AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Wielki powrót pornografa

Ur. 1984 r. Historyk teatru, redaktor, wykładowca; asystent na Wydziale Wiedzy o Teatrze Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza; pracownik Teatru Studio im. Stanisława Ignacego Witkiewicza; inicjator projektów badawczych i wydawniczych związanych z twórczością Jerzego Grzegorzewskiego; publikuje m.in. w „Dialogu”, „Teatrze”, „Kulturze Współczesnej”, „Aspiracjach” i „Dwutygodnik.com”.
A A A
 

Arthur Schnitzler przez długie lata funkcjonował jako autor jednej  sztuki, znanej zresztą nie z lektury, a z anegdoty. Osławiony Korowód ‒ migawkowe portrety pięciu kobiet i pięciu mężczyzn, których losy krzyżują się ze sobą na czas, przypadkowego zwykle, seksualnego zbliżenia ‒ na publikację czekał sześć lat, a na inscenizację dwadzieścia trzy.

Rok po wiedeńskiej premierze (1921), kiedy spektakl przerwali uzbrojeni w pałki „obrońcy moralności”, decyzją samego autora został na ponad pół wieku objęty zakazem rozpowszechniania. W odbiorze Korowód zaistniał przede wszystkim za sprawą swobodnych filmowych adaptacji: Ronda Maksa Ophülsa i Kręgu Rogera Vadima, też zresztą skandalizującego ze względu na rozbierane sceny z udziałem Jane Fondy.

Dzieje polskiej recepcji Schnitzlera są krótkie. Na początku XX wieku grywano go z powodzeniem we Lwowie. W Krakowie, jeszcze przed ogłoszeniem zakazu, wydano przekład Korowodu pod tytułem Taniec miłości i życia, nie doszło jednak do jego wystawienia. Po obu wojnach światowych, zwłaszcza drugiej, Schnitzler podzielił los wielu innych niemieckojęzycznych artystów. Sytuacja polityczna i wciąż świeży resentyment powodowały, że kulturę niedawnych okupantów przez długi czas traktowano nieufnie. Uwolnienie praw autorskich w roku 1982 dało wprawdzie pretekst do zmierzenia się z legendą Korowodu, ale polska prapremiera nie przyczyniła się do odkrycia Schnitzlera na nowo. Przede wszystkim brakowało tekstów. Po wojnie drukiem ukazała się tylko jedna jego sztuka, w dodatku w drugim obiegu (Zielona Kakadu, Krąg 1981). Pozostałych kilka krążyło w trudno dostępnych maszynopisach albo odbitkach z galicyjskich wydań.

Zmianę przyniosły lata dziewięćdziesiąte. Za sprawą głośnych krakowskich spektakli Krystiana Lupy, który inscenizował teksty Rainera Marii Rilkego, Roberta Musila i Hermanna Brocha, podszyta Freudem i Jungiem literatura wiedeńskiego modernizmu znalazła się w centrum zainteresowania. Na fali tej popularności Agnieszka Glińska zrealizowała Opowieści lasku wiedeńskiego Ödöna von Horvátha, a chwilę wcześniej przypomniała Korowód. Coraz głośniej zaczęto mówić o konieczności przygotowania współczesnego przekładu dramatów Schnitzlera, czego zresztą już od jakiegoś czasu domagał się Andrzej Wanat.

Na to rosnące zapotrzebowanie odpowiedziała Agencja Dramatu i Teatru. ADiT od ponad dziesięciu lat dba o przybliżenie polskiemu odbiorcy współczesnej dramaturgii niemieckojęzycznej, w szczególności autorów austriackich, między innymi Petera Turriniego i Elfriede Jelinek. We współpracy z Austriackim Forum Kultury regularnie organizuje czytania sztuk, prowadzi także działalność wydawniczą. Niedawno ADiT podjął decyzję o sięgnięciu po dawniejszych autorów. Opiekę merytoryczną nad serią objął wybitny tłumacz i znawca literatury niemieckojęzycznej Maciej Ganczar. Pod jego redakcją w roku 2012 ukazały się sztuki Horvátha, teraz przyszedł czas na Schnitzlera. Dwutomowy wybór jego dramatów obejmuje dwadzieścia dwa teksty, uznawane za najważniejsze bądź też najbardziej reprezentatywne dla różnych okresów jego twórczości.

Schnitzler pisze przede wszystkim o miłości. Nie ma tu jednak miejsca ani na operetkowe romanse, ani na ekspresjonistyczną chuć, bo ‒ wbrew legendzie pornografa ‒ nie chodzi mu wcale o seks, ale o jego konsekwencje. Świat jego dramatów nie jest czarno-biały, granice między stroną uwodzoną a uwodzącą, zdradzaną a zdradzającą niebezpiecznie się zacierają, a odpowiedzialność za emocjonalne i psychiczne okaleczanie w równym stopniu ponoszą mężczyźni i kobiety. Schnitzler, z wykształcenia doktor nauk medycznych, jest raczej obserwatorem niż krytykiem. Obnaża podwójną moralność schyłku belle époque, daleki jest jednak od moralizatorstwa, a swoich bohaterów nierzadko traktuje z łagodną ironią, rozumiejąc, że relacje międzyludzkie bywają dużo bardziej skomplikowane, niż bylibyśmy skłonni to przyznać. To wszystko sprawia, że jego sztuki okazują się zaskakująco współczesne.

Jest to w dużej mierze zasługa świetnej pracy, jaką wykonali tłumacze. Przekłady, w większości zamówione specjalnie na potrzeby niniejszej edycji, przygotowywało aż osiem osób. Taka decyzja może się wydać ryzykowna przy opracowywaniu tekstów jednego autora. Mimo to ‒ chociaż przekłady Sławy Lisieckiej i Macieja Ganczara zdecydowanie wyróżniają się na tle pozostałych ‒ tłumaczom Schnitzlera udało się uniknąć zbyt dużej stylistycznej różnorodności. Przede wszystkim jednak autorzy przekładów, w większości regularnie współpracujący z ADiT-em, doskonale rozumieją, że tekst dramatu jest przeznaczony na scenę. Dlatego ich język przekładów brzmi bardzo współcześnie, choć bez natrętnych kolokwializmów, jest żywy i pozbawiony literackości, a przy tym literacki. To wielka zaleta tego wydawnictwa.

Jego poważną wadą ‒ charakterystyczną, niestety, dla publikacji ADiT-u ‒ jest natomiast projekt graficzny. Małe marginesy, brak światła między kwestiami, wybite wersalikami oznaczenia postaci, które, jeżeli są za długie, burzą porządek tekstu. Układ stron przypomina archiwalne numery „Dialogu”. Taka oszczędność miejsca, zrozumiała w czasopiśmie, zupełnie nie sprawdza się w książce. To zaniedbanie w przypadku Schnitzlera jest tym bardziej przykre, że przy tak dobrych tekstach konieczność przebijania się przez gęsty druk odbiera dużą część przyjemności z lektury. Owszem, literaturę dramatyczną w Polsce wciąż czyta przede wszystkim wąskie grono fachowców, którzy traktują ją użytkowo, ale to jeszcze nie powód, żeby wybór sztuk teatralnych nie mógł być książką atrakcyjną ‒ także wizualnie.

Piszę o tym jednak wyłącznie dla porządku, bo trudno Dramaty wybrane Schnitzlera krytykować, zważywszy, jak poważną lukę w naszej recepcji europejskiego modernizmu wypełniają. Pozostaje mieć nadzieję, że wkrótce na polskich scenach zobaczymy sztuki Schnitzlera, których realizacje dorównają poziomem tłumaczeniom, a ADiT nie zaprzestanie wydawania modernistycznych dramatów. Ganczar wspominał ‒ a kto pamięta Kobietę-Diabła w reżyserii Martina Kušeja, prezentowaną w Warszawie podczas pierwszego Spotkania Teatrów Narodowych, ten się z nim zgodzi ‒ że porządnego opracowania domaga się Karl Schönherr. Ja czekam na Franka Wedekinda.

27-08-2014

Arthur Schnitzler, Dramaty wybrane, t. 1 i 2, red. Maciej Ganczar, przeł. Karolina Bikont, Ewa Drozdowska, Maciej Ganczar, Jacek Kaduczak, Małgorzata Leyko, Sława Lisiecka, Raisa Sadowski, Barbara L. Surowska, Agencja Dramatu i Teatru, Warszawa 2014.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany andy
    andy 2017-04-25   08:32:59
    Cytuj

    Rzeczowy i błyskotliwy. Dziękuję :)