AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Wolność w burdelu

Muzeum Wolności, koncert galowy 38. Przeglądu Piosenki Aktorskiej
Reżyser teatralny, historyk i teoretyk teatru. Profesor na Uniwersytecie Wrocławskim i w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie, absolwent Politechniki Wrocławskiej (1979) oraz Wydziału Reżyserii Dramatu krakowskiej PWST (1986). Publikuje m.in. w „Teatrze” i „Dialogu”.
A A A
Muzeum Wolności  

Dzięki Gali 38. Przeglądu Piosenki Aktorskiej, warszawski kabaret literacki Pożar w Burdelu przywrócił na jeden weekend świetność, wynajętej na tę okazję, dużej scenie Teatru Polskiego we Wrocławiu.

Obecny dyrektor tej placówki – zresztą też z Warszawy – na scenie kameralnej zarządził w tych samych dniach premierę kolejnego gniota (fragmenty spektaklu i wywiad z reżyserem dostępne są w You Tube, ale nie polecam). Jeden teatr, dwie widownie. Wszystkie bilety na cztery spektakle galowe rozeszły się przed miesiącem. Na gniota wciąż są w kasie. „Ciemny lud” tego nie kupuje…

W finale gali Marta Zięba, była artystka Teatru Polskiego, wyrzucona przez aktualnego dyrektora, bisowała, śpiewając wstrząsającą pieśń Kaczmarskiego i Gintrowskiego o szaleńcach, którzy pomimo pożaru nie uciekają z domu wariatów. Pół widowni wstało. Większość miała łzy w oczach. Pieśń o obłąkańcach, paradoksalnie, wysławiała godność człowieka. Wybitna aktorka nie nawoływała do zemsty czy nienawiści. Nie robiła tanich aluzji do naszej egzotycznej codzienności medialno-politycznej. Śpiewała, że trzeba zachować wierność samemu sobie, że trzeba być wariatem. Dla takich chwil warto wciąż chodzić do teatru. Arystoteles miał rację. Sztuka oczyszcza.

Michał Walczak i Maciej Łubieński, autorzy wszystkich programów kabaretu Pożar w Burdelu, przenieśli akcję galowego przedstawienia w upiorną przyszłość, do Muzeum Wolności, stawiając Polsce gorzką diagnozę – wolność przetrwa tylko w muzeum. Jednym z eksponatów będzie tam właśnie Marta Zięba, prawdziwa Aktorka z Podziemia. We Wrocławiu działają dziś bowiem dwa Teatry Polskie: nadziemny, czyli folwark, i podziemny, czyli wolni ludzie – wyrzuceni aktorzy i publiczność. Marta Zięba rozpoczęła swój występ na dużej scenie Teatru Polskiego od słów: „Nazywam się Marta Zięba, Anna Ilczuk, Andrzej Kłak, Michał Opaliński i 29 osób, których tu już nie ma”.

W Muzeum znalazł się jeszcze jeden wrocławski aktor, dziś chyba najsławniejszy. Nie został wyrzucony z Teatru Polskiego tylko dlatego, że wcześniej sam odszedł. Bartosz Porczyk, artysta wszechstronny, potrafi genialnie wcielić się zarówno w Konrada z Dziadów, jak i w Potiomkina z Termopili Polskich. W Muzeum Wolności przyszło mu więc odegrać rolę szatana w kostiumie wyliniałego… orła. Śpiewa na początek Sympathy for the Devil Rolling Stonesów. Potem ma trudniej – musi się przemienić w odlew organu płciowego polskiego wokalisty rockowego, który przed laty obnażył się we Wrocławiu podczas koncertu w Dniu Dziecka.

Zarządzaniem Muzeum Wolności zajmowali się artyści Pożaru w Burdelu i zaproszeni goście. Dyrektorem Muzeum był oczywiście Andrzej Konopka, etatowy Burdeltata we wcześniejszych programach Pożaru. Różnie mu to wychodziło. W pierwszej części spektaklu raził nieco tandetą i topornym humorem.

Realną władzę w Muzeum sprawowała Apka, czyli aplikacja do obsługi muzeum. Bardzo przypominała sławną aktorkę Magdalenę Cielecką. Apka śpiewała i poruszała się jak robot. Szkoda, że nie wystąpiła w spektaklu prawdziwa Cielecka, bo pewnie potrafiłaby zrobić z tą rolą coś ciekawszego.

Kustoszem działu „Piosenka” była w Muzeum magiczna Magda Umer. Mało kto na widowni mógł powstrzymać wzruszenie, kiedy śpiewała: „Jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy”. Legenda piosenki aktorskiej z wielką klasą ożywiła najświetniejsze tradycje polskich kabaretów i efektownie pogłębiła intelektualne gry z władzą.

Pośród eksponatów Muzeum Wolności wielkie wrażenie robiła Maryla Rodowicz w wykonaniu Joanny Ewy Zawłockiej, młodej artystki o wielu talentach i niezwykłej rozpiętości głosu. Pan Twardowski w chłodnej nieco interpretacji Pablopavo, pierwszego w Polsce śpiewaka raggamuffin (cokolwiek to jest), okazał się kosmitą. Z kolei Robert Matera, wokalista kultowego Dezertera, z punkową energią wcielił się w krwawą postać Jakuba Szeli. Anja Orthodox przybyła z dalekiej galaktyki, żeby zwierzyć się po raz kolejny z trudnego życia „w moim kraju”.

Do scenariusza galowego widowiska włączone też zostały postaci z wcześniejszych programów Pożaru w Burdelu, jak Żelazne Waginy (Monika Babula, Lena Bem i Karolina Czarnecka), HGW (Agnieszka Przepiórska) czy Podpalacz Tęczy, którego Warszawa męczy (Mariusz Laskowski). No i oczywiście ksiądz Marek, Duszpasterz Hipsterów (Andrzej Konopka). W kazaniu nawiązał do głośnych akrobacji seksualnych wrocławskich księży. Proboszcz zgwałcił wikariusza. „Nie takie rzeczy wyprawialiśmy w trójkę w seminarium”, chwalił się Duszpasterz.

Najbardziej chyba perwersyjnym ukłonem Warszawy w stronę Wrocławia była solowa piosenka Macieja Łubieńskiego, jednego z ojców założycieli Pożaru w Burdelu. Przedstawił się jako nieślubny syn Jerzego Grotowskiego. Rzeczywiście bardzo przypominał późnego Grota. Zdradził nam, że z powodu ojca nienawidzi teatru. Następnie akompaniując sobie tylko na wiolonczeli, zaśpiewał song Ostatni hetero, znany z wcześniejszych programów Pożaru. Ten autocytat warszawskiego kabaretu z programowym refrenem: „jestem ostatni hetero / seksu mam zero”, wypadł zresztą najlepiej. Inne, jak choćby rutyna z Wałęsą, raczej raziły niż śmieszyły.

Muzeum Wolności odwiedził także Maciej Stuhr w roli Ministra Kultury. Przypominał trochę Jerzego Urbana. Miał bardzo wielkie uszy i był fanem polskiej gwiazdy porno Teresy Orlowsky. Maciej odziedziczył po sławnym ojcu wielki talent komediowy. Jest piekielnie inteligentny. Wiele błyskotliwych kwestii w swoich dialogach przypuszczalnie sam zaproponował. Stuhr żegnał się znakiem krzyża i dowcipkował, podwładnych to wywyższał, to poniżał, masturbował się i podawał rękę – jak to Minister.

Dziś wszystko zdaje się mieć wymiar symboliczny i polityczny. Na widowni przyszłego ministra kultury oklaskiwał były minister, Bogdan Zdrojewski. Zabrakło tylko ministra obecnego. A szkoda, bo może by się pośmiał.

Wizualnie wrocławska gala nawiązywała do tradycji rockowej. Aleksandra Wasilkowska zaprojektowała w tle sceny ogromne otwarte usta na wzór wywalonego jęzora Rolling Stonesów. Kolejne postaci wychodziły więc prosto z gardła, a cały spektakl przemieniał się w krzyk. Krzyk w obronie zagrożonej wolności, oczywiście. Z czerwienią gardzieli korespondowały kolory kostiumów, czerwone – głównie artystów Pożaru w Burdelu, i złote – zaproszonych gości.

Sobotnia gala PPA przerodziła się w emocjonalną manifestację wolności i sprzeciwu wobec zawłaszczania kultury przez politruków. Już Platon ostrzegał władców przed siłą pieśni i potęgą śmiechu. Rodzajowe wynalazki w stylu obecnego zarządcy Teatru Polskiego trwają wciąż na swych dyrektorskich stołkach, Misiewicze brylują, więc jeszcze jest groźnie, ale już coraz weselej.

07-04-2017

38. Przegląd Piosenki Aktorskiej, koncert galowy
Muzeum Wolności

scenariusz: Michał Walczak, Maciej Łubieński
reżyseria: Michał Walczak
muzyka i aranżacje: Wiktor Stokowski
choreografia: Bartosz Figurski
scenografia i kostiumy: Aleksandra Wasilkowska
światło: Tadeusz Perkowski
obsada: Maciej Stuhr, Magdalena Cielecka, Bartosz Porczyk, Pablopavo, Magda Umer, Joanna Ewa Zawłocka, Marta Zięba, Robert Matera (Robal), Anja Orthodox, Andrzej Konopka, Monika Babula, Lena Bem, Karolina Czarnecka, Agnieszka Przepiórska, Tomasz Drabek, Mariusz Laskowski,
orkiestra: Wiktor Stokowski (klawisze, gitara), Maciej Łubieński (gitara basowa), Marcin Wippich (perkusja), Bolo Jezierski (saksofon, klawisze), Michał Górczyński (klarnet)

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (3)
  • Użytkownik niezalogowany Bazyli
    Bazyli 2017-05-15   13:10:19
    Cytuj

    Szkoda słów może lepiej by pan wrócił do źródeł teatru i przy nich został. Sthur o "piekielnej inteligencji", zgadzam się zawiłość jego inteligencji jest wprost piekielna. Dał tego wyraz w swojej żenującej pedagogie wstydu, gdy próbował budować uzasadnienie dla gniota pt. "Pokłosie". Potem było tylko "lepiej", "piekielnej inteligentnie". "Sztuka" w tym kraju sięgnęła dna, nie przepraszam "piekielnej inteligencji", nie istnieje już bez prymitywnej, bezwartościowej bufonady konstytuowanej na epatowaniu plugawieniem, tego co dla innych (i to nie mniejszości LGBQT; a czemu im nie dopiec? bo nie chodliwy towar?) jest ważne. Jestem zdeklarowanym ateistą, ale napawa mnie obrzydzeniem hucpa tzw. "main streamu polskiej sztuki". Pod płaszczykiem haseł wolnościowych próbuje się nam (w niektórych środowiskach skutecznie) przemycić "jedyną słuszną" lewicową ideologię, która odbiera jedynie wolność!

  • Użytkownik niezalogowany M. Pilawski
    M. Pilawski 2017-04-13   05:38:57
    Cytuj

    Można na cały wywód spojrzeć z całkiem odwrotnej strony, dzieciaku...

  • Użytkownik niezalogowany
    2017-04-09   18:53:17
    Cytuj