do jakiej epoki z historii powojennej Polski teraz przechodzimy. Zatem najpierw rozgłośnia radiowa z Głuchej Górnej informuje nas, że mamy rok 1951, a imieniny obchodzi akurat Bolesław, potem przenosimy się do roku 1968 i solenizantem jest Wiesław, a utwór rozrywkowy pod tytułem Ofelia Twist wykonuje zespół Rosencrantz i Guildenstern; kolejny rok to 1971 (solenizant? oczywiście Edward!) z motywem muzyczno-tanecznym w postaci rock-opery Hamlet – pomożecie? Pomożemy! Później mamy 31 sierpnia 1980 roku z trzema solenizantami: Lechem, Bronisławem i Tadeuszem, a na koniec, gdy ekspresyjne i dość ponure w swej wymowie pląsy wykonują na scenie ubrani na czarno ludzie połączeni grubą liną, radio nadaje strzępy rozmaitych wypowiedzi tudzież melodii: triumfalne (choć z perspektywy czasu ciut szczebiotliwe) stwierdzenie Joanny Szczepkowskiej z dnia 4 czerwca 1989 roku o końcu komunizmu, początek przemowy Lecha Wałęsy do połączonych izb amerykańskiego parlamentu („My, naród...”), a na koniec urywek melodii rosyjsko-radzieckiego hymnu i krótki fragment któregoś z przemówień Jarosława Kaczyńskiego.

Sceneria przedstawienia Szkotaka jest aż nadto czytelna – akcja dzieje się w spółdzielczej stodole częściowo wypełnionej przemysłowo ugniecionymi, związanymi snopkami słomy (szkoda, że zabrakło na tym stosie tradycyjnych okrągłych snopków, które, owszem, pojawiają się na scenie, tyle że w rękach pląsających aktorów podczas tanecznych intermediów). Oba skrzydła stodolnej bramy są na oścież otwarte, dając nam pełen wgląd w swojskie wnętrze zwieńczone na tylnej ścianie rampą i kolejną drewnianą bramą – ta jest zamknięta. Po bokach rampy rozpościera się ceglany mur – na dole cegły są czerwone, na górze białe. Podczas każdego z taneczno-radiowych intermediów biały fragment ściany opuszcza się odrobinę w dół, by za czwartym razem dotrzeć niemal do rampy i zrównać się szerokością z częścią dolną, czerwoną, jak na wyborczym plakacie „Solidarności” z 1989 roku.

W każdej z pięciu scen przedstawienia aktorzy i aktorki ubrani są adekwatnie do prezentowanej aktualnie epoki: od walonek, kufajek, fartuchów i podobnego im „byle czego roboczego” w roku 1951, poprzez wciąż zgrzebne, lecz już bardziej prywatne i gustowniejsze ubiory w 1968, pseudohipisowskie (młodzi) czy też bardziej „wygarniturowane” lub „wyfiokwane” (starsi), zawsze wełniane albo elanobawełniane stroje z 1971, dżinsowy lub sztruksowy przyodziewek z roku 1980, aż po mniej więcej współczesne, tyle że wciąż jakoś dziwnie „klubokawiarniane” rodzaje ubrań z lat dzisiejszych, na które narzucone są teatralne kostiumy przywiezione do Głuchej Dolnej z „prawdziwego” teatru w mieście.

(Tutaj wtręt – ciut ironiczny, ale nie krytyczny: gdy przychodzi miastowym aktorom i aktorkom grać ludzi ze środowiska wiejskiego z czasów PRL, śmieszą mnie nieodmiennie: 1) wzorowy stan ich uzębienia; 2) jakość ich cery; 3) wygląd ich rąk; 4) nienaganna czystość ich gumiaków i walonek. I to niezależnie, czy oglądam spektakl Szkotaka w Gorzowie A.D. 2018, którąś z części „wiejskiej trylogii” Katarzyny Dworak i Pawła Wolaka w Legnicy lub w Zielonej Górze (2014, 2015, 2016) czy zapis przedstawienia telewizyjnego Olgi Lipińskiej z 1985. No, ale jesteśmy w teatrze zdecydowanie postnaturalistycznym, więc nie ma co wydziwiać, wybijać zębów, smarować twarzy toksycznymi substancjami, maltretować rąk… Ewentualnie można by trochę pomajstrować przy tych gumiakach, żeby nie było już tak całkiem ślicznie.)

