AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Ugościć Innego

Doktor nauk o komunikacji i poznaniu, adiunkt w Zakładzie Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autorka i współautorka książek i artykułów wydanych w Polsce i za granicą. Współprowadząca grupy „Performances in Public Spaces” w ramach International Federation for Theatre Research.
A A A
Armia, Teatr Akademia Ruchu z Warszawy  

Szczecińskie Spoiwa Kultury to festiwal, którego naczelnym tematem i przedmiotem zainteresowania jest miasto – konkretne miejsce, w którym żyją i mieszkają organizatorzy tej imprezy. Szczecin jest miastem szczególnym i wręcz zachęcającym do uprawiania w nim refleksji na temat miejsca jako palimpsestu, do odkrywania poszczególnych warstw jego historii. Zaprasza też do stawiania pytań: kto ma prawo czuć się tu gościem, a kto gospodarzem? Gdzie i jak obecnie szukać jego genius loci?

Czy są nim materialne pozostałości po dawnych mieszkańcach tych terenów, zapisane w architekturze i układzie urbanistycznym, czy może jest już nim widmowa stocznia – zakład, który przez lata dawał miastu impuls do życia? Na te wszystkie i wiele innych pytań nałożone zostały tegoroczne prezentacje artystyczne – projekty stworzone specjalne dla miejsca czy też na nowo w nie wpisane. Równocześnie Teatr Kana – organizator festiwalu – dołączył do niego prezentację performatywnych działań kultur europejskich obrzeży: norweskiej, korsykańskiej, sycylijskiej, katalońskiej i ukraińskiej (choć akurat ta bardzo mocno wpisana jest w historię ostatnich dziesięcioleci Szczecina).

W efekcie powstał program bardzo różnorodny, a jednocześnie spójny w swojej wiodącej myśli: czym jest miejsce, w którym żyjemy i jak nas ono kształtuje? Na początku festiwalu, w „laboratoryjnych” warunkach sali portowej, organizatorzy dali szansę, współkształtowania własnego wyimaginowanego Szczecina. Dwie brytyjskie artystki z grupy Subject To_Change zaprosiły w akcji Home Sweet Home uczestników festiwalu do zagospodarowania własnymi tekturowymi budynkami makiety miasta. Można było z olbrzymiej planszy z wyrysowanymi ulicami wziąć sobie własny budynek, ozdobić go, nadać mu wybraną funkcję i postawić, tam, gdzie się chce. Efekt tych dwudniowych działań można było następnie oglądać w postaci wystawy w Książnicy Pomorskiej.

Moim najbardziej dojmującym doświadczeniem widza tegorocznych projektów festiwalowych było doświadczenie chodzenia, które – jak wskazywał Michel de Certeau – jest jedną z podstawowych „sztuk działania”. Równocześnie chodzenie pozwala dzieło-performans doświadczyć fizycznie, wieloma zmysłami, a nie jedynie wzrokiem i słuchem. Co prawda wspinając się w środku nocy przez kolejną godzinę na niebotycznie wysokie poddasze szczecińskiego Urzędu Wojewódzkiego (w sumie była to wysokość 7. piętra!) w trakcie Ambasady Teatru Usta Usta Republika tęskniłam całą sobą za tradycyjnym spektaklem, w czasie którego można się w ciemności zapaść w wygodnym fotelu, lecz zebrane wrażenia wynagrodziły mi wszelkie trudy. Usta Usta zaprasza w swojej akcji do delirycznej wędrówki przez tajemniczy budynek dziwacznej ambasady. Widzowie traktowani są jako ci, którzy starają się w nim o azyl. Żeby go dostać, muszą podążać za dziwnymi, nie zawsze uprzejmymi urzędnikami, którzy przeprowadzają petentów z miejsca na miejsce, porzucają ich znienacka w dziwnych salach i zadają masę idiotycznych pytań. Teoretycznie to od odpowiedzi na nie zależy przyznanie azylu. Jednak tak naprawdę to głównym bohaterem spektaklu nie są ani widzowie, ani poszczególne postacie – jest nim (było tak i w poznańskim Zamku, i w UW w Szczecinie) budynek, w którym prezentowana jest Ambasada. Gra aktorów jest czymś spodziewanym i w związku z tym „normalnym” w akcji performatywnej, natomiast miejsca, przez jakie przechodziliśmy, odkrywały swoją niezwykłość i były przez to o wiele bardziej fascynujące niż sami aktorzy. Jedna z sal, wypełniona jeszcze przez hitlerowców fragmentami rzeźb, portali i innych elementów architektonicznych dawnych budowli szczecińskich, sprawiała wrażenie jakiegoś cmentarzyska czy też muzeum osobliwości. Działania aktorów pozwalały przemówić tej przestrzeni.

