AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Tak sobie myślę… część I

23. Konfrontacje Teatralne, 16-23.10.2018, Lublin
Pod presją, reż. Maja Kleczewska
fot. Magda Hueckel  

„Co jest do myślenia?” – zapytali w tytule tegorocznej edycji lubelskich Konfrontacji Teatralnych kuratorzy festiwalu – Łukasz Drewniak i Wojciech Majcherek. Wybór słynnego zdania ze Studium o Hamlecie korespondował z obecnością w programie dwóch spektakli odnoszących się do arcydramatu, ale oczywiście pytanie Wyspiańskiego nie potrzebuje Szekspira i każdy, kogo interesuje studium o Polsce, musi się z nim zmierzyć.

Uniwersalizacja frazy, która bez skrótów brzmi: „co jest w Polsce do myślenia?”, jest tyleż ważna, co niepotrzebna. W programie dominował zestaw tematów oscylujących wokół wspólnoty – rozumianej zarówno na gruncie rodziny, jak i społeczeństwa (także tego międzynarodowego), ale koniec końców wszystko sprowadzało się do tego, co jest do myślenia tu i teraz w naszym kraju. Ironiczne i znamienne było więc odwołanie festiwalowej debaty pod hasłem „Teatr w Polsce AD 2018. Co jest do myślenia?”. Z powodu – jak informowali organizatorzy – nieobecności trzech prelegentów. Może to i lepiej? Festiwalowi goście nie musieli wybierać pomiędzy myślą a czynem i mogli pójść w lubelskim Marszu Równości, czego przykład dał zresztą jeden z kuratorów. To, co działo się na ulicach miasta, bez wątpienia daje do myślenia. Dowody w 203 odcinku Kołonotatnika.

Marsz był istotny także w kontekście teatru i samego festiwalu, który w poprzednich edycjach regularnie i stanowczo zwracał uwagę na tematy związane ze środowiskami LGBTQ (dość wspomnieć wizyty takich artystów, jak Penny Arcade czy Ivo Dimchev). A skoro już wspominamy… 23 edycja Konfrontacji była pierwszą od pięciu lat, której nie przygotował kuratorski duet: Marta Keil i Grzegorz Reske. Poprzedni kuratorzy przyzwyczaili widzów do wyrazistej formuły imprezy o metateatralnych i metafestiwalowych ambicjach. Przyszedł czas na zmiany, dało się jednak wyczuć troskę przynajmniej o część ze zbudowanych do tej pory mostów. Niemniej na tegorocznych Konfrontacjach intelektualny dyskurs zszedł na drugi plan, ustępując miejsca teatrowi samemu w sobie (co nie znaczy, że pozbawionemu intelektualnych ambicji), teatrowi niekoniecznie najbardziej awangardowemu, ale i nie pośledniemu. O staraniach zachowania pewnej ciągłości świadczyła prezentacja trzech spektakli Komuny// Warszawa, regularnie goszczącej na poprzednich edycjach. Tym razem z Warszawy do Lublina przyjechały: Ośrodek wypoczynkowy, Cezary idzie na wojnę i 7 pieśni o awangardzie. Lektura programu zwracała uwagę nie tylko na upodobanie kuratorów do zaprzęgania spektakli w trojki, ale i koncentracji na rodzimym rynku teatralnym. Festiwal o było nie było międzynarodowych ambicjach gościł w tym roku ledwie jeden teatr i jednego reżysera z zagranicy. Jan Mikulášek wraz z zespołem praskiego teatru Divadlo Na Zábradlí zaprezentował trzy przedstawienia: Obsesję, Hamletów i Europeanę.

Historia po czesku
Sądząc po owacjach, publiczność doceniła język czeskiego artysty. W dominujący scenograficznie i kostiumowo dizajn minionej epoki wpasowano potężnych gabarytów absurd. Wszystko razem wyglądało gustownie, a być może i stylowo, wszak fala retromanii nadal łaskawie niesie artystów ze wszystkich dziedzin sztuki. Odsłaniający dwa mieszkania wertykalny przekrój kamienicy (bloku?) w Obsesji był jak egzystencjalny kołowrotek, w którym kręcimy się od rana do śmierci. Bohater grany przez Miloslava Königa odsłuchiwał na wstępie wiadomości nagrane na automatyczną sekretarkę. Maszyna wywoływała wspomnienia najważniejszych momentów jego życia, które przybierały formę etiud utrzymanych w kabaretowym i slapstickowym tonie, niby nic nowego, a działa! To, co najistotniejsze, aktorzy przekazywali gestami. Wypełnione gagami sceny mogły drażnić kabaretową przewidywalnością lub kojarzyć się ze znanymi skeczami Latającego Cyrku Monty Pythona, ale jeśli ktoś chciał, znalazł tam i Mrożka. I choć bohaterowie krążyli między piętrami, to pozostawali przyciśnięci do parteru – wszelkie imponderabilia rozcieńczając śmiechem.