Wróćmy do gorzowskiego Przedstawienia „Hamleta” we wsi Głucha Dolna: ciekawym, pomysłowym, choć nader prostym elementem, który pozwala widzom na szybkie podążanie w ślad za zmieniającymi się czasami, strojami i scenerią, są plakaty zawieszane na ścianach stodoły przed kolejnymi częściami spektaklu. Najpierw mamy plakat socrealistyczny zniesławiający bumelantów, potem na froncie sceny pojawia się transparent „Syjoniści do Syjamu”, zastąpiony później przez plakat reklamowy ogłaszający, że „Mały Fiat zdobywa świat”; lata osiemdziesiąte zaznaczone są sugestywną kompozycją przedstawiającą złowrogich Krzyżaków w towarzystwie westernowego rewolwerowca z napisem „Średniowieczna krucjata przeciw Polsce”, zaś końcowy fragment zwieńcza ścienny kalendarz na rok 2018 z pięknym kotem w koronie na łebku.

Tekst Ivo Brešana został odpowiednio przystosowany do inscenizacyjnych zmian dokonanych przez Szkotaka: nie ma Zagrzebia, jest po prostu „stolica”, spolszczone zostały też imiona i nazwiska: Pulijz został Pikulem, Mara Miś alias Majkača – Mariolą, nauczyciel Škunca – Kuncem, Mačak – Maciakiem, Śimurina – Szymurą itd. Tylko przewodniczący-sekretarz Bukara pozostał Bukarą, nie było sensu spolszczać jego przezwiska.

Zmieniły się nazwiska, zmieniała się sceneria i stroje, niezmieniona została akcja – owszem, jej kolejne etapy rozgrywały się w kolejnych epokach powojennej polskiej historii, lecz chronologia stworzonej przez Brešana opowieści oraz wiek bohaterów się nie zmieniły. Dzięki temu otrzymaliśmy czytelny sygnał: tragiczno-hamletyczne losy ludzi z Pogórza Dalmatyńskiego z drugiej połowy lat czterdziestych XX wieku mogą być przełożone na polskie realia dowolnej powojennej epoki, po każdym historycznym zakręcie. Gnębi mnie tylko jedno pytanie: co z okresem 1989-2015? Amerykańskie przemówienie Wałęsy i triumfalne ogłoszenie końca komunizmu przez Szczepkowską pochodzą z 1989 roku, ale końcowej scenie spektaklu, stanowiącej tragiczne zwieńczenie konfliktu Jocy-Hamleta i Bukary-Klaudiusza, patronuje już zdecydowanie kalendarz na rok 2018 z kotem w koronie. Zatem Paweł Szkotak wypowiedział się chyba jasno i sugestywnie.

Bukarę gra Michał Anioł, który w przedstawieniu Kutza z 1977 roku partnerował Łomnickiemu jako jeden z chłopów. Pamiętam, że mistrz Łomnicki skutecznie kumulował w swej pękatej sylwetce energię nienawiści, by od czasu do czasu dać jej wybuchnąć ze złowrogą siłą. Był naznaczony po czubek głowy piętnem władzy, kłamstwa i obłudy nawet w swych zalotach do Majkačy (Maria Chwalibóg). Michał Anioł jest mniej złowrogi, bardziej pojednawczo-rubaszny, ale kiedy trzeba, też potrafi wrzasnąć i postawić wszystkich na baczność. Jego poorana zmarszczkami twarz wykrzywia się chytrze i obleśnie w „kacykowatych” grymasach, gdy udaje mu się zażegnać kolejne kryzysowe sytuacje i ostatecznie ukryć swoje intrygi i machlojki, które spowodowały śmierć niewinnego człowieka i ostateczne spodlenie całej podległej mu społeczności, łącznie z Bogu ducha winną Andzią-Ofelią (Joanna Ginda). Nawiasem mówiąc, bardzo ekspresyjna próba buntu przeciw Bukarze z końca sekwencji 1980 – najpierw zainscenizowanego, teatralnego, a potem przeradzającego się w bunt autentyczny – jest przezeń spacyfikowana zadziwiająco szybko, w tempie iście ekspresowym. Czyżby reżyser chciał nam coś w ten sposób czytelnie i sugestywnie podpowiedzieć?

