AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Traktat o marionetkach

Doktor nauk o komunikacji i poznaniu, adiunkt w Zakładzie Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autorka i współautorka książek i artykułów wydanych w Polsce i za granicą. Współprowadząca grupy „Performances in Public Spaces” w ramach International Federation for Theatre Research.
A A A
Fot. Dawid Stube (Agencja Fotostube)  

Nigdy nie byłam wielbicielką książki Carla Collodiego Pinokio. W czasie, kiedy byłam dzieckiem, nie byłam w stanie powiedzieć, dlaczego. W przeciwieństwie do innych dziecięcych lektur do tej z własnej woli już nie wróciłam.

A jednak bardzo dobrze wspominam spektakl Konrada Dworakowskiego z 2009 roku, przygotowany przez Teatr Pinokio z Łodzi. Krnąbrny pajacyk nie był tam antybohaterem, który przechodzi pozytywną przemianę, ale kimś po prostu ciekawym świata i poznającym rzeczywistość, która wszak nie zawsze jest bajeczką dla grzecznych dzieci. Oglądając tamto zwariowane i świetne przedstawienie, zrozumiałam z perspektywy lat, co mnie tak od Pinokia Collodiego odrzucało. Był to drętwy dydaktyzm podszyty głębokim przekonaniem, że dziecko – jeśli się go odpowiednio nie zgniecie, zemnie, ubije, przeczołga, wywiesi na drzewie – jest złe i niedorobione do świata. W książce Collodiego pobrzmiewało echo koncepcji wychowawczych, które w wariancie polskim znamy z wierszowanych mądrości Stanisława Jachowicza o nieusłuchanej Andzi czy chorym kotku. Mądrość płynąca zarówno z książki Collodiego, jak i wierszowanek Jachowicza daje się sprowadzić do głównej myśli: dzieci mają słuchać dorosłych, bo wszystko, co wynika z nich samych, jest głupie i sprowadza je na złą drogę. Jak pisał Jachowicz: „I dziecinne serca miękkie, można z nich co zrobić,/ Tylko trzeba je zawczasu do cnoty sposobić”. Na czym polega owo „sposobienie”? Na nieustannym dyscyplinowaniu, które ma zapewnić to, że dziecko będzie zawsze postępować „właściwie”, to znaczy tak, jak tego oczekują dorośli; nie popełniając błędów. Za te ostatnie spotkać je musi zasłużona kara i napiętnowanie. Życie książkowego Pinokia składa się niemal z samych błędów, za które spotykają go zasłużone niewątpliwie kary i bardzo wyraziste napiętnowanie (wydłuża mu się nos). Przeczołgany przez świat Pinokio (a wszystko przydarzyło mu się przez to, że nie słuchał starszych, a więc mądrzejszych od siebie), kiedy w końcu staje się „prawdziwym chłopcem” (czytaj: dorosłym człowiekiem), w ostatnich zdaniach książki zdobywa się na głęboką autorefleksję, która ma być najważniejszą nauką dla młodych czytelników: „Pinokio odwrócił się, żeby spojrzeć na niego, a kiedy go obejrzał, powiedział sobie w duchu z ogromnym zadowoleniem: »Śmieszny byłem jako pajac! Ale teraz jestem bardzo zadowolony, że stałem się porządnym chłopcem….«”.

Psycholodzy rozwojowi już kilkadziesiąt lat temu zwrócili uwagę, iż jednym z błędów wychowania jest ignorowanie metody prób i błędów jako sposobu rozwiązywania problemów. To właśnie robił Pinokio – próbował różnych rzeczy, poznawał świat, dlatego też popełniał błędy. Psycholog Maria Kielar już dawno temu pisała, iż przyzwolenie na popełnienie błędu jest jedną z czynności, jakie są zdolne wyzwolić proces badawczy u dziecka i wynikającą z niego kreatywność. Tak więc Pinokio Collodiego, stając się „prawdziwym chłopcem”, stał się tak naprawdę marionetką działającą zgodnie z posunięciami Wielkiego Animatora, który nazywa się Dyscyplina.