Podobnie, choć z nieco gorszym skutkiem, zaprojektowano Europeanę, gdzie lokalna wspólnota ustąpiła miejsca narodom Europy. Stoły ustawiono jak na zebraniu rady komitetu czy innego zarządu spółdzielni gdzieś w czechosłowackich latach osiemdziesiątych. A za stołami prelegenci o partyjnych aparycjach i w takiej też konfekcji. Skrót najważniejszych wydarzeń XX wieku: od zabójstwa księcia Ferdynanda przez gazy bojowe na polach wielkiej wojny, komory gazowe w obozach koncentracyjnych wojny większej, zrzucenie bomby atomowej, lądowanie na księżycu i milenijny sylwester wraz z lękami i wyczekiwaniem znaków apokalipsy. Wszystko komentowane w ironicznym stylu. Szlochanie na melodię Ody do radości, wisielec spacerujący w przestworzach jak Neil Armstrong na Księżycu. Zabawne, a przy tym zadziwiająco lekkie w przeciwieństwie do rozwleczonych sekwencji obrazujących rewolucję seksualną i obyczajową. Europeana to nie tylko sprint po osi czasu, ale także charakterystyczne spojrzenie ludzi, którzy poprzednie stulecie odbierają z perspektywy specyficznego zakątka świata. Prawdopodobnie z tego powodu lubelska publiczność błyskawicznie chwytała wspólny język. Leoš Noha, śpiewający w pastiszowym przerysowaniu Masters of War Boba Dylana, obrazował charakterystyczne dla obywateli dawnego bloku wschodniego szyderstwo wobec raju zza oceanu i jego problemów. Ale to, co było do myślenia w Europeanie, przyniosła scena tańca dwóch mężczyzn, którzy nie mogli znaleźć kobiety do pary. Moment pointujący opowieść o przytulonych do siebie ogolonych głowach – jednej z obozu, a drugiej z nierządu.

Historia po polsku
To właśnie wątek prostytucji w czasie II wojny światowej wiódł prym w Puppenhaus. Kuracji Jędrzeja Piaskowskiego. Spektakl TR Warszawa pomimo sięgania do przeszłości mógłby stanowić komentarz do wydarzeń na lubelskich ulicach, podczas których narodowcy usiłowali zakłócić przebieg Marszu Równości. Problem w tym, że Piaskowski powtarza to, co już wielokrotnie słyszeliśmy. Puppenhaus… to jeszcze jedna opowieść zasadzona na zgranej do cna ironicznej dekonstrukcji tradycji. Trudno dociec, dlaczego nie przyswajamy sobie tego, co o ciemnej stronie ironii pisał David Foster Wallace. Chyba że w przypadku Piaskowskiego to nie ironia, a cynizm? Agnieszka Żulewska, wyjawiająca recepty na skuteczne (to znaczy bogoojczyźniane, a co za tym idzie powszechnie doceniane) granie polskiej traumy, byłaby może i zabawna, gdyby nie fakt, że wywołany przez nią na scenę Lech Łotocki rzeczywiście zagrał coś więcej niż śmiech i groteskę – w czym celowała pozostała dwójka: potykający się na obcasach i machający blond warkoczem Sebastian Pawlak i pozytywkowa Justyna Wasilewska. Mikroporty, których używali aktorzy, pomagały nie tylko delayami i reverbami nałożonymi na śpiew Wasilewskiej, ale również uwypuklały ustawiczne mlaskanie i pociąganie nosem – z ich intensywności wnoszę, że były to kluczowe elementy formalne. Równie ważkie jak epizod Małego Powstańca (Łotocki), który będąc gejem, pisał pełne patriotycznego żaru listy do generała Hansa Franka (Pawlak). Niemiecki wojskowy naturalnie też był gejem – i tak sobie panowie pospołu na przekór historii próbowali znaleźć ujście dla erotyzmu, a przez to i wolności (jeden uciekał od zniewalającego polskiego patriotyzmu, a drugi od nieznośnej lekkości bycia zwycięzcą). Puppenhaus. Kuracja to rzecz o narodowej i patriotycznej opresji, która wymaga od nas poświęceń, podczas gdy my – jak główna bohaterka, czyli Maria Malicka (grana i przez Wasilewską, i Żulewską) – chcemy po prostu żyć tak, jak nam wygodnie, choćby za ścianą były wojna, powstanie, getto i krematoryjny dym. Spełnieniem tego snu jest finał spektaklu, w którym aktorzy grają wieloryby, szurając w ciemnościach po parkiecie. Ta szalenie poruszająca scena przypomniała mi, że ów styl pływania ma swoją nazwę: po warszawsku…

Tu i teraz (na świecie)
Wycofując się z wielkiej historii Europeany i Puppenhaus…, zmieniamy perspektywę na osobistą. Jej ukoronowaniem jest Pod presją Mai Kleczewskiej z Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach. Wielokrotnie już nagradzane przedstawienie zaprezentowano w sali operowej Centrum Spotkania Kultur. Duża scena sprzyjała zbudowanej z rozmachem scenografii. Na dole przekrój mieszkania (tym razem horyzontalny), na górze ekran – a na nim film. Dość byłoby zabawy z analizą tych dwóch planów: kiedy ekran jest tylko lupą przyłożoną do tego, co poniżej, a kiedy oglądamy na nim zrealizowane wcześniej ujęcia i dlaczego te dwie płaszczyzny nie są od siebie wyraźnie oddzielone? To oczywiste, że na filmie widzimy retrospekcję śpiącej na scenie bohaterki, ale dlaczego i tu, i tu oglądamy teoretycznie to samo, choć jednak w szczegółach różne? Filmowość ma oczywiście jeszcze jeden motyw – spektakl oparto na scenariuszu filmu A Woman Under the Influence Johna Cassavetes’a.