Mikołaj Kwiatkowski jako Joca-Hamlet gra powściągliwie, dobrze oddając rezerwę swego bohatera wobec jego udziału w hucpowatej, „spółdzielczej” inscenizacji Hamleta. Wybucha za to ze zdwojoną siłą w scenie rozprawy z Maciakiem-Laertesem, czyli młodzieżowcem-karierowiczem (w tej roli jak zwykle więcej niż przekonujący Bartosz Bandura). Ciekawe, że w sekwencji z lat siedemdziesiątych Szkotak i projektantka kostiumów, Aleksandra Szempruch, ubrali Kwiatkowskiego w czarny golf à la Włodzimierz Wysocki ze słynnej inscenizacji Hamleta autorstwa Jurija Lubimowa w moskiewskim Teatrze na Tagance (1971, występy w Warszawie 1980). To też jest czytelny, sugestywny sygnał łączący się logicznie z jękliwym urywkiem sowiecko-rosyjskiego hymnu poprzedzającego ostatnią, dziejącą się w 2018 roku sekwencję przedstawienia.

Joanna Ginda już w pierwszej scenie jest za to ubrana „po miastowemu”, jej strój zdecydowanie wyróżnia się spośród innych, typowo wiejsko-roboczych kostiumów schludnością elegancją. Jej gra jest zgodna z tą podpowiedzią – Andzia Gindy jest najwyraźniej rozpieszczoną jedynaczką Pikula-Poloniusza, szefa oddziału Frontu Narodowego w Głuchej Dolnej (Leszek Perłowski). Dalsze sceniczne poczynania Andzi potwierdzają jej oddalenie od realiów wiejskiego życia, a ich dziecięca zgoła naiwność podkreślona jest przez aktorkę w sposób wręcz groteskowy. Jest tak na przykład wtedy, gdy usiłuje spełnić w żałośnie dosłowny sposób żądanie ojca, by skłonić Jocę do ujawnienia jego politycznych preferencji przy pomocy odpowiednio sugestywnego kręcenia częścią ciała usytuowaną poniżej pleców.

Ciekawą kreację stworzył Artur Nełkowski jako nauczyciel Kunc, przeganiany jako „element obcy klasowo” z kolejnych posad w kolejnych wsiach, a w końcu pogodzony z nowymi realiami, idący na kompromis z wiejskim kacykiem-dyktatorem i podległą mu, skundloną społecznością. Popisem Nełkowskiego jest sekwencja z lat siedemdziesiątych, gdy Kunc, przebrany za „elanobawełnianego hipisa” z werwą i pełnym przekonaniem kieruje próbą Hamleta, czasem tylko wykorzystując swoją „kierowniczą” rolę reżysera, aby dopiec dwóm głównym gnębicielom – Bukarze i Pikulowi.

Podsumowując: reżyser Paweł Szkotak zareagował na to, co się wokół nas dzieje, a zrobił to szybko, sugestywnie i skutecznie. Czy mądrze? Reakcje premierowej widowni wskazywałyby, że tak: wybuchy śmiechu towarzyszyły fragmentom wyszydzającym ciemnotę i kulturowy analfabetyzm ludzi z Głuchej Dolnej, natomiast fragmentom obrazującym polityczną przemoc, kłamstwo i zbrodnię towarzyszyła napięta cisza.

09-03-2018

Teatr im. Juliusza Osterwy w Gorzowie Wielkopolskim
Ivo Brešan
Przedstawienie 'Hamleta' we wsi Głucha Dolna
przekład: Stanisław Kaszyński
reżyseria: Paweł Szkotak
scenografia i kostiumy: Aleksandra Szempruch
muzyka: Krzysztof Nowikow
choreografia: Iwona Runowska
reżyser światła: Monika Sidor
obsada: Joanna Ginda, Edyta Milczarek, Karolina Miłkowska-Prorok, Bożena Pomykała-Kukorowska, Joanna Rossa, Michał Anioł, Bartosz Bandura, Przemysław Kapsa, Mikołaj Kwiatkowski, Jan Mierzyński, Artur Nełkowski, Leszek Perłowski, Krzysztof Tuchalski, Darian Wiesner, Cezary Żołyński
premiera: 24.02.2018

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany WUC
    WUC 2018-03-10   10:10:19
    Cytuj

    Szkoda tylko, że nie wspomniano o inscenizacji "Przedstawienia Hamleta..." z Teatru Dramatycznego w Płocku z 2014 roku...