Miejsce było także ważnym elementem innego bardzo ciekawego projektu – Odzyskanego Ludomira Franczaka. W Szczecinie opowieść o historii dawnych mieszkańców Pomorza zyskała jeszcze dodatkowe wzmocnienie. Po pierwsze był nią kontekst samego Szczecina – miejsca, w którym dopełniały się losy ludzi podobne do tych zapisanych w wyszperanych przez Franczaka w archiwum w Słupsku dokumentach. Odzyskane w czasie Spoiw Kultury grane było w opuszczonym budynku stoczni. Choć „opuszczony” nie jest tu najadekwatniejszym słowem. Pomieszczenia, przez które przechodziliśmy, wyglądały tak, jakby zostały w panice porzucone, jakby nikt nie miał czasu albo chęci, by się z nich wyprowadzić. W szatniach zostały czyjeś prywatne ubrania, buty, kurtka, plecak, na parapetach stały uschnięte kwiaty w doniczkach, gdzieś brudna szklanka z fusami po kawie, w łazience nadal wisiał ręcznik, na umywalce leżało zmumifikowane mydło, a na balkonie – gołębie truchło. Podobnie mogły wyglądać budynki, jakie zastali polscy osadnicy na Ziemiach Odzyskanych. W takiej przestrzeni Odzyskane, opowiadające historie ludzi mieszkających w przedwojennym Słupsku, zyskiwały dodatkowe urealnienie. Franczak buduje swój performans nienachalnymi, minimalistycznymi działaniami, jest w nim niemal niewidoczny. Jest jak akuszer lub wywoływacz duchów, który użycza swojej obecności innym, niezdolnym bez jego pośrednictwa do pojawienia się na świecie i opowiedzenia swojej historii. Ta bardzo delikatna akcja pozwala prawdziwie zadumać się nad sprawą obecności ludzi w przestrzeni.

Stocznia stała się także terenem i tematem spektaklu Factory Teatru Ósmego Dnia. Poznański zespół powtórzył tu schemat narracyjny opowieści o miejscu i zakładzie pracy, jaki rok temu wykorzystał w Ceglorzu. Być może dlatego, że tamten spektakl zrobił na mnie kolosalne wrażenie, Factory przyjęłam z większym dystansem. Ustawienie przestrzeni spektaklu w gigantycznej sali, w jakiej budowano statki, pozwalało jednak – inaczej niż w Cegielskim, w którym poszczególne miejsca prezentacji wymuszały ruch – na nieruchome obserwowanie obrazów pokazywanych na przeciwległych ścianach. Przez to Factory było bardzo statyczne i pozwalało na zdystansowany odbiór. Nadal jednak najciekawszą jego częścią były odczytywane przez aktorów wypowiedzi dawnych stoczniowców. Osobom, które nie zajmowały się nigdy produkcją (takim np. jak ja), może się wydawać, że budowa statku to taka mozolna, nieciekawa praca. Jednak ci, którzy ją przez lata wykonywali, opowiadali o niej jak o fascynującym doświadczeniu uczestniczenia w powstawaniu czegoś wielkiego (i nie chodzi o rozmiar finalnego dzieła) i wspólnego. Jeden z robotników opowiadał o procesie budowania statku jak o tworzeniu rzeźby. Wielu podkreślało, że hałas, jaki stocznia tworzyła, dawał poczucie życia. Obecna cisza niemal dla nich wszystkich była synonimem śmierci. Kiedy przypominałam sobie budynek, w jakim pokazywał Odzyskane Franczak, pomyślałam, że właśnie tak jest, że obserwujemy umieranie czegoś więcej niż jedynie zakładu pracy.

Bardzo mocno swoją obecność na Spoiwach zaznaczyła grupa, bez której nie sposób wyobrazić sobie polskiego teatru w przestrzeniach miejskich. Warszawska Akademia Ruchu pokazała akcję z początku lat 90. pt. Armia. Jej prezentacja była dla mnie przykładem, że ten rodzaj języka artystycznego, jakim operuje Akademia, absolutnie się nie zestarzał ani nie zdezaktualizował. Nie stracił także nic ze swej mocy – wyrażania i wywierania wrażenia. Proste, zrytmizowane działania, wsparte inteligentnie użytym, równie prostym słowem, mają nadal olbrzymią moc rażenia. Warszawska Akademia Ruchu pokazała akcję z początku lat 90. pt. Armia.W kontekście ostatnich zdarzeń – napuszczania przez hierarchów kościelnych swoich „armii”, które z zamkniętymi oczami idą za ich wskazówkami na „bluźnierców” – ta akcja po raz kolejny ujawniła swoją aktualność. Co jest w sumie dość smutną konstatacją.

Twórczość Akademii obecna była także poprzez akcję Strefy Ciszy Autobus Re//Mix. Strefa nie tyle podjęła polemikę czy też powtórzyła dawną akcję Akademii, co znalazła odpowiednik sytuacji, jaką Autobus zbudował kilkadziesiąt lat temu między wykonawcami a odbiorcami. O pierwotnym Autobusie opowiadała w czasie festiwalowego seminarium City/Work Jolanta Krukowska. Wspominała, że podczas pierwszej prezentacji przez kilkadziesiąt minut na nieruchomych wykonawców patrzyli równie nieruchomi widzowie. „Niegranie” wytworzyło niezwykłą więź i rodzaj napięcia między obiema grupami. Strefa Ciszy natomiast sprowadziła sytuację z Autobusu do czegoś w rodzaju poczekalni (akcja grana była w nieczynnej części dworca kolejowego), gdzie spotykają się nieznajomi, którzy nie bardzo chcą nawiązać ze sobą jakikolwiek kontakt. Nagle jedyna z wykonawców zaczyna się śmiać – z niczego, do siebie bardziej niż do kogokolwiek innego. Najpierw swoim śmiechem zaraża dwóch pozostałych wykonawców, a następnie widzów. I taki wspólny, przekraczający rampę śmiech trwa prawie 40 minut. Oddziaływanie tej akcji jest żywym dowodem istnienia w naszych mózgach neuronów lustrzanych. W zasadzie nie było żadnego powodu, by się śmiać, a jednak obserwowanie pękających ze śmiechu wykonawców wywoływało wybuchy śmiechu wśród widzów. Wykonawcy pojedynczo wychodzili z poczekalni, w pewnym momencie zostaliśmy sami. Kiedy wychodził ostatni z nich, siedząca nieopodal mnie kobieta szepnęła głośno: „Tak, idźcie sobie, my sobie sami świetnie poradzimy”. Miała rację. Spora część widzów, mimo pustej sceny, nadal siedziała i się śmiała. Aktorzy Strefy mówili mi jednak, że czasem ich akcja wywołuje wśród widzów agresję, dlatego zdecydowali się wprowadzić jednego nieśmiejącego się aktora, który początkowo drzemie na ławce a potem, wybudzony śmiechem, siada pośród widzów. O dziwo jego obecność, jako osoby, która odłączyła się od wykonawców i stała się jednym z widzów, zdecydowanie tonuje nastroje.

Polskie zespoły generalnie zaprezentowały się na tle zagranicznych gości bardzo dobrze. W tym porównaniu polskiego teatru z zachodnim (mam na myśli konkretne grupy, które prezentowały się na Spoiwach) ten rodzimy zaprezentował się zdecydowanie lepiej, przede wszystkim dlatego, że znać było w prezentowanych akcjach gruntowny namysł stojący za spektaklem/działaniem i unikanie łatwych gestów. Pewne moje wątpliwości, bardziej natury etycznej niż estetycznej, wzbudził jedynie łódzki Teatr Szwalnia z Bieżeńcami. Szwalnia przygotowała spektakl oparty na rozmowach Swietłany Aleksiejewicz z mieszkańcami wiosek z okolic Czarnobyla – spektakl ma chyba być opowieścią o katastrofie z 1986 roku, jaka stała się udziałem ludzi z tamtych okolic – lecz pośrednio całkiem sporej części Europy . Polskie zespoły generalnie zaprezentowały się na tle zagranicznych gości bardzo dobrze.Estetyka tego spektaklu jest „gardzienicka” – mieszkańcy Czarnobyla przedstawieni są jako rozśpiewany i roztańczony lud i ta śpiewna taneczność przewija się przez cały spektakl. W takie obramowanie włożone są opowieści zebrane przez Aleksiejewicz, przekazywane z jakąś taką naiwną prostotą. Kiedy Ewa Wójciak w Portierni Teatru Ósmego Dnia mówiła tekst: „Ukochany mój umierał przez wiele dni”, to była w tym i rozpacz, i tragizm ludzkiej egzystencji. Kiedy ten sam tekst padł w Bieżeńcach, brzmiał on – w całym tym ikoniczno-śpiewnym kontekście – głównie jak nostalgia za umierającą „ludowością”. To budziło mój opór – wkładanie autentycznych opowieści o ludzkim cierpieniu w taką cepeliowsko-ludyczną formę.

Nurt antropologizujący reprezentowała też akcja Night Tripper norweskich artystek Ingri Fiksdal, Ingvild Langgård i Signe Becker. Norweżki zaprosiły na nocną wyprawę do Lasu Arkońskiego: najpierw szliśmy prowadzeni przez przewodnika, potem siedzieliśmy w kole, słuchając granej na tradycyjnych instrumentach muzyki i obserwując (tak długo, jak światło na to pozwalało) „rytualne” (tzn. monotonne) okrężne ruchy dwóch wykonawczyń. Potem jeszcze z mroku dobiegły głosy podniosłego śpiewu chóralnego w wykonaniu kilkunastu kobiet i „nocna podróż” dobiegła końca. Jak napisano w programie: „spektakl eksploruje ideę animizmu i mistyki natury jako miejsca obdarzonego zarówno mocami uzdrawiającymi, jak i niszczycielskimi, miejsca immanencji i transcendencji”. Pozostaje mi wierzyć, iż to zdarzenie, które starszym kolegom jako żywo przypominało popularne w Polsce w latach 70. „działania parateatralne”, tym właśnie było. Ja natomiast ze wstydem muszę przyznać (być może dlatego, że za długo byłam harcerką), że tego rodzaju „doświadczanie lasu” pozostawia mnie całkiem obojętną. Miłym natomiast gestem było całkiem „nowoczesne” after performance party w leśnym barze. Składały się na nie półki z trunkami poprzyczepiane do drzew, świece i leśno-etniczne ozdoby.

O ile polskie działania performatywne zdawały się wypływać z autentycznego namysłu nad miejscem i kontekstem, w jakim były prezentowane, pewna część tych zagranicznych objawiała właśnie taką „immanentną transcendencję”. Happy Gorilla Dance Company zaprosił na Power Nap Shop, czyli mówiąc krótko na chwilowy relaks na łóżku polowym (mało wygodnym) w starej bramie portowej. Nie ukrywam, że możliwość schronienia się w bardzo upalny dzień w chłodnym pomieszczeniu była przyjemnym doznaniem, ale zrelaksować się nie mogłam. Jak wiadomo, współcześnie projekt artystyczny istnieje o tyle, o ile jest dobrze zdokumentowany. Puste łóżka stojące w bramie są kiepską reklamą projektu. Toteż kiedy wreszcie ktoś na jednym z nich zaległ (konkretnie ja), stało się to sygnałem do obfotografowywania akcji. To natomiast stwarzało dla mnie sytuację mało komfortową (wbrew słowom, jakie szeptem sączyła mi do ucha lektorka), więc  zerwałam się z łóżka, nie wierząc w jakikolwiek relaks w ramach działania artystycznego. W tej akcji odmienne doświadczanie przestrzeni było czymś zupełnie oderwanym od konkretnego miejsca, było uniwersalnym sposobem na stworzenie „akcji miejskiej”.

Podobne refleksje naszły mnie w związku z inną norweską akcją – Once upon a time country Impure Company. W witrynie pustego sklepu na jednej z głównych ulic miasta powstawał obraz malowany na żywo, a w środku wiły się związane jakąś płachtą trzy postacie. Ustawione na ulicy krzesła zapraszały do tego, by usiąść i pooglądać, co bardzo teatralizowało całe działanie. Jednak jego sensu, podprowadzonego tekstem z katalogu (dialog ze wspomnieniami z irańskiej rewolucji), nie mogłam dostrzec. Być może gdyby spędzić przed witryną cały dzień, ta wymowa stałaby się jaśniejsza. Jednak poszczególne działania nie były na tyle interesujące, by zatrzymać i przetrzymać przechodnia dłużej.

Wyjechałam ze Szczecina z głębokim przekonaniem, że polski sposób uprawiania performowanej refleksji nad miejscem jeśli nie jest generalnie ciekawszy i lepszy, to na pewno bardziej odpowiada mojej wrażliwości. I pokrzepiona tą konstatacją, pomyślałam sobie po raz kolejny, że w kraju, w którym mało co się udaje (pewien satyryk twierdził, że tu nawet kryzys się nie udał), udał nam się teatr. I festiwale.

20-08-2014

Festiwal Spoiwa Kultury w Szczecinie, 28.06–5.07.2014.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany kawu
    kawu 2014-08-20   11:28:48
    Cytuj

    no niestety - szczecin nie jest ani miastem szczególnym, ani do niczego nie zachęca. może czas pogodzić się, że mieszkamy w "radomiu północy"