Mój syn też nie polubił Pinokia w lekturze. Odpytałam dostępne mi dzieci i one jakoś też za Pinokiem nie przepadają. Dla mojego dziecka Pinokio był książką o chłopcu, który nie chciał zrobić nic złego, a wszyscy ciągle mieli do niego o coś pretensje. Obecność akurat Pinokia wśród lektur szkolnych budzi moje nieodmienne zadziwienie. Trwa on w nich pewnie dzięki wielkiej mocy, jaką roztacza wszystko, co zostało uznane za „klasyczne”. Po moich doświadczeniach ze szkołą, do jakiej chodziło moje dziecko myślę, że pewien gatunek pedagogów (oraz ludzi układających rekomendacje lekturowe) znajduje książkę, o tym, jak zamienić pajacyka w marionetkę, bardzo pomocną w pracy dydaktycznej. „Rób, co ci mówię, bo inaczej zamienisz się w osła”. Ponieważ Pinokio „jest przerabiany” na lekcjach polskiego, teatry co jakiś czas czują, że muszą sięgnąć po tę pozycję. Czasem efekty są zdumiewająco dobre, jak choćby w przypadku wspomnianego już przedstawienia Dworakowskiego, które jednak szło w swojej wymowie dokładnie na przekór książce.

Po Pinokia sięgnął też gnieźnieński teatr. Na szczęście adaptacji tekstu dokonała Malina Prześluga, która nie jest dramatopisarką wspierającą swoją twórczością drętwo-dydaktyczny model wychowania. Toteż Prześluga w swoim tekście, zachowując równocześnie większość motywów z książki Collodiego, poprzesuwała akcenty tak, że Pinokio stał się postacią dobrze osadzoną we współczesnych realiach, a sam tekst – lepiej dostosowany do obecnych sposobów postrzegania świata i dzieci. Kilkoma w zasadzie zdaniami i pominięciami Prześluga pozbawiła wymowę tekstu tego wszystkiego, co mnie tak odstręczało od oryginału. Słynny problem wydłużającego się nosa pojawia się tylko raz. Wróżka używa tego argumentu, by przymusić Pinokia do przyznania się do kłamstwa. Po czym sama mówi, że tylko chciała go nastraszyć i nic mu nie urosło. Dżepetto nie jest już tym ojcem „starego typu” – poirytowanym kłopotami z pajacykiem-„synem” i próbującym „porachować się” się z nim w domu, co ma być formą czynności wychowawczych, lecz radosnym, choć lekko zagubionym tatusiem, który usprawiedliwia się z niedociągnięć w postępowaniu syna (czyli zachowań właściwych wiekowi dziecięcemu) tym, że „nie jest gotowy do bycia ojcem” (bo też i rzeczywiście spadło to na niego dość nieoczekiwanie). Warto dodać, że oczywiście konstrukcja tej postaci, którą widać na scenie, zawdzięcza wiele Wojciechowi Siedleckiemu. Z racji wyglądu aktora dostajemy jasny komunikat, że w przypadku Dżepetta mamy do czynienia z bardzo późnym tacierzyństwem, co także może być wytłumaczeniem jego relacji z Pinokiem (Patryk Pietrzak). Siedlecki buduje swoją postać niemal wyłącznie na pełnym miłości oddaniu, lecz owo oddanie jest raczej formą radości płynącej z nieoczekiwanego posiadania „synka” niż cierpiętnictwem. Dzięki temu postać stworzona przez Siedleckiego jest właśnie bliższa współczesnemu postrzeganiu emocjonalnej relacji ojciec-dziecko, opartej na miłości. Dlatego możemy uwierzyć, że Pinokio wyruszył na poszukiwania ojca, bo go kochał i brakowało mu bliskiego człowieka, a nie dlatego – co sugerowały epizody z książki, że zabrakło żywiciela rodziny, gdzie to raczej rozsądek i egoizm nakazywał poszukiwania Dżepetta.