Pod presją to popis Sandry Korzeniak, grającej główną bohaterkę – Mabel. Tajemnica zaczynała się od jej głosu. Groteskowy z początku sposób mówienia z biegiem akcji intrygował coraz bardziej. Z czego zbudowano ten tembr? Egzaltacja, stłumiona histeria, ledwo słyszalne echo śląskiego akcentu… Te jałowe w gruncie rzeczy rozważania dawały chwilę wytchnienia w pojawiających się niekiedy dłużyznach, ale i w momentach najintensywniejszych. Kleczewska potrafi znakomicie zbudować napięcie z thrillera/horroru rodem (np. Malowany ptak). Tak też było i tym razem – choćby w scenie dziecięcego balu, który zamienił się w domową apokalipsę przy wtórze narastającego pulsu ciężkiej elektroniki, ale i w momencie, gdy do sypialni (zalanej niebieskim światłem) przyszedł potwór jak z przesterowanego Donniego Darko. Choćby dla tych chwil przytłoczenia warto konfrontować się z jej teatrem. Wniknięcie w świat znękanej psychicznie kobiety i jej rodziny prowadzi nas do ledwie zaznaczonego problemu pedofilii. Podjęcie w sztuce tematów tego kalibru nigdy nie jest proste. Tym większy podziw budzi przywiezione z Teatru Ludowego w Nowej Hucie Sekretne życie Friedmanów w reżyserii Marcina Wierzchowskiego. Podobnie jak u Kleczewskiej, tak i tutaj opowieść bierze się z filmu – tym razem jest to dokument Capturing the Friedmans w reżyserii Andrew Jarockiego. Spektakl rozegrano na trzech piętrach lubelskiego Centrum Kultury. Wędrowaliśmy od piwnic, gdzie znajdował się komisariat i więzienna cela, poprzez parter z repliką wnętrza mieszkania tytułowych bohaterów, aż po piętro, na którym na widzów czekała między innymi sala sądowa. Utrzymana w kryminalnym tonie narracja czyni z widzów detektywów i sędziów. Oskarżeni o wielokrotne wykorzystywanie seksualne nieletnich Arnold Friedman (Piotr Pilitowski) i jego syn Jesse Friedman (Piotr Franasowicz) to wielowymiarowe charakterologiczne zagadki. Chwila nieuwagi w pierwszej części przedstawienia i już ich lubimy. Ta sympatia jak kula u nogi będzie się za nami wlokła przez koszmar śledztwa i plątaninę zeznań. Wniknięcie w mechanizm podejrzeń, dochodzeń, sądów i wyroków z przerażającą jasnością uzmysławia, że żaden sędziowski młotek niczego nie kończy, a sprawy choćby zdawały się jasne jak słońce, zaczną prędzej czy później rodzić wątpliwości. Atrakcyjność formalna spektaklu w połączeniu z jego ciężarem tematycznym czyniła zeń najdotkliwszą konfrontację na tegorocznej edycji festiwalu. Dało się to odczuć zwłaszcza w kulminacyjnej scenie, w której Jesse (Piotr Franasowicz) wychodzi z mieszkania i idzie w noc poprzedzającą dzień jego procesu. Po chwili wraca, otwiera drzwi, staje w progu i raz jeszcze omiata wzrokiem dom. Przestrzeń wypełnioną widzami, których nie zauważa. To pomieszczenie zbudowane jest z mięsa publiczności. Gdyby przedstawienie skończyło się w tym momencie, oklaski rozsadziłyby scenografię. Kontynuacja spektaklu świadczy o dojrzałości reżysera i hierarchii, w której historia stoi ponad efektem.

09-11-2018

23. Konfrontacje Teatralne, 16-23.10.2018, Lublin

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (2)
  • Użytkownik niezalogowany Karo
    Karo 2018-11-09   16:17:17
    Cytuj

    Drobne sprostowanie: jak pisze AUTOR.

  • Użytkownik niezalogowany Wojciech Majcherek
    Wojciech Majcherek 2018-11-09   11:58:58
    Cytuj

    Drobne sprostowanie: na Marszu Równości byli obaj kuratorzy. Zgadzam się, a pisałem o tym na swoim blogu, że pechowa nieobecność zaproszonych do debaty gości miała taki skutek, że jak pisze autorka nie trzeba było wybierać "między myślą a czynem".