AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Uśmiech Anny

Spóźnieni kochankowie, reż. Błażej Peszek, Teatr im. Juliusza Słowackiego, Małopolski Ogród Sztuki
Pracuje w Katedrze Teatru i Dramatu Uniwersytetu Jagiellońskiego.
A A A
fot. Michał Ramus © Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie  

Dla mojego pokolenia, które teatralnie dorastało już po śmierci Konrada Swinarskiego, lecz mogło jeszcze zobaczyć jego spektakle, Anna Polony pozostała legendą, autorytetem, Muzą z Wyzwolenia… Nie zachwiały tą artystyczną pozycją przewroty performatywne i żadne inne, bowiem emocjonalna pamięć przechowała wspomnienia zachwytu, zdziwienia, zaskoczenia, gdy Polony grała swe wielkie role.

A wtedy wcale nie byłem wobec niej „łatwym” widzem, bo fascynowała mnie w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych alternatywa, Grotowski, Gardzienice… Ale podziw dla kunsztu przekracza przecież granice konwencji.

20 stycznia 2019 roku w Małopolskim Ogrodzie Sztuki świętowano jubileusz 60-lecia pracy artystycznej Anny Polony. Aż kusi, by z tej okazji powspominać wielkie role, odwołać się do świadectw opisujących największe dokonania, przytoczyć liczne anegdoty dotyczące tej niezwykłej aktorki. Ale pomyślałem, że zapewne inni zrobią to lepiej. Ja spróbuję jedynie napisać w miarę solidną i w moim rozumieniu „sprawiedliwą” recenzję z przygotowanego na tę okoliczność jubileuszu przedstawienia – Spóźnionych kochanków Williama Whartona w adaptacji Błażeja Peszka.

Pozwolę sobie jednak wcześniej na dwa akapity dygresji. Chciałbym przywołać spektakl z 2008 roku, grany w Starym Teatrze, a więc mniej więcej na 50-lecie pracy artystycznej Polony. Była to sztuka Eugène Ionesco Król umiera, czyli ceremonie w reżyserii Piotra Cieplaka. Pojawiało się w tej inscenizacji wiele cytatów ze spektakli będących niegdyś wielkimi dokonaniami Starego Teatru – między innymi z Dziadów i Wyzwolenia. Ale okazywało się, że tych wielkich ról nie da się już przywołać w pełni ich żywotności, że teatr zmienia się, umiera, wysiłki zatrzymania przeszłości są daremne. Na zakończenie przedstawienia Anna Polony i Jerzy Trela schodzili ze sceny, przeciskali się do wyjścia między rzędami widzów, jakby w ten sposób kończąc symbolicznie całą epokę bliskiego im teatru. Wtedy odczytywałem to nie tylko w kontekście sztuki Ionesco, ale i szerzej – jako gest zerwania, choć wcale nie zamierzonego i z całą pewnością niechcianego, z teatrem mojej młodości. Teatrem gry, wcielania się w role, uważnego czytania dramatu, który stanowił istotę dzieła… Teatrem, który mierzył często powyżej doskwierających codziennych bolączek świata. Ten swoisty performans Polony i Treli sprzed dziesięciu lat, to opuszczenie pola gry, odczytywałem jako zdecydowany gest zamknięcia całej epoki.

Tak o nim myśleliśmy – bo nie była to tylko moja diagnoza. Nowy teatr, nowe estetyki i potrzeby zawładnęły scenami dramatycznymi. Nie piszę tego jednak, by żałować, lać krokodyle łzy, mówić, jak to kiedyś było wspaniale. Wtedy gest Polony i Treli wydawał mi się po prostu trafną diagnozą, że coś się skończyło. I właśnie tak zapamiętałem Annę Polony, pomimo że później oglądałem jej inne role teatralne czy telewizyjne.

Teraz, 20 stycznia 2019 roku, przyszedłem do Krakowskiego Ogrodu Sztuki na spektakl Spóźnieni kochankowie, który wieńczył 60-lecie pracy twórczej Anny Polony. I nagle po jego obejrzeniu zrozumiałem, że tamto odejście, zerwanie, było tylko diagnozą doraźną, na chwilę, może na kilka lat. Teatr ciągle się zmienia, różnorodność jest jego najpiękniejszym walorem. Teraz okazało się, że znów mogłem zobaczyć Annę Polony w kolejnej pięknej roli. Nie w nostalgicznym powrocie do minionych czasów, ale w żywej i przejmującej artystycznej wypowiedzi.

Tekst Williama Whartona w adaptacji Błażeja Peszka wydaje się dosyć prosty w konstrukcji, „dobrze skrojony”, pozbawiony ambicji burzenia starych form czy budowania jakiejś nowej jakości. Ale – paradoksalnie – staje wdzięcznym materiałem dla wybitnych aktorów. Spektakl w MOS oparty jest bowiem na wyśmienitej grze aktorskiej.

Scenografia jest bardzo skromna – na środku sceny znajduje się podest o podstawie kwadratu, na którym centralnie ustawiony jest drugi, mniejszy. Można patrzeć na nie jak na cokół pomnika – co ma uzasadnienie w tekście. Ale stanie się on też na przykład przytulnym mieszkaniem, czy łóżkiem. To gra aktorów uruchamia wyobraźnię widzów. W głębi sceny ustawiony jest filmowy ekran – lecz rzadko pojawiać się będą na nim projekcje, komentarze czy świetlne plamy. Na koniec zobaczymy na nim fruwające gołębie. Skromność przestrzeni jest do pewnego stopnia uwarunkowana treścią sztuki. Bohaterką jest Mirabelle (Anna Polony) – niewidoma dojrzała kobieta. Postrzegany przez nią świat jest pełen dźwięków, zapachów, przeczuć, ale nie obrazów. Przestrzeń gry jest więc skonstruowana tak, by być jak najbardziej anonimową, „przezroczystą”, „niewidzialną”.

Adaptacja Peszka zaczyna się od tego, że Mirabelle podczas spaceru zderza się z fotografem, trochę kloszardem – Amerykaninem w Paryżu – Jackiem (gra go Jan Peszek). Wytrącona z równowagi Mirabelle upada na ulicę, a Jack pomaga się jej podnieść. W kolejnych scenach Mirabelle zaczyna uwodzić Jacka, a on stopniowo poddaje się, później coraz bardziej się angażuje. Kolejne spotkania coraz mocniej wiążą ich ze sobą.

Mirabelle Anny Polony jest krucha, delikatna wrażliwa. Co tu dużo mówić – jest jak młoda zakochana dziewczyna. Bo ta siedemdziesięcioletnia (u Whartona) niewidoma kobieta „patrzy” wciąż na siebie jak na nieustannie młodą. Swojego ukochanego, który tak naprawdę jest nieogolony, zaniedbany, także postrzega jako pięknego i młodego mężczyznę. Nie widząc naprawdę, patrzy oczyma wyobraźni, wrażliwości.

Ale najpiękniejsze w spektaklu jest to, że Anna Polony staje się rzeczywiście delikatną, młodą, zakochaną dziewczyną. Jej uśmiech, jej wrażliwość, sposób poruszania, naprawdę stają się cudem. Zagrać bez żadnego fałszu młodość – to chyba największy wyraz kunsztu aktorskiego. Było to dla mnie prawdziwe odkrycie.

Jednak ta delikatność Mirabelle, trzeba to od razu dodać, dopełniona jest zdecydowaniem, apodyktycznością – myślę, że postać przybrała także wiele cech samej Anny Polony.

Jack Jana Peszka najpierw z dystansem, potem coraz bardziej zdecydowanie poddawał się uwodzeniu. Nieogolony, zaniedbany wydawał się na początku o wiele mniej atrakcyjny i ciekawy od niewidomej kobiety. Ale to właśnie dzięki niej, dzięki obrazowi, jaki stworzyła, stawał się coraz bardziej interesujący – chyba zaczynał siebie postrzegać coraz lepiej. Wypiękniał.

Anna Polony w wielu scenach grała wyśmienicie… Spróbuję opisać choć jedną z nich. Mirabelle znała wszystkie okoliczne gołębie – przylatywały do niej jak oswojone, siadały na ręce, dawały się pielęgnować, czyścić. Anna Polony siada tyłem do widowni. Ustawia obok siebie torebkę i precyzyjnie, jak to niewidoma osoba, układa obok niej przyrządy kosmetyczne. Wyciąga lewą rękę, na której siada niewidoczny gołąb. Prawą zaczyna jego pielęgnację, bada go, przegląda pióra. My, widzowie, widzimy jedynie siedzącą wobec nas tyłem drobną, ubraną w niebieską sukienkę dziewczynę, która odprawia jakieś tajemne, spokojne, łagodne rytuały. Wszystko się uspokaja; gdzieś z góry spada kilka delikatnych piórek…

W innej scenie Mirabelle prosi Jacka, by powiedział, jak wyglądają „jej” gołębie. Jack robi to bardzo precyzyjnie, opisując kolory piór, nóg, nawet oczu, drobne defekty. Dla widzów przedstawienia jest to bardzo ciekawe doświadczenie poznawcze. Dzięki opisowi Jacka możemy wyobrazić sobie barwy, wygląd, dopasować to wszystko, „zobaczyć” ptaki. W świecie Mirabelle gołębie są abstrakcyjne, są jak idee, nieskazitelne. Co więc znaczy „widzieć”?

W przedstawieniu na podstawie powieści Whartona jest jeszcze jedna pułapka. To nie oczy Mirabelle są chore, ale traumatyczne przeżycie młodej dziewczyny spowodowało, że w mózgu doszło do jakiejś blokady i z tego powodu od czternastego roku życia nie widzi. W spektaklu w pewnym momencie Mirabelle prosi Jacka, by zrobił jej fotograficzny portret. Jack wykonuje wiele zdjęć – ta fotograficzna sesja jest pełna ciepła i zaufania. Gdy przyniesie obiecany portret – nagle Mirabelle zobaczy siebie – piękną – na portrecie. Lecz nie widzi niczego wokół, nawet Jacka, tylko ową fotografię. Znów my, widzowie spektaklu, jesteśmy pozostawieni przed zagadką, pytaniem – czy rzeczywiście Mirabelle widzi i czy jej „widzenie” nie jest tylko grą wyobraźni.

Ten spektakl, ta sceniczna miłosna historia, okazuje się pełna pytań, wahań, wzruszeń. Adaptacja powieści jest bardzo prosta, konkretna. Dla widzów staje się jasne, że wydobyć tak bogate znaczenia może tylko subtelna gra aktorów. Cały spektakl opiera się na grze Anny Polony i Jana Peszka. Było w tym spektaklu i w grze aktorów wiele ironii, samoobserwacji, krytyczności. Ale role nie były stworzone po to, by obnażyć jakąś bolesną, „złą” prawdę o postaciach… Raczej poprzez ich pokomplikowane i bolesne losy pomogły „obnażyć” to, co w człowieku jest dobre i wrażliwe, choć niekiedy ukryte w podświadomości bardzo głęboko. Ot, pokazać taką traumę pełną dobra.

By dopowiedzieć sceniczną historię prawie do końca, powiem tylko, że Jack przeprowadzi się do Mirabelle, która dopiero teraz, w dojrzałym wieku, odkrywa, czym jest młodzieńcza miłość. Po raz pierwszy pozna ciało mężczyzny, bezwstyd i radość dotyku… Miłość i śmierć spotkają się razem.

Spektakl reżyserował Błażej Peszek (był też, jak wspomniałem, autorem adaptacji powieści Whartona). Starał się być w swojej pracy reżysera bardzo dyskretny, nie narzucać się z pomysłami, inscenizacyjnymi fajerwerkami. Nie próbował zacierać szwów miedzy kolejnymi scenami, spotkaniami Jacka i Mirabelle. Czasem aktorzy odchodzili po prostu za ekran czy na bok sceny, by za chwilę znów się spotkać. Jednak ta chropowatość inscenizacji okazała się atutem. Było tak, jakby czas się zlewał, jakby w życiu Jacka i Mirabelle pozostałe sprawy poza ich spotkaniami przestały mieć znaczenie – i to aż do tego stopnia, że w spektaklu nie istniały.

Zaskoczył mnie ten spektakl, zaskoczyła, choć pewnie nie powinna, doskonała forma artystyczna Anny Polony. Jej delikatny uśmiech w roli Mirabelle pozostanie pewnie na długo w mojej pamięci.

Po spektaklu zaczął się czas radosnego świętowania 60-lecia obecności Anny Polony na scenie. Koledzy, studenci, przyjaciele, wdzięczni widzowie, krytycy – wszyscy gratulowali, wspominali, życzyli wiele dobrego solenizantce. Ale dla mnie największą radością i powodem do celebracji był nie sam jubileusz, ale spektakl. Przykład naprawdę solidnej i pięknej pracy dwojga aktorskich sław.

01-02-2019

galeria zdjęć Spóźnieni kochankowie, reż. Błażej Peszek, Teatr im. Juliusza Słowackiego, Małopolski Ogród Sztuki <i>Spóźnieni kochankowie</i>, reż. Błażej Peszek, Teatr im. Juliusza Słowackiego, Małopolski Ogród Sztuki <i>Spóźnieni kochankowie</i>, reż. Błażej Peszek, Teatr im. Juliusza Słowackiego, Małopolski Ogród Sztuki <i>Spóźnieni kochankowie</i>, reż. Błażej Peszek, Teatr im. Juliusza Słowackiego, Małopolski Ogród Sztuki ZOBACZ WIĘCEJ
 

Teatr im. Juliusza Słowackiego, Małopolski Ogród Sztuki
William Wharton
Spóźnieni kochankowie
adaptacja tekstu i reżyseria: Błażej Peszek
obsada: Anna Polony, Jan Peszek
premiera: 20.01.2019, jubileusz 60-lecia pracy artystycznej Anny Polony

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2019-02-01   11:54:13
    Cytuj

    wyobrażam sobie. I przypominam, że Pani Anna zagrała... Ofelię u Wajdy (ze Stuhrem) będąc w swoim wieku, i to było przejmujące, bo o ostatnim mężczyźnie