Podobnie rzecz ma się z konstrukcją postaci Pinokia, który w trakcie pierwszej rozmowy o pieniądzach (nie wie, co to jest) przypomina, że jest na świecie dopiero drugi dzień i dlatego tak mało rozumie. To zmienia całą perspektywę odczytywania postaci Pinokia-dziecka. On nie jest „zły” i trzeba tylko „przysposobić go do cnoty”, ale po prostu mało wie o świecie, a wszystkie jego kłopoty wynikają z chęci pomocy ojcu. Ponieważ głównym problemem Dżepetta jest brak pieniędzy, Pinokio robi wszystko, by pieniądze dla ojca zdobyć.

Gnieźnieńska próba urealnienia Pinokia wyszła całkiem zadowalająco. Co prawda twórcy gnieźnieńskiego przedstawienia zarzekają się, że „Pinokio nie jest spektaklem o kasie!” (to cytat z programu), ale jednak „kasa” (jej zdobywanie, na co można/należy ją przeznaczyć) jest leitmotivem całego przedstawienia. Nie czynię z tego absolutnie zarzutu – w ten sposób Prześluga wraz z reżyserem przedstawienia Robertem Drobniuchem przybliżają świat Pinokia do naszych czasów, w których – jakby na to nie spojrzeć – pieniądze są tym, co makes the world go around. Oczywiście finałowa rozmowa Pinokia z Kotką (Anna Pijanowska) i Lisem (Maciej Hązła) ustawia problem „kasy” we właściwej (i chyba jeszcze wciąż wartościowanej pozytywnie na planie moralnym) perspektywie: kasa, którą zdobędziemy, nie da nam szczęścia, możemy je znaleźć jedynie dzięki drugiemu człowiekowi. Gnieźnieński teatr w propagowaniu tej idei – staromodnej być może jak sam Pinokio – poszedł dalej niż tylko zaprezentowanie jej w spektaklu. Połączył prezentację przedstawień z wspieraniem programu Pajacyk Polskiej Akcji Humanitarnej oraz stworzeniem dla młodych ludzi Banku Czasu. Bardzo cenię takie działania okołoteatralne, które pokazują, że to, co się głosi ze sceny, może i powinno mieć przełożenie na nasze (twórców i widzów) codzienne życie.

Pinokio w wykonaniu występującego gościnnie Pietrzaka wniósł do wymowy spektaklu jeszcze jeden element. Jego Pinokio jest ostentacyjnie dziecinny, lecz w taki sztywny, pajacykowaty, ale także szczero-zagubiony sposób. Przypomina dzięki temu nie tylko „drewnianego” człowieczka, co objawia się sposobem, w jakim porusza się Pinokio, ale także dziecko niepełnosprawne intelektualnie. Nie mam pojęcia, czy był to też jakiś zamysł twórców, czy niejako „przy okazji” udało się uruchomić takie skojarzenia (nie tylko u mnie). Pinokio-„muminek” może też pokazywać nie tylko sposób funkcjonowania w świecie dzieci z niedorozwojem, ale także uczyć młodych na widowni akceptacji takich osób. Pietrzak, dźwigający na sobie główny ciężar spektaklu, stworzył bardzo konsekwentną postać, która uczyniła z Pinokia bardziej zagubionego młodego człowieka niż drewnianego pajacyka. Zarówno on, jak i Siedlecki są mocnymi punktami aktorskimi tego spektaklu.

Świetni są także Pijanowska i Hązła. Ich Kotka i Lis to taka współczesna łajdacka para, opętana jedynie żądzą posiadania pieniędzy. Dość prymitywna, lecz równocześnie sprytna, bezwzględna i okrutna. Bardzo prawdziwa i aktualna. Są to dwie najbardziej wyraziście zagrane postacie w tym spektaklu.

Jeśli mowa o aktorach, to pod tym względem spektakl jest dość nierówny. Obok dopracowanych, przyzwoicie zagranych ról (jak np. Świerszcz w wykonaniu Bogdana Ferenca) zdarzyły się także niezbyt udane kreacje. Magdalena Pomierska jako Wróżka (postać wszak bardzo istotna w przemianie Pinokia), ustylizowana na ocaleńca z czasów kontrkultury, pod koniec spektaklu sprawiała wrażenie osoby mało zainteresowanej dziejącą się wokół niej akcją, tak jakby wyruszyła już na własny trip. Koło niej umiera Knot (Mariusz Krakowiak), Pinokio cierpi, a ona nieobecna stoi obok. Może była to wina premierowej tremy, ale Wróżka zdawała się bardzo pogrążona we własnej rzeczywistości.

Trójka młodych aktorów (Szymon Kołodziej, Michalina Rodak, Katarzyna Adamczyk-Kuźmicz) grająca współczesnych gówniarzy-bogaczy jest zadziwiająco powierzchowna w wykorzystywaniu sztampowych gestów kojarzonych ze współczesną blokersko-dresiarską młodzieżą. Ale równocześnie Kołodziej, kiedy gra Kontrolera – pomocnika Ogniojada, jest bardzo precyzyjny, stonowany jako klaun. Podobnie jak Rodak, kiedy gra marionetkę Czerwonego Kapturka. Podejrzewam więc, że problemem nie jest tu niedostatek umiejętności aktorskich, tylko reżyserska chęć zbyt wyrazistego ustawienia scen podwórkowych.

Jest jednak w tym spektaklu scena, która wynagradza wszelkie aktorskie niedociągnięcia. To scena w teatrze lalkowym, gdzie trupa Ogniojada gra Czerwonego Kapturka. Rodak i Krakowiak jako marionetki są tutaj fantastycznie precyzyjni w swoim fizycznym aktorstwie. Marionetkowaci, lecz wcale nie mechaniczni, wyraziści i skupieni, zbudowali razem z Pietrzakiem najpiękniejszą i najważniejszą scenę tego spektaklu. Marionetki rozpoznają w siedzącym na widowni Pinokiu pajacyka – drewnianą lalkę tak do nich podobną. Największe ich zdumienie, natychmiast wyrażone, budzi to, że istota taka jak oni nie jest przymocowana do żadnego krzyżaka, połączona sznurkami z poruszycielem i mówi to, co sama chce. W tej perspektywie Pinokio jawi się jako czyste wcielenie buntu i nieporządku, dlatego Ogniojad (Wojciech Kalinowski) każe go spalić. Potem jednak dochodzi do niego, że na takim dziwie można zarobić (a jednak kasa!) i na ołtarzu sztuki decyduje się złożyć Czerwonego Kapturka. Pinokio postanawia uratować lalkę, staje w jej obronie. To już wtedy, moim zdaniem, dokonuje się w nim przemiana w istotę obdarzoną sercem – bezinteresownie stawia życie innego stworzenia ponad własne. Pragnienie zerwania sznurków, za pomocą których ktoś próbuje sterować, dla mnie było najważniejszym momentem tego spektaklu. A przy tym mądrą i piękną teatralnie sceną.

Gnieźnieńska próba urealnienia Pinokia wyszła całkiem zadowalająco. To mądry (choć chwilami dość nierówny) spektakl, który ma szansę ocalić z drętwej klasycznej ramoty coś autentycznie istotnego – przekonanie, że inni to może i piekło (jak Kotka i Lis), ale też jedyna możliwość osiągnięcia szczęścia.

24-09-2014

galeria zdjęć Pinokio, reż. Robert Drobniuch, Teatr im. A. Fredry w Gnieźnie Pinokio, reż. Robert Drobniuch, Teatr im. A. Fredry w Gnieźnie Pinokio, reż. Robert Drobniuch, Teatr im. A. Fredry w Gnieźnie Pinokio, reż. Robert Drobniuch, Teatr im. A. Fredry w Gnieźnie ZOBACZ WIĘCEJ
 

Teatr im. A. Fredry w Gnieźnie
Malina Prześluga
Pinokio (na motywach powieści Carla Collodiego)
reżyseria: Robert Drobniuch
scenografia: Martyna Dworakowska
muzyka: Maja Pietraszewska-Koper
obsada: Anna Pijanowska, Magdalena Pomierska, Michalina Rodak, Bogdan Ferenc, Maciej Hązła, Wojciech Kalinowski, Szymon Kołodziej, Mariusz Krakowiak, Andrzej Malicki, Patryk Pietrzak, Wojciech Siedlecki, Leszek Wojtaszak
premiera: 18.09.2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę: