AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Wędrówki i rozdroża

Błaźnice. Wędrowanie. Rezydencja artystyczna Anny Zubrzycki w Muzeum Teatru im. Henryka Tomaszewskiego we Wrocławiu
Doktorant Wydziału Nauk Społecznych na Uniwersytecie Wrocławskim. Absolwent Filozofii oraz Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Wrocławskim. Współpracuje z czasopismem naukowym "Znaczenia".
A A A
fot. T. Gąsior/MMW  

Przed rozpoczęciem finałowego koncertu Anna Zubrzycki chętnie powtarzała to, z czego zwierzała się dwa tygodnie temu, kiedy uroczyście, a jednocześnie „rodzinnie”, skromnie otwierała swoją rezydencję: „To szczególny wieczór”. Wymyślony przez artystkę projekt, którego tytuł zawdzięczamy książce Katarzyny Kułakowskiej Błaźnice. Kobiety kontrkultury teatralnej w Polsce, powrócił do wrocławskiego Muzeum Teatru. Zubrzycki zaś powróciła do początków własnej przygody ze sztuką, kiedy lata temu „przywędrowała z Australii do Polski” i została aktorką Ośrodka Praktyk Teatralnych „Gardzienice”.

Zatoczyła coś na kształt koła, chociaż, w moim odczuciu, należałoby raczej mówić o wznoszącej się spirali. Szczególnie zwarzywszy na to, ile wszystkiego w międzyczasie zdążyło się wydarzyć. Role w takich legendarnych gardzienickich spektaklach, jak Żywot protopopa Awwakuma i Carmina Burana, założenie Teatru Pieśń Kozła, prowadzenie wspólnie z Manchester Metropolitan University unikatowego kursu aktorskiego, dyrekcja ósmej edycji Brave Festival, powołanie polskiej filii Mindfulness Association – żeby wymienić tylko niektóre z osiągnięć aktorki. Nie mniej imponująco wygląda lista nagród i wyróżnień, wśród których jest odznaka honorowa Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Zasłużony dla kultury polskiej” z 2005 roku.

Skoro już mowa o początkach, Zubrzycki została w Polsce, ponieważ w ramach miesiąca teatralnego dla Polonii po spotkaniach z Kantorem w Krakowie, Łomnickim w Warszawie i Ośrodkiem Grotowskiego we Wrocławiu poczuła, jak wyznaje w jednym z wywiadów, „że w taką sztukę może się angażować również jako człowiek”. Ten rodzaj zaangażowania, jak podejrzewam, lata później zadecydował o stworzeniu Fundacji Voices, w ramach której aktorka organizuje i prowadzi projekty na pograniczu teatru, edukacji i wsparcia społecznego. Jednym z nich są właśnie „Błaźnice”, których celem „jest inicjowanie interdyscyplinarnego i międzypokoleniowego dialogu pomiędzy kobietami z różnych środowisk, otwartego jednocześnie na rozmowę z mężczyznami”.

„Wędrowanie” to już druga edycja tak zakrojonego przedsięwzięcia. Tym razem jednym z głównych punktów programu rezydencji stały się weekendowe warsztaty „Przeciwdziałanie mobbingowi i dyskryminacji. Rozwiązywanie konfliktów”. Skupiały się, co wydaje się w świetle niedawnych skandali szczególnie aktualnym, na nagannych praktykach w instytucjach kultury, z którymi w ostatnich latach współpracuje prowadząca warsztaty psycholożka, trenerka i mediatorka Monika Klonowska. Muzeum Teatralne zaprosiło też wszystkich chętnych (wstęp na każde z wydarzeń był wolny, chociaż należało, z powodu ograniczonej liczby miejsc, zapisać się wcześniej) na debatę „O wędrowaniu”, w której wzięły udział: wspomniana już autorka Katarzyna Kułakowska, reżyserka i teatrolożka Jadwiga Rodowicz-Czechowska, a także aktorki Ditte Berkeley i Kamila Klamut. Moderatorką spotkania była teatrolożka i kulturoznawczyni Ewa Molenda-Pilecka.

W trakcie panelu zastanawiano się między innymi nad tym, „dla jakich praktyk i doświadczeń teatr może być wehikułem i czy zakorzenienie w tradycji wędrownych teatrów jest dziś nadal twórcze”. Wędrowanie przy tym zostało ujęte „jako pokonywanie dystansu komunikacyjnego między człowiekiem a człowiekiem, między aktorem i widzem” oraz „w poszukiwaniu archaicznych pieśni, teatralnych korzeni, ponadczasowych przekazów, zawsze żywych tekstów”, co swoją drogą w pełni współgrało z założeniami najbardziej „teatralnego” z rezydencyjnych wydarzeń – Świętych rozdroży Moniki Bułaj.

*
„Pierwsza rzecz, która się liczy – to buty”. Po butach da się rozpoznać prawdziwego podróżnika. Da się odróżnić go od zwykłego amatora, którego ubiór jeszcze nie przeszedł surowej i bezwzględnej weryfikacji praktyką, wciąż jeszcze będąc wynikiem przyjętych z góry założeń i naiwnych wyobrażeń na temat prawdziwej wyprawy w nieznane. Bo o takich właśnie ekspedycjach, tyle geograficznych, co, nie bójmy się tego słowa, duchowych opowiada (och, jak wyświechtanym i nieodpowiednim wydaje się w tej sytuacji ten czasownik) Monika Bułaj – aktorka, dziennikarka, pisarka i fotografka.
  
Chociaż od 26 lat mieszka we Włoszech, to znaczy, zważywszy na tryb jej pracy, raczej należałoby powiedzieć, że od 26 lat do tego kraju powraca, nie ma akcentu. Błędów językowych też raczej nie popełnia, za co z góry i z doprawdy wzruszającym przejęciem prosiła zebranych o wybaczenie. Zresztą akcent i cała ta wredna gramatyka, to (niech mi wybaczą filologowie) sprawa, lekko powiedziawszy, drugorzędna, kiedy jest się czym dzielić i chce się tym dzielić.

Święte rozdroża pod tym – jak i pod wieloma innymi względami – są przedsięwzięciem doprawdy unikatowym. Gdzieś z pogranicza. Z rozdroża właśnie, gdzie w jednym kierunku byłby teatr, w drugim – wykład performatywny, w trzecim – wystawa fotograficzna, w czwartym – koncert, w piątym – spotkanie z Historią i historiami. W programie przeczytamy, że „to opowieść o wędrujących ludach, zagrożonych szaleństwem człowieka, o związku z ziemią, rzeką, drzewem, górą, o tożsamości i wygnaniu, przynależności i wykluczeniu, o oazach spotkań, oblężonych przez uzbrojone fanatyzmy, o utraconych ojczyznach dzisiejszych uciekinierów, miejscach, gdzie różni bogowie mówią tym samym językiem”. Brzmi to wszystko poetycko, nieco nawet tajemniczo i tak, muszę przyznać, w rzeczywistości wygląda, tylko że w wymiarze odbioru, a nie samej formy. Ta jest nad wyraz prosta, oszczędna i powściągliwa. Bułaj otwiera swój notatnik, swoją Księgę zebranych opowieści. Siada po lewej stronie sceny przy pulpicie. Światła gasną i wielki ekran z tyłu staje się czarno-białym od zdjęć. Jedno, po kilku sekundach kolejne. I jeszcze. I tak dalej. W odpowiednim rytmie, przy delikatnym wsparciu muzycznym Anny Zubrzycki oraz pieśniarki i skrzypaczki Katarzyny Kapeli.

Prace fotograficzne Bułaj to nasycone emocjami mikronarracje. Piękne jak dzieła holenderskich mistrzów ze „złotego wieku”. Zarazem zmysłowe i eteryczne. Próbujące uchwycić rzeczy najsubtelniejsze, czyli człowieka w kontakcie z sacrum. Bułaj przy tym nie tyle komentuje kolejne fotografie, co towarzyszy nam w tej wyprawie przez religie i egzotyczne kraje, przez te „miejsca nieoczywiste” i „miejsca-mosty”, monastyry, wsie i plemiona. Jej uwagi bywają zabawne, sentymentalne, błyskotliwe, oryginalne i piękne, a także wzruszające, dotkliwe, głębokie i znaczące. Wszystko to hipnotyzuje i upaja. Wprawia w niejaki trans.

Na zdjęciach Bułaj najczęściej jest blisko, zadziwiająco blisko ludzi, jakby była przyglądającym się im wysłannikiem tego innego wymiaru, w stronę którego skierowane są ich prośby i nadzieje. To prawdziwe wyzwanie, które raz za razem podejmuje mimo licznych niebezpieczeństw, zniszczonego sprzętu, czyhających ze wszystkich tron egzotycznych chorób, wielogodzinnego, wielodniowego oczekiwania oraz iście szpiegowskich rozgrywek. Dlaczego to robi? Bo „fotografia to przywilej” – jak tłumaczyła w rozmowie pospektaklowej, która okazała się być nie mniej fascynującą niż sam pokaz. Bułaj jest przykładem artystki w pełni odpowiedzialnej, z bardzo osobistym poczuciem misji. Jest twórczynią pozbawioną taniego patosu i chęci epatowania, za to przyznającą ogromną rolę wrażliwości etycznej i respektowaniu wyznaczonych granic. Kiedy mówi o swoich bohaterach: „Duszę bym dała, żeby zrozumieć, z czego się śmieją”, jest w tym doszczętnie rozbrajający i godny podziwu ładunek rzadko dziś spotykanej delikatności i szczerości.

**
Cieszy mnie ten pomysł Muzeum Teatru, próbującego dowodzić, że potrafi zagospodarować czas wrocławskich teatromanów i wielbicieli sztuki. Zaistnieć w inny niż stricte muzealny sposób na artystycznej mapie miasta. Warto. Zwłaszcza, że ma na to przestrzeń. A i znające się na rzeczy osoby, gdyby placówce na tym zależało, z pewnością też by się znalazły. Z takimi między innymi myślami opuszczałem budynek przy placu Wolności po koncercie finałowym.

Między innymi, bowiem zastanawiałem się też, dlaczego teatr tak sporadycznie i najczęściej zastanawiająco nieporadnie korzysta z różnych form spotkania, z „form zgromadzeniowych”, jak to nazwała Zubrzycki, które wybiegają poza schemat: przychodzisz (czy wręcz wbiegasz w ostatniej chwili), rzucasz rzeczy do szatni, oglądasz spektakl i po pięciu minutach, a niekiedy i wcześniej, kiedy ścichły ostatnie oklaski, opuszczasz budynek teatru. Na bufety jako przestrzeń pogawędek i wymiany opinii nikt już nie ma czasu. Spotkania z twórcami najczęściej nie są przewidziane lub wyglądają doprawdy marnie i wymuszenie. Gdzie tu jakieś poczucie „wspólnotowości”? Gdzie zwykłe, arcyludzkie spotkanie? Na szczęście Ester – taki właściwie tytuł nosi zamykające rezydencję wydarzenie – jest poniekąd próbą udowodnienia, że można i warto inaczej. Chociażby od czasu do czasu.
 
Literacką inspiracją dla pracy stała się biblijna Księga Estery, przemyślana i przepisana przez poetkę Rachel McCrum. Muzyczną zaś – tradycyjne pieśni sefardyjskie. Anna Zubrzycki skorzystała ze wsparcia Ewy Głowackiej-Fierek, wraz z którą za pomocą śpiewu dialogowała ze wspaniałą muzyką w wykonaniu Jana Skopowskiego, utalentowanego wiolonczelisty z Orkiestry Narodowego Forum Muzyki. Skopowski specjalnie dla tego wieczoru skomponował nawet kilka kawałków. Zarówno śpiew, jak i akuratnie pokrojony na poszczególne partie-wołania do kolejnych postaci, a nawet całego ludu żydowskiego, tekst krążyły wokół dramatu odważnej, silnej, bezkompromisowej i ofiarnej kobiety. Przyglądały się w niej niczym w zwierciadle otaczającej nas rzeczywistości. Szukały prawdy, natchnienia, źródła, którym może się stać.

Po tej pierwszej części, kiedy do trójki wykonawców dołączają siedzący dotychczas po bokach muzycy, zaczyna się, jak nazwali to organizatorzy, wielka improwizacja. Chętni z widowni po kolei odczytują fragmenty, które wcześniej wybrzmiały tylko w języku angielskim. Wychodzi im nad podziw zgrabnie, płynnie i emocjonalnie. Równie dobrze za chwile, gdy skoczna muzyka skusi do tańca, wykonują wspólną choreografię. Wieczór trwa. W rękach gości kieliszki z winem. Na twarzach uśmiechy, rozbawienie i radość. A u mnie jedno pytanie: czyż nie potrzebujemy więcej takich przystanków w naszej wędrówce w nieznane? Odpowiedź wydaje się oczywista.

16-12-2019

„Błaźnice. Wędrowanie”. Rezydencja artystyczna Anny Zubrzycki w Muzeum Teatru im. Henryka Tomaszewskiego we Wrocławiu, 24.11 – 07.12.2019


skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany Jacek Dobrowolski
    Jacek Dobrowolski 2019-12-17   21:36:17
    Cytuj

    Dobrze napisane, bardzo żałuję, że nie mogłem przyjechać z tym że "zważywszy" piszemy przez "ż", a nie "rz" jak w recenzji.