AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Wiadomość od Marzeny

Wszystko dobrze. Jesteśmy szczęśliwi, reż. Natalia Sołtysik, Teatr Współczesny w Szcztecinie
Doktor habilitowana kulturoznawstwa, adiunkt w Zakładzie Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autorka i współautorka książek i artykułów wydanych w Polsce i za granicą.
A A A
fot. Poza Okiem - Piotr Nykowski  

To ja, Marzena. To bezpośrednio do mnie kierowaliście swoje słowa na spektaklu 29 września. To patrząc w moje oczy Zuzia (Maria Dąbrowska), wysyłała wiadomość do dawno niewidzianej kuzynki z prośbą o pomoc. To mnie przynaglała, żebym odpowiedziała na jej SMS. To w moją dłoń z zachęcającym gestem włożyła telefon, bym odpisała. Ale ja nie mogłam być zbyt długo Marzeną i dlatego Kamień (Maciej Litkowski), będący w tym przedstawieniu kimś między wodzirejem a komentatorem, natychmiast wyrwał mi komórkę.

Nie jestem Marzeną, jestem Joanną i proszącą mnie o pomoc postać zaprosiłam na puste miejsce koło siebie. Zuzia długo ignorowała zaproszenie od Joanny, przecież w spektaklu Marzena nie udzieliła jej pomocy, Zuzia musi grać według scenariusza, a ten nie przewiduje zmiany toku akcji. Kiedy już Zuzia usiała koło mnie, natychmiast zerwała się i rzuciła w akcie rozpaczy na ścianę. To mnie, Joannę, próbował dyscyplinować Pan Mirek (Konrad Pawicki), robiąc warsztat dla uchodźców i przygotowując Zuzię, Jerzego (Paweł Niczewski), Krysię (Grażyna Madej), Stasia (Robert Gondek) i Kubę (Adam Kuzycz-Berezowski) do ucieczki. Najpierw ze swadą estradowca odpytał ich, z czym kojarzy się słowo „uchodźca”, a otrzymawszy odpowiedzi (także z widowni), chwalił, że nikomu „uchodźca” nie kojarzy się z „człowiekiem”.

Rozpoczęcie przygotowań do uchodźczego losu w spektaklu Wszystko jest dobrze. Jesteśmy szczęśliwi w reżyserii Natalii Sołtysik w szczecińskim Teatrze Współczesnym obejmuje nie tylko tę piątkę postaci, ale także widzów. Pan Mirek wzywa nas, żebyśmy wstali. Tych, co się ociągają, wskazuje i słowem zmusza do powstania. Ja, Joanna, dalej siedzę, przecież jako widz też jestem człowiekiem: mam problemy z posłuszeństwem i automatycznym wykonywaniem poleceń, szczególnie jeśli wszystko, co wydarzyło się wcześniej, ma mnie skłonić do zastanowienia się nad własnymi czynami. Myślę, więc wiem, że oto postać – Pan Mirek, rozpoczyna „odczłowieczanie”. Skoro jestem Joanną, ale też stałam się Marzeną dzięki działaniom postaci, mam prawo powiedzieć moje „nie”. Nie zgadzam się na odczłowieczanie, zarówno jako Joanna, jak i Marzena. Nie chcę wstać. Pan Mirek się nie poddaje, znów nakazuje mi wstać, a kiedy kręcę głową, że nie, zaczyna grozić wezwaniem obsługi. Nadal nie wstaję, więc pyta mnie, czy będę stawiać opór. Ktoś z widzów parska śmiechem. Kiwam głową, że tak, będę stawiać opór. Jeszcze chwilę Pan Mirek mnie straszy, ale się poddaje – nie ma w końcu innego wyjścia, przedstawienie musi trwać. Potem tylko, po spektaklu, inni widzowie będą mi rzucać pełne dezaprobaty spojrzenia, że zakłóciłam spektakl moją niechęcią do wypełniania poleceń. To mi nie przeszkadza, moja decyzja, więc i z jej konsekwencjami się liczyłam.

Dlaczego aż tyle miejsca poświęciłam mojemu własnemu „udziałowi” w tym przedstawieniu? To przecież czysty przypadek, że akurat ja usiadłam na wprost Marii Dąbrowskiej. A ja akurat szczerze nie znoszę „wciągania widza” po to, by nim manipulować. Innym być może to nie przeszkadza, może mają trudności z powiedzeniem „nie” w sytuacji ekspozycji. I choć rozumiem, czemu miało służyć zaczepianie widzów, nadal uważam, że ten spektakl byłby równie dobry (a może nawet...) bez niego. 

To świetnie, że Teatr Współczesny w Szczecinie stanął w szeregu „teatrów, które wyręczają”, by użyć bardzo celnego określenia stworzonego przez Łukasza Drewniaka. Wykorzystując tekst Maliny Prześlugi Wszystko jest dobrze. Jesteśmy szczęśliwi teatr wrócił do tematyki, którą rok wcześniej zapoczątkował Lepszymi lasami. Po raz kolejny spróbował opowiedzieć współczesnym Polakom o doświadczeniu bycia uchodźcą. Uczynił to jednak z innej perspektywy niż wykorzystywane wcześniej w polskim teatrze. To nie „oni”, uchodźcy, opowiadają o swoim doświadczeniu, to nie „my” opowiadamy „ich” historię czy też nie „my” przywołujemy epizody o „nas”, z czasów, kiedy byliśmy (jako nacja, obywatele) uchodźcami. Prześluga umieszcza akcję dramatu we współczesnym Poznaniu, ten, kto zna to miasto, bez trudu rozpozna jeżyckie ulice. W ten sposób postaciami dotkniętymi wojną stajemy się potencjalni „my”, bo bohaterowie przedstawienia wiodą początkowo zwykłe życie. Zuzia jest w ciąży, boi się o dziecko (co jest całkiem naturalnym uczuciem), opowiada o paraliżującym bólu nogi, który nagle ją nachodzi, żartobliwie o kłopotach z ogoleniem sobie nóg, kiedy brzuch przeszkadza. Jedyne, co wydaje się niecodzienne w jej opowieści to, że wychodzi do nas wywołana po numerze przez postać kobiety siedzącą pomiędzy innymi na krześle.

Wszystkie postacie bowiem siedzą w jednej linii zwrócone twarzami do widzów, mając za sobą zieloną ścianę, w której znajduje się duża nieregularna dziura. Cała scenografia, uzupełniona niskim stoliczkiem z czajnikiem z herbatą, przywołuje wrażenie jakiegoś miejsca spotkań – grup terapeutycznych, mitingów AA? Szybko jednak okazuje się, że to wrażenie jest błędne. Postacie wywoływane są po numerach przez kobietę (Ewa Sobiech), która wydaje się być uosobieniem władzy, organizacji, narzuconego porządku. Słysząc numer, wstają ze swoich miejsc i zaczynają opowiadać o sobie, swoich codziennych, błahych czasem, problemach. Na przykład Jerzego zajmuje remont kuchni, rozważa, czy lepiej by drzwi w szafkach były z uchwytem czy na zamek magnetyczny. W te zwykło-życiowe, banalne opowiastki wkradają się co jakiś czas elementy pokazujące, że coś w tym zwykłym życiu uległo zmianie. Na przykład kiedy Staś i Krysia oglądają zdjęcia z jakiejś wyprawy kajakowej i nagle pada, że nie ma już rzeki…

Postacie prowadzą swoją opowieść do nas, wobec nas – opowiadają o tym, jak nagle ich zwykłe życie na poznańskich Jeżycach uległo zmianie: wybuchła wojna, miasto zostało zbombardowane, mąż Zuzi zginął, wszyscy zostali bez domów. Część chce wyjechać, ale na przykład Jerzy chce zostać. Prześluga przeniosła w realia i historie uchodźców ludzi takich jak my, to „my” stajemy się znienacka owymi „nimi”, których znamy z medialnych doniesień. W ten sposób próbuje postawić „nas” w „ich” pozycji, jakby mówiła: „jeszcze wczoraj planowałeś remont kuchni, a dziś nie masz domu”. Wydaje mi się, że to bardzo dobry pomysł narracyjny. Jednak to, co ma szansę wybrzmieć jako prawda w planie opowieści, staje się fałszem, gdy wprowadzić ów element interakcji. Mogę uwierzyć, że „ich” doświadczenia są bolesne, tragiczne, trudne, bo taką informację o nich budują swoją znakomitą grą aktorzy. Przestaję wierzyć, gdy nagle staję się „Marzeną z lepszego kraju” – realność sytuacji teatralnej nie przybliża w tym przypadku doświadczenia Innego, odwrotnie, wprowadza dystans, bo próbuje udawać, że to jest „naprawdę”, skoro aktor „mnie” widzi i do „mnie” mówi. Ale ja nie jestem Marzeną i nie godziłam się nią zostać, choć nic nie mogę zrobić, by innych przekonać, że Marzeną nie jestem.

Ten zabieg, wprowadzający moim zdaniem fałsz w bardzo silną w wymowie sytuację, działa na niekorzyść przedstawienia, które poza tym robi naprawdę znakomite wrażenie. Dramaturgicznie jest bardzo precyzyjne – powoli, dzięki subtelnym sygnałom wprowadza nas w świat przedstawiony, który okazuje się z jednej strony bliski, z drugiej wstrząsający. Kiedy to nie „oni”, których widzimy w projekcjach, wędrują ludzkim strumieniem, ale „my” – mieszkańcy polskiego miasta, tak podobni do nas, których zdążyliśmy poznać albo też których znamy, bo tak bardzo przypominają naszych znajomych – stajemy się ofiarami wojny i uchodźcami. Aktorzy w wyciszonym, kameralnym aktorstwie prawdziwie opowiadają nam o postaciach i właśnie ów dystans mówienia powoduje, że chce się ich słuchać i można przyjąć i przejąć się prezentowaną historią. Jednak by to przejęcie nie zamieniło się w łatwe wzruszenie, spektakl zamyka ironiczna scena z tańczącą i śpiewającą ośmiornicą, która nie wierzy, by zobaczenie przedstawienia w jakikolwiek sposób zmieniło nasze postępowanie.
Jestem jednak przekonana, że Wszystko dobrze. Jesteśmy szczęśliwi powinno stać się elementem edukacji antydyskryminacyjnej dla młodych ludzi, ponieważ precyzyjnie i mocno pokazuje, jak cienka granica dzieli „ich” od „nas”. Mocne rozpoczęcie sezonu.

04-10-2019

galeria zdjęć Wszystko dobrze. Jesteśmy szczęśliwi, reż. Natalia Sołtysik, Teatr Współczesny w Szczecinie <i>Wszystko dobrze. Jesteśmy szczęśliwi</i>, reż. Natalia Sołtysik, Teatr Współczesny w Szczecinie <i>Wszystko dobrze. Jesteśmy szczęśliwi</i>, reż. Natalia Sołtysik, Teatr Współczesny w Szczecinie <i>Wszystko dobrze. Jesteśmy szczęśliwi</i>, reż. Natalia Sołtysik, Teatr Współczesny w Szczecinie ZOBACZ WIĘCEJ
 

Teatr Współczesny w Szczecinie
Malina Prześluga
Wszystko dobrze. Jesteśmy szczęśliwi
reżyseria: Natalia Sołtysik
scenografia i kostiumy: Anna Czarnota
muzyka: Jacek Jędrasik
reżyseria świateł: Paulina Góral
wizualizacje: Pushka Studio (realizacja), Natalia Sołtysik, Anna Czarnota (koncepcja)
w nagraniu muzyki wzięli udział: Marek Kępa (gitary) i Staszek Wróbel (gitary, bass, perkusja)
obsada: Maria Dąbrowska, Paweł Niczewski, Grażyna Madej, Robert Gondek, Adam Kuzycz-Berezowski, Konrad Pawicki, Ewa Sobiech, Maciej Litkowski
głos z offu: Tymon Ogłoza
prapremiera: 27.09. 2019.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę: