AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Urodziny w teatrze

Doktorantka w Zakładzie Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autorka artykułów dotyczących performatywnego wymiaru fotografii oraz recenzji teatralnych. Współpracowała m.in. z Fundacją Malta oraz z Nową Siłą Krytyczną.
A A A
Fot. Maciej Zakrzewski  

Na jubileuszowy spektakl Polskiego Teatru Tańca Tango wczoraj i dziś dotarłam po dość wyczerpującym intelektualnie dniu, modląc się w duchu o to, by przedstawienie, które za chwilę zobaczę, nie wymagało ode mnie zbyt intensywnego „główkowania”.

Przyznaję, iż czasami (albo nawet częściej, niżbym chciała się do tego przyznać) przychodzę do teatru po zapomnienie – o trudach dnia codziennego, by zobaczyć, iż są jeszcze jacyś inni, uwikłani w najdziwniejsze sytuacje – tacy, którzy mają gorzej. Z drugiej strony, historie z tak zwanym happy endem działają na mnie równie kojąco. Przedstawienia (zwłaszcza te taneczne), urzekające przede wszystkim warstwą wizualną, scenografią, która sama tworzy osobny spektakl, z tancerzami, perfekcyjnie wykonującymi najtrudniejsze figury i skomplikowane układy, pozwalającymi widzom na wgląd w swoje bios – tego także w teatrze tańca poszukuję. Ach, niech już nawet będzie to skomplikowana historia, z mnóstwem aluzji, których sensu trzeba się doszukiwać, wytężając umysł i próbując przywołać w pamięci wszystkie poznane przez siebie dzieła myśli ludzkiej! Przyjemność płynąca z odgadywania rebusów choreografa dorównać może przyjemności czysto estetycznej, opartej na zadziwieniu pięknem i wytrzymałością ciała aktora. Dobrze – a co z muzyką, tak w tańcu istotną? Nieraz byłam świadkiem heroicznych prób ratowania za jej pomocą całego przedsięwzięcia artystycznego, a więc i ona często grać może pierwszoplanową rolę i zachwycać trafnością poszczególnych dźwięków, ich natężenia i barw.

Tango wczoraj i dziś Polskiego Teatru Tańca pozostaje dla mnie spektaklem, w którym wszystkie te elementy próbowano zmieścić w ponad godzinnej opowieści, co niekoniecznie pozytywnie wpłynęło na jej odbiór. Zagubiono gdzieś po drodze łączność z widzem, niekoniecznie świetnie obeznanym z dorobkiem PTT. Być może stało się tak dlatego, iż Tango… to nie tyle jedno spójne przedstawienie, ile „czteroksiąg taneczny”, na który składają się fragmenty starszych spektakli prezentowanych przez poznański teatr. Ten audio-video-performance (takim mianem Tango… zostało określone w „zeszycie-informatorze” specjalnie wydanym na tę okazję) ma nam przybliżyć historię samego PTT, która w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat zdaje się być przede wszystkim historią artystycznych inspiracji Ewy Wycichowskiej.

W tym roku Polski Teatr Tańca obchodzi czterdziestolecie istnienia i z tej okazji (od stycznia do grudnia 2013) wystawia dziesięć odcinków-spektakli upamiętniających całokształt swej działalności artystycznej. Tango… stanowi VII odcinek serii, na który składają się fragmenty Transss… nieprawdziwego zdarzenia progresywnego, Śmierci Izoldy, +- Skończoności oraz Tanga z Lady M. wystawianych między 1997 a 2000 rokiem. Pomysł, by o historii Polskiego Teatru Tańca opowiedzieć najlepiej znanym mu językiem – językiem tańca – jest nader intrygujący. Problem w tym, iż sposób prezentacji tejże historii wywołał we mnie poczucie bycia uczestnikiem imprezy urodzinowej, który przyszedł na nią tylnymi drzwiami, niezauważony. Myślę, iż wrażenie bycia nie na miejscu towarzyszyło nie tylko mi, osobie prywatnie w żaden sposób niezwiązanej z poznańskim teatrem. Pytanie: czy mogę w jakikolwiek sposób oceniać czyjąś urodzinową fetę? Mimo wszystko spróbuję.

W otwierającej Tango… scenie Ewa Wycichowska przejmuje we władanie przestrzeń gry, zwracając się do publiczności słowami Gombrowicza: „Chodzę, jakbym tu sam był, jakby nikogo nie było! A chód coraz silniejszy, potężniejszy…”. Tak więc Ewa Wycichowska chodzi, chodzi, chodzi tak długo, aż zjawią się za jej plecami artyści, zaprzęgający swe ciała w tango – nie z Lady M., jak by sugerował jeden z prezentowanych fragmentów-rekonstrukcji, lecz raczej z Lady W., która niewątpliwie gra tu pierwszoplanową rolę.

Tancerze schodzą na plan drugi, a może nawet i trzeci – wideoprojekcja, tworząca tylną ścianę sceny, konkuruje z nimi o uwagę widza. Wydaje mi się, iż bez niej spektakl byłby ciekawszy, bo angażujący bardziej wyobraźnię oglądającego, a przynajmniej ów oglądający nie rozpraszałby swojej uwagi na konfrontowanie multimedialnego materiału archiwalnego z obecnymi tu i teraz artystami. Sam pomysł na aranżację przestrzeni tego audio-video-performansu, krótko mówiąc (pozostając przy Gombrowiczu), nie zachwyca. Projekcja multimedialna mieści w sobie dekoracje, architekturę, grę świateł – nawet dźwięk w nią gdzieś uciekł. Ktoś mógłby powiedzieć, że dzięki takim ograniczeniom scenograficznym lepiej widać artystów i ich różnorodne stroje (od zwiewnych, przypisanych jakoby tancerzom, po skóry i wielkie mechaniczne skrzydła, w których taniec wydaje się grą o przetrwanie). Być może byliby rzeczywiście bardziej uchwytni, gdyby zagrali w jednym, a nie w „czterech-w-jednym” spektaklu.

Sceną ratującą Tango... jest scena ostatnia („zapożyczona” z Transss...), w której wszyscy tancerze chodzą jeden za drugim wzdłuż boków prostokątnej przestrzeni gry, wyrywają się spod władzy choreografa i prezentują własne pomysły na taneczne kroki. Ironizują, bawią się swoimi umiejętnościami, w końcu puszczają przysłowiowe oko do widza. Pozdrawiają znajomych z Wrocławia, wpuszczają na scenę obsługę techniczną, która rozbiera kulisy. Chodzą i chodzą, a chód ich coraz silniejszy, potężniejszy. Dołącza do nich Ewa Wycichowska, historia zdaje się dopełniać.

„A może mnie za półgłówka mają?” – pyta w Tangu... dyrektorka Polskiego Teatru Tańca, zaczepiając widza, który jeszcze nie wie, czy spektakl przypadł mu do gustu. Zawsze podziwiałam pracę i kunszt tancerzy związanych z poznańskim teatrem, którym po cichu zazdroszczę umiejętności. Nie przepadam jednak za przedstawieniami, które w tak bezpośredni sposób oczekują od widza adoracji. Temu służą przyjęcia urodzinowe, ale czy trzeba wyprawiać je w teatrze?

21-10-2013

galeria zdjęć XL. PTT wczoraj i dziś. Odc. VII. Lata 1997-2000: Tango wczoraj i dziś, Polski Teatr Tańca w Poznaniu XL. PTT wczoraj i dziś. Odc. VII. Lata 1997-2000: Tango wczoraj i dziś, Polski Teatr Tańca w Poznaniu XL. PTT wczoraj i dziś. Odc. VII. Lata 1997-2000: Tango wczoraj i dziś, Polski Teatr Tańca w Poznaniu XL. PTT wczoraj i dziś. Odc. VII. Lata 1997-2000: Tango wczoraj i dziś, Polski Teatr Tańca w Poznaniu ZOBACZ WIĘCEJ
 

Polski Teatr Tańca w Poznaniu
XL. PTT wczoraj i dziś. Odc. VII. Lata 1997-2000: Tango wczoraj i dziś
scenariusz i prowadzenie: Ewa Wycichowska
choreografia: Ewa Wycichowska, Conrad Drzewiecki
muzyka: Astor Piazzolla / Leszek Możdżer, Ludwik van Beethoven / Zbigniew Łowżył, Ryszard Wagner, Michael Nyman / Luc Ferrari
obsada: Karina Adamczak-Kasprzak, Andrzej Adamczak, Agata Ambrozińska-Rachuta, Adriana Cygankiewicz, Agnieszka Fertała, Paulina Jaksim, Zbigniew Kocięba, Katarzyna Kulmińska, Paweł Malicki, Marcin Motyl, Daniel Navarro Lorenzo, Josefine Patzelt, Daniel Stryjecki, Paulina Wycichowska, Bartłomiej Raźnikiewicz
premiera: 12.10.2013

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę: